Archiwa tagu: zwiedzanie

Odc. 4. O kościach, kościele, Florianie i Florencji…

Rozpoczynamy zwiedzanie „Drogi Królewskiej”, trasy jaką pokonywały książęce i królewskie orszaki przechodzące przez bramę i ulicę Floriańską, Rynek Główny, aby ulicą Grodzką dotrzeć na Wawel. To właśnie w tym miejscu, na Placu Matejki zaczyna się nasza wycieczka po najwspanialszych zabytkach Krakowa. To trasa, od której trzeba zacząć zwiedzać, bez której nie poznacie tego miasta.

0364_20100523_Krakow_Plac_Jana_Matejki
Zacznijmy od początku, ale bez zbędnych szczegółów. Zajrzyjcie w mroczne czasy wieków średnich, przenieście się myślami do XII stulecia. Wtedy jeszcze nie było obecnego Placu Matejki. Miejsce to, we wspomnianym wieku było tylko bezładnie zabudowaną niewielką osadą położoną poza murami Krakowa, osadą, która zaczęła się rozwijać oraz spełniać funkcje mieszkaniowe i handlowe w kolejnych stuleciach, a do jej rozwoju przyczyniło się jedno bardzo ważne wydarzenie.

Gdy w 1177 roku na tronie krakowskim zasiadł Kazimierz II Sprawiedliwy, zaczął kombinować co by tu zrobić, aby podnieść status swojej siedziby na Wawelu, prestiż władzy oraz Krakowa. Skumał się z biskupem Gedko i stwierdzili, że dobrym zabiegiem może być sprowadzenie do katedry relikwii jakiegoś świetnego świętego. A kto ma w nadmiarze świętych i może się nimi podzielić? Tak jest, dobra odpowiedź – papież. Tam też swe prośby skierował nasz książę. Zabiegi trwały kilka lat i w końcu się udało. Nowy papież Lucjusz III zgodził się na wymianę i ubili interes.

Mogło to wyglądać tak:
- Dam Wam kości jakiegoś świętego, – usłyszał w Rzymie wysłannik polskiego księcia – a w zamian chętnie przyjmę „co łaska, nie mniej niż…”.

Po tej rozmowie, zapewne Lucjusza naszły jednak pewne wątpliwości i pytania:
- No dobra, święty obiecany, ale który z nich ma trafić do Grodu Kraka? Wybór ogromny, jak wybrać?

Pomoc przyszła z najmniej oczekiwanej strony, a mianowicie od jednego ze świętych (właściwie jego zwłok). Ten cud opisał prawie trzysta lat później Jan Długosz w swoich „Rocznikach, czyli kronikach sławnego Królestwa Polskiego”. Według naszego kronikarza papież Lucjusz III po wejściu do kaplicy, w której spoczywali święci, spytał się, który z nich chciałby przenieść się do Polski. Zgłosił się jedynie Florian, który uniesioną ręką dał znać, że może jechać. Cud! Jako że święty nie żył od jakichś 880 lat to zdecydowanie zasługuje na miano cudu. Poza tym zachodzi pytanie, dlaczego tylko on chciał przenieść się do Krakowa? Klimat? Pewnie nie było wtedy w Rzymie żadnych świętych z Wysp Brytyjskich, bo jakby byli, to na pewno także by się zgłosili. Synowie Albionu wyjątkowo lubią Kraków, co od lat widać w zapełnionych nimi krakowskich knajpach.

Saint_Florian
Wróćmy jednak do Floriana. W 1184 roku spakowano naszego bohatera i wyekspediowano do dalekiego kraju na Północy. Gdy wóz z relikwiami zbliżał się do Grodu Kraka, jego mieszkańcy, duchowni i niemal cały dwór książęcy udali się poza miasto, aby go przywitać. Jak głosi kolejna legenda, tuż przed wjazdem do miasta, na terenie dzisiejszego placu Matejki, woły ciągnące wóz zatrzymały się i nie chciały ruszyć dalej. Tłumacząc to cudem i w związku z nim, w tym miejscu po trzydziestu latach wzniesiono i konsekrowano kościół pod wezwaniem św. Floriana. Trzeba by się zastanowić, czy był to faktycznie cud. Są dwa wyjścia:

a) ponownie we własnej sprawie „palce maczał” św. Florian, czyli cud,
b) relikwie przybyły do Krakowa na przełomie października i listopada i po jesiennych opadach wóz utknął w błocie/śniegu, czyli jesień/zima jak co roku zaskoczyła „drogowców”.

Wybierzcie wersję bardziej prawdopodobną i Wam odpowiadającą. Fakt faktem, że dzięki temu wydarzeniu, w 1216 roku, biskup Wincenty Kadłubek konsekrował romański wtedy kościół.

Krakow_Saint_Florian_church_20060706_1646
Wraz ze wznoszonym kościołem, u wrót Krakowa zaczęła pojawiać się szybko rozrastająca się osada handlowa. Jeśli wyobrażacie sobie życie w niej jako podmiejską sielankę, to wyprowadzę Was z błędu. Wszyscy atakujący Kraków, starali się go zdobyć od strony północnej, czyli właśnie przez naszą osadę z kościołem św. Floriana. Niestety, nawet po 1366 roku, gdy uzyskała prawa miejskie, nie doczekała się żadnych umocnień broniących jej przed nieprzyjacielem. Sąsiedzi zaś (krakowianie), za każdym razem, gdy tylko zbliżało się zagrożenie, natychmiast palili jej wszystkie zabudowania, aby wróg nie miał gdzie się skryć. Tak też się działo np. w czasie niezapowiedzianych wizyt Tatarów w latach 1241 i 1259.

I tak funkcjonowała sobie nasza osada, a potem także jako miasto, tuż obok swojego większego brata – Krakowa. Nowe miasto, zostało lokowane przez Kazimierza Wielkiego i otrzymało nazwę Florencja (tak, tak, „niechaj narodowie wżdy postronni znają, iż Krakusy nie gęsi, iż swoją Florencję mają” ;-) ). Nazwa ta była w użyciu stosunkowo niedługo i została zastąpiona nazwą Kleparz (Clepardia). Kleparz przez wieki stanowił ośrodek handlu zbożem, bydłem i innymi niezbyt wyszukanymi towarami. Ze względu na wysokie i liczne opłaty dla handlowców spoza Krakowa, nie zawsze opłacało się wwozić towar do stolicy. Oczywiście jeśli komuś nie przeszkadzały różnego typu opłaty celne, mostowe, targowe, składne, czy czopowe (nie mylić z czopkami), albo miał na tyle drogi i poszukiwany towar, że mógł sobie na to pozwolić to bez mrugnięcia okiem płacił. Każdy obcy jednak aby np. skorzystać z miejskiej wagi, a to był przymus, musiał zapłacić dwa razy wyższą opłatę niż handlujący tubylcy. Lekko nie było, ale mieszkańcy Clepardii jakoś sobie radzili. Co prawda nie nazwałbym Kleparza rajem podatkowym, czy handlowym potentatem, ale jak się dało obejść drakońskie, krakowskie przepisy i opłaty, to wielu chętnie z tego korzystało.

Teraz na chwilę wróćmy do kościoła. Ten, przy którym stoicie, nie da się ukryć, nie jest zbudowany w stylu romańskim. Najstarsza budowla była niszczona m.in. przez wspomnianych wyżej Tatarów. W XIV wieku został przebudowany w stylu gotyckim, rozbudowywany następnie w XV i na początku XVI wieku. W 1528 roku, podczas wielkiego pożaru Kleparza został tylko uszkodzony, co przypisano znajdującym się w nim i chroniącym od ognia relikwiom św. Floriana. Co ciekawe, w 1580 i 1587 kościół płonął dwukrotnie i tu już Florian nie zechciał go ochronić. Brak takowej chęci zanotowano dwa razy także podczas potopu szwedzkiego w 1655 i 1656 roku. Po tych wydarzeniach, w latach 1657-1684 został przebudowany w stylu barokowym. Taki nowy i ładny wytrzymał tylko kilkadziesiąt lat, bo został uszkodzony podczas pożaru Kleparza w 1755, a następnie w 1768 podczas walk konfederatów barskich.

W latach 1902-14, a następnie w latach dziewięćdziesiątych XX wieku kościół odrestaurowano, by w 1999 roku papież Jan Paweł II podniósł go do godności bazyliki mniejszej. I tak stoi sobie od prawie 800 lat przyglądając się „Drodze Królewskiej” oraz zmieniającemu się Kleparzowi. Cdn.

Fot.1 (plac Matejki – widok od strony Barbakanu) i Fot.3 (bazylika św. Floriana) – autor Jakub Hałun (Wikipedia)

Fot. 2 (św. Florian) źródło Wikipedia

Odc. 1. Kraków – pierwsze kroki

Do Krakowa najlepiej jest przyjechać pociągiem (lub przylecieć samolotem). Wiem, wiem, zapewne na tę myśl zjeżyły się Wam włosy na głowie, ale uwierzcie mi to naprawdę dobre rozwiązanie. Dlaczego? Bo Kraków to jedno z najbardziej zakorkowanych miast naszego kraju (a tym samym i Europy, bo pod tym względem jesteśmy europejską elitą). Po mieście najlepiej poruszać się pieszo, a także korzystając z, może nie najszybszej, ale dobrze rozwiniętej komunikacji miejskiej (szczególnie tramwajów, które dosłownie wjeżdżają do serca Starego Miasta). Zresztą do większości zabytków i tak nie dojedziecie autem, połowę czasu zarezerwowanego na pobyt stracicie na szukanie miejsca parkingowego, a duża część miejsc, do których warto trafić jest w zasięgu niezbyt męczącego marszu. I ostatni, najważniejszy argument, który powinien Was ostatecznie przekonać – możecie spędzić parę chwil w jednym z setek lokali i nie martwić się „promilami” w Waszym krwiobiegu. Oczywiście jeśli jedziecie z małżonką/małżonkiem, dwójką lub trójką małych dzieci i psem, to nasza kolej żelazna nie jest najlepszym rozwiązaniem. Wtedy odpada też argument dotyczący dłuższego „wypoczynku” w krakowskich lokalach. Jeżeli jednak czytacie ten „przewodnik”, to znaczy, że chcecie zwiedzać miasto, a kilkugodzinne spacery wśród zabytków to jest najczęściej ostatnia rzecz, której pragną Wasze latorośle.

No dobra, otwierają się drzwi wagonu i wychodzicie na peron. Jakie jest Wasze pierwsze wrażenie?

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pięć peronów, tłumy pasażerów…, nic dziwnego, w końcu przybyliście do wielkiego miasta, które oficjalnie ma przeszło 750 tysięcy mieszkańców, a doliczając do tego studentów oraz pracujących niezameldowanych przybyszów „spod samiuśkich Tater”, „Szkieletczyzny”, „Ślunska” i Rzeszowszczyzny to ponad „bańka”. Oczywiście dochodzi do tego cała aglomeracja ze wszystkimi Alwerniami, Zabierzowami, Wieliczkami, Pcimiami, Wadowicami etc. To daje już niemal półtora miliona, a jeszcze nie zaczęliśmy liczyć turystów. No właśnie, ilu ich jest? Sporo, bo jesteście jednymi z ponad 10 milionów turystów rocznie. To dużo, czy mało? Zdecydowanie nie mało. Wyobraźcie sobie, że co roku do Krakowa przeprowadzają się łącznie wszyscy Czesi, albo Grecy. W ciągu tylko jednego 2014 roku do Krakowa przyjechało trzykrotnie więcej turystów niż mieszkańców ma Berlin! Oczywiście w tym czasie krakowianie wcale się z miasta nie wynoszą, więc jak widzicie może być trochę tłoczno.
Witajcie w Krakowie!

Zanim jednak dumnym krokiem wkroczycie do królewskich komnat na Wawelu, zanim będziecie przechadzać się uliczkami Kazimierza, zanim Wasze stopy dotkną bruków Stradomia, a nad Wisłą dopadnie Was wawelski smok (chociaż pewnie szybciej to będzie smog), zwróćcie uwagę na to co ma do zaoferowania widok z dworcowego peronu.

Żeby jednak dojrzeć pierwszy obiekt, który chciałbym Wam opisać, musicie skierować się jak najbliżej południowego krańca platformy peronowej (jeśli przyjechaliście od strony Warszawy, czy Śląska, to na dworzec wjechaliście od północy, a jeśli od strony Zakopanego, Tarnowa i Rzeszowa, to właśnie od południa). Gdy miniecie ostatnie zejście, kierując wzrok w stronę tzw. dworca wschodniego oraz dworca PKS w tle zobaczycie nieukończony wysoki budynek.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

(poniżej w zbliżeniu)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Budowa jak budowa można by rzec. Dlaczego macie patrzeć na budowę? Po pierwsze, to nie jest zwykła budowa tylko jeden z symboli byłej stolicy, a obecnie także największy w kraju słup reklamowy. Po drugie, niemal za każdym razem gdy wdrapiecie się na jakiś punkt widokowy, a w trakcie naszej wycieczki będą takowe, to na pewno ten obiekt dojrzycie. Po trzecie, jeśli macie pewne specyficzne umiejętności, to możecie je zaoferować właścicielom tego obiektu. O co chodzi? O nietypowe rozwiązanie zastosowane w latach osiemdziesiątych XX wieku 300 kilometrów na północ, w obecnej stolicy, ale o tym za chwilę. Tak więc na początek wizyty w Krakowie będzie trochę o wieżowcach.

Pozwólcie, że Wam przedstawię „Szkieletora”. Dumnie patrzący na Gród Kraka młodszy, ale bardziej znany brat niedalekiego „Błękitka” z Ronda Grzegórzeckiego ma już 40 lat. „Szkieletor” to część pomysłu krakowskiego „Manhattanu”.

Szkieletor_in_Krakow

Sam pomysł wybudowania wysokościowca niedaleko Ronda Mogilskiego powstał jeszcze w latach sześćdziesiątych XX wieku. W 1968 r. zorganizowano konkurs na projekt architektoniczny. Zwycięzcami okazali się Zdzisław Arct, Ewa Dworzak i Krzysztof Leśnodorski, którzy zaproponowali 72 metrowy budynek Naczelnej Organizacji Technicznej. Ze względów „prestiżowych” dorzucono mu osiem kondygnacji, podwyższając go do 92 m i 60 cm. To sporo, wystarczy wspomnieć, że wyższa wieża Kościoła Mariackiego ma 82 metry i mamy odpowiedź dlaczego „Szkieletor” jest tak doskonale widoczny nawet z bardzo daleka. Projekt przerabiano i obracano w poziomie wielokrotnie, a nad jego realizacją miało czuwać 21 zespołów inżynierskich.
Władze ogłosiły, że Krakusy nie gęsi i swój Manhattan mają i w 1975 roku zabrano się do budowy. Nie było łatwo. Okazało się, że w naszej „ludowej ojczyźnie” nie ma odpowiedniego dźwigu i trzeba było takowy ściągać ze „zgniłego, kapitalistycznego zachodu”, a dokładnie znad Loary. „Niech się mury pną do góry”, marzyli przedstawiciele władz, mieszkańcy i architekci. Ich życzenia się spełniały i pięły się mury przez najbliższe niemal 4 lata. Aż w lutym 1979 r., zabrakło kasy i budowa stanęła. Pech! A taki miał być piękny i nowoczesny. W 2005 r. miało zakończyć się budowanie całego „Manhattanu” z dużą liczbą wieżowców. Jest 2015, więc Kraków powinien już od 10 lat być Dubajem Północy, Nowym Jorkiem „Lechistanu” i Europy Środkowo-Wschodniej. Towarzysz Edward Gierek miał być takim „socjalistycznym Kazimierzem Wielkim”, co to zastał Kraków murowany, a zostawił szklany. Sam Żeromski byłby usatysfakcjonowany widząc tyle szklanych domów.
Jeszcze w latach siedemdziesiątych w dalekiej Italii kupiono mu ubranko. Budynek NOT miał być ubrany we włoskie ściany osłonowe, ale zaraz po zakupie je odsprzedano. I tak od końca lat siedemdziesiątych nagi „Szkieletor” wrósł w pejzaż „miasta Wandy co nie chciała Niemca”.
Co z nim robić? – głowiły się tęgie urzędnicze, architektoniczne i urbanistyczne głowy. W 1984 r. stwierdzono, że zostanie obudowany wielką płytą i tak powstaną mieszkania dla pracowników Kombinatu z Nowej Huty. Na szczęście nie zrealizowano tego „znakomitego” pomysłu, ale nie zrealizowano także następnych. Trzykrotnie miały być w nim hotele, raz Centrum Nauki i Techniki, innym razem centrum biznesu, a raz omal nie stał się własnością sąsiada, czyli ówczesnej Akademii Ekonomicznej.
Nad „Szkieletorem” zawisło fatum! A może ktoś rzucił na „Szkieletora” klątwę? A na ten temat wiedzą sporo budowniczowie innego, tym razem warszawskiego wieżowca. Chodzi tu oczywiście o Klątwę Rabina i budowę Błękitnego (początkowo złotego) Wieżowca na placu Bankowym. Pierwsze plany wybudowania wysokościowca na skrzyżowaniu Marszałkowskiej i Al. Solidarności (wtedy Świerczewskiego) powstały już w latach 50-tych, czyli przynajmniej kilkanaście lat wcześniej niż „Szkieletora”. Miejscówka, przy ówczesnym placu Dzierżyńskiego wydawała się znakomita. Niezbyt zadowoleni z tego faktu byli jednak wyznawcy judaizmu, gdyż było to miejsce po zburzonej w 1943 r. przez Niemców Wielkiej Synagodze na ulicy Tłomackie 7. Budowa rozpoczęła się dopiero w latach siedemdziesiątych i trwała prawie dwadzieścia lat. Wszystko jednak szło nie tak jak zakładano, aż w końcu, prezydent Warszawy Jerzy Bolesławski złapał się ostatniej deski ratunku, przyszedł do prezesa Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów, Szymona Szurmieja. Szurmiej dwukrotnie wzywał do Warszawy najbardziej ortodoksyjnych rabinów z Brooklynu, którzy kilkudniowymi nieustannymi modlitwami mieli „odświęcić” miejsce po synagodze. I wreszcie się udało. Budowę ukończono w 1991 r.
Ale wróćmy do Krakowa i klątwy (?), fatum (?) wiszącymi nad „Szkieletorem”. Trzeba to koniecznie sprawdzić! Jest klątwa, czy jej nie ma? Co prawda, nowy właściciel zapowiedział już przebudowę „Szkieletora” na Treimorfa, czy jakoś tak, ale chciałbym przypomnieć, że plany były już sporządzane wielokrotnie, a nasz czcigodny i coraz starszy bohater jak stał, tak nieukończony stoi. Trzeba koniecznie odczynić zło, albo przegonić stamtąd duchy, ewentualnie odprawić modły. Jeśli potraficie pomóc, to zgłoście się do obecnych właścicieli „Szkieletora” i zaproponujcie swe usługi. Jeśli tylko przyspieszy to zagospodarowanie całego terenu, to pewnie chętnie się na to zgodzą, a być może pojawi się także jakieś zadośćuczynienie.

Fot.1, 2.: Tomek „Papug”

Fot.3.: Wikipedia „Szkieletor in Krakow” autorstwa Janusz Klimek, Kraków