Archiwa tagu: zwiedzanie Krakowa

Odcinek specjalny. Kopiec Kościuszki.

Na specjalne życzenie znajomych z obecnej stolicy przeskoczyłem trochę ze Starego Miasta do Dzielnicy VII Zwierzyniec. Jak się tam dostać? Jeśli w trakcie zwiedzania Grodu Kraka korzystacie z komunikacji miejskiej, to do bohatera, a właściwie bohaterów mojej dzisiejszej opowieści dostaniecie się bezpośrednio dwoma liniami autobusowymi – 100 (z Salwatora) i 101 (z Os. Podwawelskiego, czyli okolic Centrum Kongresowego). Możecie też podjechać z centrum tramwajem linii 1,2 lub 6 do pętli Salwator i nieśpiesznym krokiem wejść na wzgórze Sikornik, czyli tam, gdzie znajduje się Kopiec Kościuszki. O tym, co zobaczycie po drodze na Salwatorze oraz wdrapując się na Kopiec napiszę za jakiś czas, gdy przyjdzie pora na opisywanie atrakcji Salwatora, Zwierzyńca i Bielan, a zapewniam, że warto się tam udać.

Gdy dotrzecie na wzgórze, to zobaczycie dziwny obiekt (na zdjęciu poniżej). To neogotycka kaplica bł. Bronisławy.

Kopieckosciuszki

Teraz jest to wejście na Kopiec Kościuszki, czyli miejsce z którego najlepiej widać… unoszący się nad Krakowem smog.

Kiedyś, jak głosi legenda, unosiła się tam jeszcze Bronisława z zakonu Norbertanek pośród siedmiu pochodni. Teraz już się nie pokazuje, bo (niepotrzebne skreślić):

a) nie ma takiej potrzeby,

b) nie lubi unosić się w smogu,

c) ma tylko siedem pochodni i nie chce konkurować z „radiomaryjnymi”, „posmoleńskimi” sprzed Pałacu Prezydenckiego w Warszawie.

A skąd tam Bronisława? Odpowiedź brzmi: ze Śląska Opolskiego. Bronisława, córka Stanisława Odrowąża Prandoty i Anny z Gryffitów-Jaksów żyła w latach 1203-1259. PESEL…… (nie dotyczy), NIP…… (nie nadano). Nie notowana, nie karana. Zamieszkała (meldunek stały od 1219 r.): Klasztor S.S. Norbertanek, ul. Tadeusza Kościuszki 88, 30-114 Kraków. Pobyt czasowy: Pustelnia, Al. Waszyngtona 1, 30-204 Kraków. „Przez 40 lat wiernie służyła Bogu, jaśniejąc cnotami i duchowym zjednoczeniem z Bogiem”. I tyle wiemy na jej temat.

Blogoslawiona Bronislawa.jpg

Później na wzgórzu też było ciekawie. W XVIII wieku jeden z litewskich szlachciców widział we śnie wzgórze z ołtarzem wokół którego stały ubrane na biało zakonnice. Głos powiedział mu, że znajdzie tam zbawienie. Spakował się, przyjechał do Grodu nad Wisłą i zamieszkał jako pustelnik na wzgórzu Sikornik. Czy widział unoszącą się Bronisławę? Nie wiadomo. Nic nie wiemy też na temat ewentualnego zbawienia i jego następstw dla dzielnego krajana z Litwy. Jeśli takowe były, to się nie pochwalił.

Pierwsza kaplica na Sikorniku powstała w stylu barokowym w 1702 r., a więc za króla Sasa. W latach 1758-1759 została wyremontowana. Dobudowano też „pokoje gościnne”, czyli niewielki domek dla pustelników. Obok kaplicy (1820-1823), został usypany Kopiec Kościuszki. Powstał na wzór kopców Wandy i Kraka. Najpierw Senat Rzeczypospolitej Krakowskiej podjął uchwałę, w której postanowiono wznieść symboliczną mogiłę Tadeusza Kościuszki. Oczywiście powołano komitet budowy. Ziemię pod przyszły kopiec, co warto zapamiętać, podarowały siostry Norbertanki (przedstawiciele Kościoła przyzwyczaili do tego, że raczej biorą niż dają, więc tym bardziej jest to czyn chwalebny). 16 października 1820 roku teren poświęcono, wśród przemówień i religijno-patriotycznych śpiewów z udziałem władz Krakowa, Uniwersytetu, Kościoła, a także licznie zgromadzonej publiczności ze wszystkich zaborów położono kamień węgielny. Zaczęła się budowa, na którą zbierano datki w Polsce i zagranicą. Pracowali przy niej ochotnicy ze wszystkich zakątków zniewolonego kraju. Po trzech latach uznano wreszcie, że budowa jest zakończona. Od tej pory zarówno na kopiec, jak i do kapliczki Bronisławy ciągnęły tłumy rodaków Kościuszki.

I tak współistniały sobie kopiec oraz kapliczka przez trzydzieści lat, aż do momentu, gdy C.K. generałowie zapragnęli stworzyć z Krakowa twierdzę. Jak postanowili, tak zrobili, tyle że ofiarą cesarsko-królewskich planów fortyfikacyjnych padły kaplica i erem. Ministerstwo Wojny „ze samego Wiednia” przejęło grunty na wzgórzu. Nie przejęli tylko kopca, bo jedna morga wiedeńska ziemi u podstawy kopca wraz ze stożkiem została eksterytorialna (nasza :-) ).

Austriacy w latach 1850-1854 wybudowali Fort „Kościuszko”. Podstawę kopca otoczyli ceglanym murem oporowym, a jako rekompensatę za wyburzoną barokową kaplicę, wybudowali nową, neogotycką wg projektu Feliksa Księgarskiego.

W roku 1860 na szczyt Kopca wtoczono, stojący tam do dziś granitowy głaz, w którym wyryto krótką, rzekłbym nawet – bardzo krótką, inskrypcję: „Kościuszce”.

Przez całą okupację hitlerowską polski, patriotyczny Kopiec górował nad zniewolonym miastem. Niemcy zajęli Fort „Kościuszko”, osadzili tam wojsko i planowali nawet niwelację Kopca, ale na szczęście tego nie zrobili.

Oprócz wejścia na górę warto też obejrzeć wspomniany fort, a właściwie jego zachowaną część, bo w latach 1948-1956 sporo wyburzono. Umocnienia przetrwały wojnę, nie przetrwały zaś powojennej Polski Ludowej. Jak przekonywano, w celu pozyskania cegieł na budowę internatu dla dzieci robotniczo-chłopskich zburzono bastiony I, I-II, II, II-III oraz część III. Zburzono, ale cegieł wiele nie odzyskano. Spoiny były tak dobre, że nie było szans oddzielić cegieł, więc… zwyczajnie zdewastowano znaczną część fortu. Szczęście, w tym całym nieszczęściu znaleźli się ludzie, którzy wyperswadowali ówczesnym władzom, że powinni zaniechać dalszych wyburzeń. Barbarzyństwo się zakończyło, a RMF ma skąd nadawać program.

Czy jest to wielka atrakcja? Na pewno zdecydowanie większa niż wejście na Kopę Cwila na warszawskim Ursynowie. ;-) Za dwanaście złociszy (bilet normalny) lub 10 (ulgowy) przez kaplicę, wąskimi schodami wejdziecie na kopiec i, tak jak już pisałem, będziecie podziwiać spowijający miasto Kraka i Wandy smog, krakowski smog! Takiego smogu nie ma nigdzie na świecie, nawet w Warszawie :-)

P.S. Jak nie chcecie płacić za bilety to 4 lutego (dzień urodzin Tadeusza Kościuszki), 24 marca (dzień przysięgi Kościuszki na krakowskim Rynku Głównym w 1794 r.) oraz 15 października, czyli w rocznicę jego śmierci możecie wejść na Kopiec za darmo. I jeszcze jedno, w cenie biletu jest także kilka innych atrakcji: zobaczycie kaplicę Bronki, wystawy dotyczące Tadzia Kościuszki, historii Kopca i twierdzy, a nawet wejdziecie do muzeum figur woskowych. To ostatnie jest, co najwyżej „średnie”, ale warto tam wejść nawet po to, aby stwierdzić, że… na pewno nie jest to część muzeum Madame Tussauds.

 

Foto 1: Kopiec Kościuszki CC BY-SA 2.5, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=657452

Ryc. 1: By Wojciech Eljasz-Radzikowski (1814-1904) – Siostry Norbertanki, Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=18722912

Odc. 24. O Klaryskach u Andrzeja.

Tuż obok monumentalnej świątyni p.w. ś.ś. Piotra i Pawła, stoi wysunięta w kierunku osi ulicy Grodzkiej inna budowla.

Jest to znacznie starszy od barokowego sąsiada kościół św. Andrzeja. Jego początki sięgają końca XI wieku. Ufundował go Sieciech, potężny palatyn księcia Władysława Hermana, a budowa trwała od roku 1079 do 1098. Na początku XII wieku stał się kolegiatą, czyli mniej niż katedra, więcej niż zwykły kościół i z większymi od niego prawami.

800px-Kraków,_St._Andrew

Wybudowany w stylu romańskim spełniał nie tylko rolę sakralną, ale także obronną, co kilkukrotnie okazało się wybawieniem dla wielu okolicznych mieszkańców. Pamiętacie historię o średniowiecznych „hakerach” i hejnaliście? W XIII wieku przynajmniej dwukrotnie (1241 i 1260) wpadali do nas przedstawiciele ludności zamieszkującej azjatycki Wielki Step, w skrócie zwani Tatarami. Jako że cel ich wypraw był w znacznej mierze ukierunkowany na grabieże, a poznanie obcych kultur i kontakty z nimi ograniczali do gwałtów i mordów, to nie byli mile widzianymi gośćmi. Wtedy też przydawały się takie budowle jak nasz romański bohater. Jednym ze znaków rozpoznawczych charakteryzujących styl romański są bardzo małe, wysoko umieszczone okna, które w przypadku zagrożenia spełniały funkcję otworów strzelniczych. Ponadto grube mury, w przypadku kościoła św. Andrzeja aż 1,6 metra, dawały poczucie bezpieczeństwa. Dzięki temu, m.in. podczas najazdu tatarskiego w roku 1241, mimo że większość Krakowa i okolicznych osad została zniszczona, wielu mieszkańców straciło życie, to część ludności, która schroniła się w środku głównej świątyni Okołu, przetrwała.

Prawdopodobnie w czasie tej drugiej tatarskiej wizyty w 1260 r. kościół został częściowo zniszczony, a następnie przebudowany.

W 1318 roku do kościoła wprowadziły się mniszki franciszkańskiego zakonu św. Klary.

chiara

Klara to postać niezwykła i niezwykła jest o niej legenda, bo dzięki niej jest patronką radia i telewizji. Co prawda zmarła ponad 640 lat przed doświadczeniami Marconiego i Tesli z przesyłem fal radiowych, ale… jako pierwsza widziała obraz telewizyjny wraz z dźwiękiem. Tak przynajmniej twierdzi Kościół Katolicki i zaświadczają o tym wszystkie żeńskie zakony franciszkańskie. Było to w noc Bożego Narodzenia 1252 roku, gdy w bazylice św. Franciszka w Asyżu odbywała się świąteczna msza. Klara z powodu choroby nie mogła uczestniczyć w nabożeństwie, ale „z Bożej łaski na odległość doskonale widziała jakby na ekranie i słyszała wszystko jakby była obecna na uroczystości […]”. Widziała, nie widziała, jej sprawa, papież Pius XII w 1953 roku, czyli w 700 rocznicę śmierci uznał, że widziała i ustanowił patronat Klary nad tymi dwoma mediami. Oprócz tego potrafiła tak żarliwie się modlić, że Saraceni, którzy oblegali Asyż zrezygnowali z ataku na miasto w 1240 i 1241 roku. Szkoda, że nie mieszkała w tym czasie w Krakowie, bo by pewnie Tatarzy zrezygnowali z ataku na Gród Wandy. Oczywiście nie umniejszam zasług Klary dla katolików, bo zebrało się tego na tyle dużo, że sława dokonań dotarła „z ziemi włoskiej do Polski”, lub jak kto woli nawet „z ziemi polskiej do Wolski”. :)

Wielką fanką Klary z Asyżu była Salomea, siostra krakowskiego księcia Bolesława Wstydliwego (tego samego co to do wyra z własną żoną nie chadzał, a i książęca małżonka do uciech cielesnych nie była skora).

bł-Salomea

Siostra Bolesława, po śmierci małżonka w 1241 roku postanowiła dokończyć żywota w zakonnej celi. Podobała się jej franciszkańska reguła zakonu św. Klary, jednak ta wprowadzała znaczne ograniczenia w zakresie posiadania dóbr doczesnych. Salomea chciała się umartwiać i leżeć krzyżem, ale niekoniecznie w biednym klasztorze. W związku z tym postanowiono wykorzystać pewne kruczki prawne. Teraz to się nazywa „kreatywna księgowość”, dzięki czemu można obejść pewne ograniczenia podatkowe, czy prawne zakładając fundację lub dzieląc firmę na wiele spółek. Tak też postąpili wdowa i jej brat. Książę Bolesław w 1255 roku przy klasztorze (wtedy jeszcze nie w Krakowie, a w Zawichoście) ufundował szpital, do majątku dorzucił (na dobry początek) jedenaście wsi. Zakonnice dzięki temu miały zapewniony byt. Zanim siostrzyczki trafiły do stolicy Małopolski około 1316 roku, na chwilę, ze względów bezpieczeństwa, przeniesiono je do podkrakowskiej wsi Skała. Później część z nich zamieszkała w Starym Sączu. I tu, i tu również nie odmówiły przyjęcia wielu kolejnych wsi. Oczywiście oznaczało to dochody z dziesięcin, służebności, ceł, karczm, młynów, łąk, lasów itd. Ponadto zapisano im niemałe coroczne datki w srebrze i złocie z książęcych żup solnych w Bochni i Wieliczce, kopalni ołowiu w Olkuszu, a także wypłatę z dochodów komory celnej w Krakowie! Zostały także zwolnione niemal z każdej daniny i podatku na rzecz Państwa. Uzyskały jednocześnie władzę sądowniczą na całym swym terenie. Nadania w ziemi, kruszcach, czy zwolnieniach podatkowych zostały dokładnie opisane w dokumentach książęcych oraz… kilku, wykonanych przez zakonnice falsyfikatach. Wszystko na chwałę Pana!

W 1268 r. zmarła pierwsza polska ksieni, założycielka klasztoru, Salomea. Nie da się ukryć, że zadbała o podstawy organizacyjne i finansowe działalności zakonu w Polsce. Jak podają dobrze poinformowane źródła zbliżone do Klarysek, gdy umierała z jej ust uszła do nieba gwiazda, więcej szczegółów tego wydarzenia nie znamy, ale na pewno miało to wpływ na ogłoszenie Salomei błogosławioną.

Obracanie sporym kapitałem i walka o niego także przed sądami przez wiele kolejnych dziesięcioleci były znakiem rozpoznawczym nowo powstałego klasztoru. W 1318, o czym wspomniałem, chociaż jeszcze nieoficjalnie, Klaryski zajmowały już kościół św. Andrzeja. Obieg dokumentów nie był tak sprawny jak dzisiaj, więc wszystkie formalności, łącznie z podpisem papieża, trwały aż do 1325 roku. Odtąd niezmiennie Klaryski zajmują tę jedną z najstarszych krakowskich świątyń.

W historii zakonu i świątyni bywało różnie, ale w późniejszych wiekach nie było tak „kolorowo” jak w XIII i XIV stuleciu. Znaczenie Klarysek znacznie zmalało. Mniszki dotykały także kłopoty dnia codziennego, wojny, pożary itp. Kościół płonął w latach 1455, 1473, 1658. Przez wieki zachował sporą część swojej romańskiej bryły, chociaż da się zauważyć elementy należące do innych epok. Na początku XIV w. dobudowano gotyckie oratorium, które obecnie pełni rolę zakrystii. W XVI wieku dobudowano przy fasadzie, nieistniejącą dziś przybudówkę mieszczącą kostnicę, podziemny grobowiec i kaplicę. Tę przybudówkę oraz płot, którym od strony ulicy Grodzkiej był odgrodzony kościół rozebrano w 1844 roku. W XVII w. wykuto trzy nowe okna, podwyższono wieże i zbudowano między nimi, w podziemiach, nowy grobowiec. W latach 1700-1703 gruntownie przebudowano wnętrze nadając mu charakter barokowy.

Do kościoła przylega zespół klasztorny, którego najstarsza, gotycka część została wybudowana za czasów króla Władysława Łokietka około 1325 roku. Klasztor znacznie rozbudowano w XVI i XVII wieku. Jeśli chcecie zobaczyć go od środka, to nie jest to łatwe, bo mogą to zrobić tylko kobiety i tylko wtedy gdy wstąpią do zakonu. Taka reguła, więc jest to Wasz, drogie Panie wybór. Panowie zaś, szanse na wstęp tam macie praktycznie zerowe.

Stojąc od ponad 900 lat przy głównym szlaku Krakowa, kościół św. Andrzeja jako jeden z niewielu przykładów romańskiej architektury sakralnej w Polsce wciąż zachwyca. Klaryski jako gospodynie kościoła i klasztoru bardzo niechętnie pozwalają np. na badania archeologiczne, nie wspominając o turystyce. Z tego względu jest to chyba wciąż najbardziej tajemnicza świątynia Grodu Kraka.

I w tym odcinku to by było na tyle.

_________________________________________________________

Foto: Kościół św. Andrzeja By Cancre – Praca własna, GFDL, wikipedia

Ryc. 1. Św. Klara (kapucynki.pl)

Ryc. 2. Błogosławiona Salomea (zyciezakonne.pl)

 

 

Odc. 23. Kościół śś. Piotra i Pawła.

Wciąż zwiedzacie ulicę Grodzką tuż przy placu Marii Magdaleny. Przed Wami, za ogrodzeniem zwieńczonym rzeźbionymi postaciami stoi ogromny budynek. Jest to kościół p.w. św. Apostołów Piotra i Pawła, pierwsza barokowa i największa zabytkowa świątynia Krakowa.

Jego historia rozpoczęła się w 1579 r., gdy do Grodu Kraka przybyli Jezuici. „Kimanie” początkowo mieli załatwione przy nieistniejącym dziś kościele świętego Szczepana na placu Szczepańskim. Oprócz „Szczepana” dostali jeszcze, także nieistniejący już, kościółek śś. Macieja i Michała stojący w rogu Placu Szczepańskiego, w miejscu obecnego skrzyżowania z ul. Reformacką. Każdy człowiek jak coś osiągnął, coś kupił i coś ma, to chce więcej, nowsze, lepsze. Kilka lat „chłopaki” przemęczyli się „u Szczepana” oraz „Macieja i Michała”, więc zapragnęli czegoś większego. Królem był wtedy István Báthory, czyli po naszemu Stefan. Jezuici delikatnie dali mu znać, że im ciasno i przy poparciu króla udało się załatwić kolejną „chatę” na Małym Rynku, czyli kościół świętej Barbary. Oczywiście starych świątyń nie oddali, tylko wspaniałomyślnie wzięli w posiadanie jeszcze jedną. Mieli już trzy, ale trzy powiedzmy – niewielkie, a plany zakonnicy mieli ogromne. Do tego tuż obok „św. Barbary” był znacznie większy konkurent o rząd dusz i kasę z tacy – Bazylika Mariacka. Walka nierówna i z góry skazana na porażkę. Na rozbudowę niewielkiego kościoła stojącego między Placem Mariackim, a Małym Rynkiem nie było miejsca. Budynki przy Placu Szczepańskim też nie nadawały się do rozbudowy. Trzeba było przenieść się do nowej, okazałej siedziby z dala od głównej krakowskiej świątyni. Pozostał do rozwiązania tylko jeden „mały” problem – pecunia.

Fundusze mógł zagwarantować tylko bardzo zamożny sponsor. Pomoc w zbudowaniu nowego kościoła obiecał kardynał Jerzy Radziwiłł. Biedny nie był, ale szybko się okazało, że sam nie podoła, a całego swego majątku oddawać raczej nie chciał.
- Kasa! Kasa! Brakuje kasy? W końcu od czego jest kolejny król? Jest nowy, zagraniczny, więc da się naciągnąć – pomyśleli Jezuici i mieli rację. Zygmunt III Waza, ten od kolumny, wspomógł ich nie tylko dobrym słowem. Książę kardynał Radziwiłł chętnie zaszczyt fundacji kościoła przekazał na króla. O pomoc królewską zabiegał najznamienitszy ówczesny polski Jezuita – ks. Piotr Skarga. Jego starania i rozmowę z królem przedstawił XIX-wieczny historyk Stanisław Załęski:
A książę kardynał krakowski? – rzekł król - […] Księciu kardynałowi nie chcemy wchodzić w drogę, tembardziej że już do jenerała zakonu zgłaszał się z oną swoją ochotą.
Nie wejdzie Wasza Królewska Mość. – odpowiedział ks. Skarga – […] Ustępuje chętnie W. K. Mości zaszczytu i fundatora kościoła i domu professów, boć hojności królewskiej, jak powiada, jego hojność książęca nie dorówna, użyje jej dla nas gdzie indziej.

Książę Radziwiłł dzięki przebiegłości Piotra Skargi pozbył się kłopotu, a nowy król był zadowolony z dobrych układów z Jezuitami. Finansowe apetyty zakonników przewyższały możliwości i chęci kardynalsko-książęce, ale nie królewskie. Zygmunt III, jak to król, w końcu ze swego prywatnego nie dawał. Także teraz politycy najbardziej są rozrzutni jak mają do dyspozycji grosz publiczny – sto milionów tu, miliard tam…

Pieniędzy potrzeba było sporo. Jezuici nie chcieli baraku 10m x 10m, im się marzyła budowla wielka, która swą wielkością przyćmi inne, a miejsca w otoczonym murem Krakowie właściwie nie było. No i zaczęło się szukanie „miejscówki”. Znaleziono dwie – jedna przy Wiślnej, a druga przy Grodzkiej. W obu przypadkach trzeba było wykupić stojące kamienice i budować na ich miejscu, co znacznie podnosiło koszt. Obie miały plusy i minusy lub jak kto woli – plusy dodatnie i plusy ujemne. Wiślna – jest w samym centrum, tuż przy Rynku, ale miejsca niewiele, Grodzka – oddalona od Rynku, lecz tu mieli możliwość budowy wielkiej świątyni. Myśleli, myśleli i wymyślili, że skoro płaci król, to kupią jednak tę większą miejscówkę przy Grodzkiej.

Wykupili kilka parceli, zburzyli stojące tam budynki i 23 czerwca 1597 rozpoczęła się budowa. Plany mieli „nówka sztuka” – barok, to wtedy był hit sezonu! Krakowską świątynię wzorowano na głównym kościele Jezuitów rzymskim „Il Gesù”, którego budowa ukończyła się zaledwie kilka lat wcześniej. Nie było jednak „letko”. W 1610 roku niepowodzeniem zakończyła się próba wzniesienia kopuły. Udało się to dopiero dziewięć lat później po znacznym wzmocnieniu filarów podtrzymujących ogromną konstrukcję.
Budowa i wykończenie trwały prawie czterdzieści lat. To sporo, jednak krócej niż trwa np. budowa „Szkieletora” (1975-….). W końcu 8 lipca 1635 roku konsekrowano nowy kościół.

450px-Peter&Paul_church_krakow
Jezuici rozgościli się w nowych murach, a kościół przeżywał swój okres świetności. Pierwszym większym problemem był pożar Kolegium Jezuickiego w 1719 r., który zniszczył także sporą część kościoła. Kilka lat trwała odbudowa sklepień i nadpalonych murów. W 1722 roku dobudowano mur z bramą i barokowymi rzeźbami 12 Apostołów z wapienia pińczowskiego. Krakowskie powietrze, które nigdy nie należało do najzdrowszych oraz powojenne nowohuckie kwaśne deszcze spowodowały tak znaczne zniszczenie figur, że w 1959 roku zdecydowano o ich zdemontowaniu. Stojące obecnie, to dalekie od oryginału kopie z lat osiemdziesiątych XX wieku.

1024px-2007KrakówPiotrPaweł

Oryginały znajdują się w pracowni konserwatorskiej w Krzeszowicach. Wciąż trwa dyskusja co z nimi zrobić, bo postaci Apostołów zaprojektowane w XVIII wieku przez Kacpra Bażankę wyglądają jak figury lodowe po znacznym wpływie promieni słonecznych i trudno na wielu z nich rozpoznać rysy twarzy oraz inne fragmenty anatomiczne. Niech się tym martwią eksperci i konserwatorzy zabytków. Wracamy do historii kościoła.

W 1773 roku, jak już wiecie z historii parafii św. Barbary, dokonano kasaty zakonu Jezuitów. Nasz ogromny, barokowy „bohater” przeszedł we władanie Komisji Edukacji Narodowej, na jakiś czas właścicielem był uniwersytet, a następnie przejęli go Cystersi.
Później bywało różnie, raz lepiej, raz gorzej, chociaż częściej było gorzej. W końcu wieku XVIII kościół podupadł na tyle, że nie wiadomo było co z nim zrobić. W latach 1809-1815 służył nawet jako prawosławna cerkiew.

Na początku XIX stulecia w Krakowie nastąpiła prawdziwa rzeź kościołów. Wydaje się Wam, że teraz kościoły są w centrum Krakowa na każdym kroku i za każdym rogiem? Są, ale, w co trudno uwierzyć, jeszcze na przełomie XVIII i XIX wieku było ich zdecydowanie więcej. Utrata znaczenia miasta, trudna sytuacja finansowa, zmniejszenie liczby ludności w wyniku wojen doprowadziły do tego, że brakowało pieniędzy na konserwację i utrzymanie licznych świątyń, które przez setki lat bez opamiętania budowano dosłownie co kilka metrów. Ponadto, aby miasto mogło się rozwijać potrzebowało miejsca na nowe, reprezentacyjne budowle świeckie, potrzebne były place i zieleń. Kraków potrzebował nowoczesnych rozwiązań urbanistycznych i uporządkowania całego swojego obszaru, co opisywałem już przy okazji opowieści o Barbakanie i miejskich murach.

Wybawieniem dla kościoła śś. Piotra i Pawła było… zburzenie kościoła p.w. Wszystkich Świętych (na Placu o tej nazwie) i przeniesienie z niego parafii w 1824 roku. Odtąd „u Piotra i Pawła” jest parafia Wszystkich Świętych. Aby przygotować świątynię do przejęcia nowych obowiązków, w latach dwudziestych XIX wieku przeprowadzono remont. Od tego czasu prace konserwatorskie prowadzono kilkukrotnie i dzięki temu możecie podziwiać to barokowe dzieło.

1280px-Krakow_2006_066

Co zobaczycie w środku?

1280px-Church_of_Saints_Apostles_Peter_and_Paul_(interior),_52a_Grodzka_street,_Krakow,_Poland

M.in. grobowiec ks. Piotra Skargi, barokowy nagrobek biskupa Andrzeja Trzebnickiego, czy złocone posągi czterech Ewangelistów wewnątrz kopuły. Do tego w czwartki o godz. 10.00, 11.00 i 12.00 odbywają się demonstracje działania najdłuższego w Polsce, 46 metrowego i ważącego 25 kg Wahadła Faucaulta, które dowodzi obrotu Ziemi wokół własnej osi.

800px-Foucault_pendulum_in_Kraków_St._Peter_&_Paul_church

W tym odcinku to by było  na tyle. Jezuici jeszcze pojawią się w mojej opowieści, ale dopiero wraz z kolejną trasą, już po zakończeniu zwiedzania Drogi Królewskiej. Opowiem jeszcze i o baroku, ale na razie przeniesiemy się do innej świątyni, która znajduje się… kilka metrów dalej. Wciąż nie opuszczamy okolic Placu Marii Magdaleny i ulicy Grodzkiej. Kolejna część będzie o romańskim kościele św. Andrzeja.

___________________________

Fot.1. Kościół śś. Piotra i Pawła. Aut. Fabienkhan. Licensed under CC BY 2.0 via Commons

Fot.2. Figury Apostołów przed wejściem do kościoła. „2007KrakówPiotrPaweł” by Soylentgreen23 from Krakow, Poland – Flickr. Licensed under CC BY 2.0 via Commons

Fot.3. Widok kościoła śś. Piotra i Pawła ze Wzgórza Wawelskiego. „Krakow 2006 066” autorstwa Wizzard – Praca własna. Licencja Domena publiczna na podstawie Wikimedia Commons

Fot.4. „Kościół ŚŚ Piotra i Pawła w Krakowie Ołtarz Główny” by Ludwig Schneider – Own work. Licensed under CC BY-SA 3.0 via Commons

Fot.5. Pokaz działania Wahadła Foucaulta. „Foucault pendulum in Kraków St. Peter & Paul church” autorstwa Zorro2212 – Praca własna. Licencja CC BY-SA 3.0 na podstawie Wikimedia Commons

Odc. 22. Grodzka, czyli wkraczamy na Okół.

Szesnastowieczny kronikarz Marcin Bielski tak oto opisywał Kraków: „siedzi na miejscu bardzo obronnym w równi między bagny, i nie masz do niego przystępu jedno od Kleparza, a bardzo by snadnie wodą go obwiódł. Gdy na nie z góry zwierzynieckiej pojrzy (bo stamtąd najlepiej się mu przypatrzy), jest coś podobne do lutnie okrągłością swą, a Grodzka ulica i z zamkiem jest jako szyja u lutnie właśnie. Ma też coś podobnego do orła, którego głowę reprezentuje zamek, Grodzka ulica – szyję, przedmieście zasię około niego są jako skrzydła jakie”.

O Kleparzu już było, o wodzie wokół miasta też co nieco wspominałem (i wspominać jeszcze będę), kierujemy się więc do „szyi u lutni”, czyli prowadzącej do zamku ulicy Grodzkiej.

Opuszczając Rynek, już na Grodzkiej po prawej stronie mijacie kamienicę pod numerem 3, gdzie w II połowie XVI i na początku XVII wieku mieściła się słynna drukarnia oraz księgarnia prowadzona przez Mikołaja i Jana Szarfenbergów.

402px-A-206_kamienica_Kraków_ul._Grodzka_3_MM

Następnie, tuż przed placem (właściwie dwoma placami) z linią tramwajową, przy Grodzkiej 22 zobaczycie kamienicę, w której w 1840 roku urodziła się Jadwiga Helena Misel bardziej znana jako Helena Modrzejewska.

15_big

Tuż za rodzinnym domem pięknej i genialnej XIX-wiecznej aktorki znajdują się właśnie dwa place rozdzielone ulicą Grodzką: po lewej plac Dominikański, a po prawej plac Wszystkich Świętych. Ciekawe historie z nimi związane przedstawię Wam kiedy indziej, gdy będziemy wspólnie spacerować inną trasą podczas następnej wycieczki. W dalszej części ulicy Grodzkiej zobaczycie: kamienicę „Podelwie” (nr 32) z widoczną nad portalem XIV-wieczną płaskorzeźbą lwa

78_big

oraz kamienicę „Pod Elefanty” (nr 38) z płaskorzeźbami słonia i nosorożca.

800px-Krakow_Grodzka_38_Dom_Pod_Elefanty_01_A-255

Zatrzymajcie się na chwilę przy tym ostatnim domu (zdjęcie powyżej). „Pod Elefanty” powstał z połączenia trzech innych budynków. Jednym z nich był stojący na rogu ulic Grodzkiej i Poselskiej kościół św. Piotra. Zapamiętajcie to, bo za chwilę zbliżycie się do „następcy” tego niewielkiego kościółka, który spłonął w znanym już Wam wielkim pożarze z 1455 roku, następnie po odbudowie powoli tracił swe znaczenie i pod koniec XVIII wieku został ekssekrowany (odświęcony) oraz całkowicie przebudowany. Nazwa ulicy Poselskiej oczywiście nie pochodzi od naszych posłów na Sejm, bo ci w zdecydowanej większości nie zasługują na żaden szacunek i jakąkolwiek pamięć. W sumie, na tę nazwę nie zasłużyli także ci, którym ta ulica została poświęcona. Jej nazwa pochodzi od słowa „legat”, oznaczającego legatów (posłów) papieskich, watykańskich agentów, którzy nadzorowali polski Kościół, jego finanse oraz wpływ biskupów na państwową politykę. W sumie do tej pory nic się nie zmieniło, ale to już odrębny temat.

W średniowieczu kościół św. Piotra stał przy granicy miasta. Tuż za nim wzdłuż ul. Poselskiej wznosił się mur oddzielający Kraków od osady o nazwie Okół. Osada ta oddzielała Kraków od królewskiego Wawelu, ale w przeciwieństwie do Kleparza, czy Kazimierza nigdy nie otrzymała praw miejskich, a przynajmniej nie zachowały się dokumenty o tym świadczące. Okół już od XIV wieku był stopniowo wchłaniany przez Miasto Stołeczne.

Po drugiej stronie ulicy Grodzkiej, po przekątnej od byłego kościoła świetnego Piotra, w kamienicy pod numerem 39 mieściła się pracownia Wita Stwosza.

Trochę dalej znajdziecie dwa duże budynki należące obecnie do Uniwersytetu Jagiellońskiego. Pierwszy (nr 52), stojący tuż obok wielkiego kościoła, o którym za chwilę, to Collegium Broscianum.

1280px-Collegium_Broscianum

Nazwa ta pochodzi od nazwiska Jana Brożka (Joannes Broscius), siedemnastowiecznego profesora i rektora Akademii Krakowskiej. Budynek powstał na przełomie XVI i XVII wieku i przez ponad 170 lat należał do Jezuitów. W 1623 roku umieszczono w nim nowo powstałe Kolegium Jezuickie. Po kasacie zakonu w 1773 roku, mieściły się tam: dom księży emerytów, seminarium nauczycielskie, siedziba zakonu cystersów, magazyny wojskowe, Senat Wolnego Miasta Krakowa. Po upadku Rzeczypospolitej Krakowskiej (1846) aż do 1971 roku, kiedy budynki przekazano „Jagiellonce”, mieściły się tu sądy różnych instancji poczynając od Cesarsko-Królewskiego Sądu Krajowego Wyższego, na Sądzie Wojewódzkim kończąc.

Drugi (nr 53), narożny, mieszczący się naprzeciwko, stoi na miejscu hali i placu targowego z przełomu XIII i XIV wieku.

1280px-Kraków_-_Collegium_Iuridicum_01

Podobnie jak kamienica „Pod Elefanty” składa się z połączonych ze sobą i przebudowanych dwóch innych kamienic i także przy nim stał kościół. Dwie kamienice wybudowane tam w drugiej połowie XIV wieku należące do Sędziwoja z Szubina oraz Mikołaja i Niemierzy z Irządza zostały odkupione na początku XV wieku przez Uniwersytet i połączone w jeden budynek. W XVII wieku wnętrze Collegium Iuridicum, bo taką nazwę i taką funkcję mu nadano, przebudowano. Odtąd znajduje się tam piękny arkadowy dziedziniec, ale na całym budynku zobaczycie wiele elementów gotyckich. Obecnie to siedziba Instytutu Historii Sztuki oraz, jak sama nazwa wskazuje – prawników (Zakład Postępowania Cywilnego i Katedra Prawa Pracy).

Jak wspomniałem, przy Collegium Iuridicum stał kościół. Był to nieistniejący już kościół św. Marii Magdaleny. Ta niewielka świątynia istniała już w XIII wieku. Wielokrotnie płonęła, w tym, oczywiście w 1455 roku. Coraz bardziej zrujnowany budynek na początku XIX wieku zburzono. Pamiątką po nim jest nazwa placu przylegającego do Collegium Iuridicum, łączącego ulice Grodzką i Kanoniczą. Na środku placu, w postaci betonowego postumentu – opanowanego przez deskorolkarzy, zaznaczono obrys kościoła.

1280px-Kraków_-_plac_Marii_Magdaleny

Stoi tam jeszcze, delikatnie rzecz ujmując, nienajpiękniejszy pomnik Piotra Skargi. To właśnie o nim i jego kumplach – Jezuitach będzie następna opowieść.

__________________________

Fot. 1. Grodzka 3. Źródło wikipedia. Licencja Domena publiczna na podstawie Wikimedia Commons

Fot. 2. Kamienica, ul. Grodzka 22. Źródło – wikimapia.org

Fot. 3. Herb kamienicy „Podelwie” – Źródło – wikimapia.org

Fot. 4. Kamienica „Pod Elefanty” – Źródło wikipedia. Licencja Domena publiczna na podstawie Wikimedia Commons

Fot. 5. Collegium Broscianum, aut. Cancre. Licencja GFDL na podstawie Wikimedia Commons

Fot. 6. Collegium Iuridicum, aut. Lestat (Jan Mehlich). Licencja CC BY-SA 3.0 na podstawie Wikimedia Commons

Fot. 7. Krużganki, wnętrze Collegium Iuridicum, aut. Cancre. Licencja CC BY-SA 3.0 na podstawie Wikimedia Commons

Fot. 8. Plac Marii Magdaleny, aut. Céline from Paris, France. Licencja CC BY-SA 2.0 na podstawie Wikimedia Commons

Odc. 21. O św. Wojciechu i jego kościółku na Rynku

Była już opowieść o świętym Florianie, który rzekomo chroni od pożarów, było o Basi, która jest patronką niemal wszystkich znanych zawodów, a teraz będzie słów kilka o Wojciechu, także świętym i o kościółku, któremu ów święty patronuje. Świątynia ta stoi na Rynku u wylotu ulicy Grodzkiej i, co może wielu z Was zdziwić, nie jest wcale najmniejszym kościołem Grodu Kraka.

O tym skąd się tam wzięła i dlaczego jest tak nisko dowiecie się za chwilę. Teraz skupmy się na jej patronie i legendzie z nim związanej.

Przez wiele wieków twierdzono, że św. Wojciech zanim świętym został, zanim miasto Kraków powstało, przybywał na teren obecnego Rynku, tu głosił swe kazania i chrzcił pogańskich mieszkańców. Ci z wdzięczności, w miejscu modłów, postawili niewielką świątynię, której patronem został Wojciech. No cóż, szansa na to, że Wojciech bywał w tym miejscu jest, ale raczej jest podobna do szansy na wygranie przez polski klub piłkarski Ligi Mistrzów.

Kim był ów święty? Sprawdźmy. Wojciech, a właściwie Vojtěch, bo ten gość był Czechem, jako młody kapłan został biskupem Pragi, ale długo nie nacieszył się stanowiskiem, bo go Pepiki szybko pogonili. Naraził się i wiernym, i możnowładcom. Mieli go dość wszyscy, później oprócz Czechów także mieszkańcy dzisiejszej Słowacji oraz Węgrzy. Podczas bierzmowania przyjął imię Adalbert, więc czasami znany jest też pod tym imieniem. W roku 997 wybrał się namawiać plemiona pruskie na zmianę wiary i… mu się nie udało. Prusowie zabili biednego Vojtěcha vel Adalberta. Misja już od samego początku miała niewielkie szanse powodzenia. Jak chcecie się przekonać jak taka wyprawa może wyglądać, to jeźdźcie na tereny zajęte przez tzw. Państwo Islamskie głosić wiarę w Chrystusa. Nie wiem czy zostaniecie świętymi, ale zapewne podobnie jak Wojciech wrócicie bez głowy. Za to, że tam pojechał i zginął został szybko okrzyknięty świętym, żadnych innych zasług w tej mierze nie odnotowano, a przynajmniej nie tyle żeby po wsze czasy wychwalać jego dokonania. Nie będę tu już nawiązywał do polityki i pewnej wyprawy sprzed kilku lat…
Ciało przyszłego świętego z rąk pogan wykupił Bolesław Chrobry. Na przełomie X i XI wieku Państwu Polskiemu bardziej był potrzebny martwy święty niż żywy misjonarz wędrujący wśród jezior i lasów. Po śmierci okazało się, że wszyscy chcą Wojciecha, a właściwie tego co z niego zostało. Pocięli go i teraz jego relikwie są i w Gnieźnie, i w Pradze, w Kleve koło Düsseldorfu i Akwizgranie. Tyle o patronie Polski, Czech oraz naszego niewielkiego kościółka na krakowskim Rynku.

Krakau_Adalbert
Zajmijmy się budowlą. Z daleka widać dominujący styl barokowy, jednak kościół jest sporo starszy. Można to poznać po licznych elementach romańskich np. wąskim okienku od prezbiterium, romańskim portalu wokół drzwi wychodzących na ulicę Grodzką, czy po tym, że jest on zbudowany w dużej mierze z wapienia wzmacnianego na rogach piaskowcem. Archeolodzy twierdzą, że pochodzi z drugiej połowy XI lub początków XII stulecia. Ponadto stoi na miejscu jeszcze starszej, drewnianej świątyni, która była tu w X wieku. To, że „bohater” tej opowieści jest znacznie starszy niż niemal cała zabudowa placu można poznać także po tym, że podobnie jak Bazylika Mariacka stoi pod innym kątem niż kamienice i Sukiennice. Podczas wytyczania Rynku Głównego w połowie XIII wieku oba kościoły więc już istniały.

Na początku XV wieku kościółek stał się prebendą Uniwersytetu Jagiellońskiego. Co to oznaczało? Proboszcz mógł liczyć na wsparcie władz uniwerku, np. część kar jakie wymierzał sąd rektorski była przekazywana na utrzymanie świątyni. W 1525 roku na przykład za obrazę nauczyciela (magistra) i studenta, na karę 200 grzywien zostali skazani Piotr z Krosna oraz Żyd Izaak. Połowa z tej niemałej sumy miała być wpłacona pro ecclesia Sancti Adalberti.
O ile szanse na to, że w tym miejscu przemawiał Wojciech są mizerne, to miejsce to stało się znane z kazań innego ważnego katolickiego świętego. Był nim Jan Kapistran (Giovanni da Capestrano), który na zaproszenie biskupa Oleśnickiego i króla Kazimierza Jagiellończyka przybył do Krakowa w sierpniu 1453 roku. Zamieszkał w kamienicy przy Rynku na rogu ulicy Wiślnej (dzisiaj pod numerem 28), która od tego wydarzenia zwana jest „Kamienicą pod Kapistranem”. Na jej rogu, na wysokości pierwszego piętra stoi figura przedstawiająca tego kaznodzieję. Jako że lubił przemawiać pod gołym niebem, to tuż przy kościele św. Wojciecha wybudowano mu specjalną trybunę. Więcej wizyt katolickich świętych (oprócz Karola Wojtyły), w tym miejscu nie odnotowano.

Zapewne zauważyliście, że nasza niewielka świątynia stoi poniżej obecnej płyty głównego placu miejskiego. Po opisywanym już pożarze Sukiennic w 1555 roku postanowiono przebudować Rynek oraz podnieść i wyrównać jego poziom. Trudno to sobie wyobrazić, ale jeszcze w I połowie XVI wieku nasz sakralny „bohater” stał na niewielkim wzniesieniu, wokół którego biegło szerokie zagłębienie. W tym zagłębieniu, podobnie jak na całym Rynku, stało wiele kramów. Było to powodem nieporozumień, bo właściciele kramów oraz klienci mocno zanieczyszczali ściany świątyni, a i zapachy nie należały do aromatów. Księżom przeszkadzał tylko smród jaki wydobywał się od bud, a nie przeszkadzały same stragany, bo czynsz z kramów otaczających kościół w całości otrzymywał właściciel terenów wokół kościoła. Właścicielem był uniwersytet, a część zebranej kwoty przeznaczano dla proboszcza od św. Wojciecha. Pecunia non olet! ;-)

Gdy w II połowie XVI wieku wyrównano rynkowe bruki okazało się, że wejście do świątyni jest odrobinę niżej. Niewielkiego kościółka nie dało się podnieść, więc pozostał w zagłębieniu. Takiego problemu nie było z okolicznymi kamienicami, które miały wysoko umiejscowione wejścia. Rozebrano wtedy tylko ich przedproża, zasypano także wejścia do piwnic usytuowane od frontów. Gdyby nie to, pewnie oczy turystów cieszyłyby przedproża takie jak w Gdańsku na ulicy Mariackiej, czy Długim Targu. Było, minęło, przedproży w kamienicach nie ma, a kościółek stoi niżej. Niedługo potem, pod koniec XVI wieku, gdy do kościoła św. Barbary wprowadzili się Jezuici, przeniesiono stamtąd do Wojciecha kazania niemieckie.

Na początku XVIII wieku kramów tuż przy murach kościoła już nie było, a był on otoczony płotem. Kramy oddalono od niego o kilka metrów. Jednocześnie wiadomo, że już wtedy Kraków miał problem ze zbieraczami złomu. Oto fragment tekstu z roku 1712 dotyczący otoczenia kościoła św. Wojciecha: „Za prowizorstwa Pana Gałeczki krata żelazna zepsowana y rozkradziona przez ultajów koło kościoła, de novo wystawiona sumptem jaśnie Wielmożnej Jej Mości Pani Domicelli z Kurozwęk Mięcińskiej wieluńskiej, ojcowskiej, radomskiej starościny z dołożeniem sumptu z percepty brackiej, jako patet z regestrów P. Gałeczki”. Jak widzicie „ultaje”, co to chętnie „zaopiekują się” każdym kawałkiem metalu istnieli już w dawnej Polsce i gdyby nie, zapewne mocno świątobliwa, Pani Domicella kraty byłyby jeszcze długo „zepsowane”.

Teraz krat już nie ma, a obecny wygląd kościół otrzymał podczas przebudów w XVII i XVIII wieku. Wtedy to znacznie go podwyższono dobudowując barokową kopułę, dostawiono także zakrystię oraz kaplicę Wincentego Kadłubka. Otaczający go murek zaś jest idealnym miejscem na chwilowy odpoczynek.

 

________________________________________________

Fot. „Krakau Adalbert”. Licensed under CC BY-SA 3.0 via Commons

Odc. 20. „Wiśniówka” na torcie. Część 2. Indyjanie w Krakowie.

Człowiek od zawsze szukał sposobów na oderwanie się od codzienności i często temu służył alkohol. Są tacy, co twierdzą, że jest on zgubą ludzkości. Może i tak, ale ja go lubię. Oprócz rozrywki, od wieków topi się w nim smutki i problemy. No cóż, zgodzicie się, że alkohol nie rozwiązuje problemów, ale mleko w sumie też nie. To będzie kontynuacja opowieści tylko dla dorosłych, opowieści o spożywaniu napojów procentowych w dawnym Krakowie oraz o najsłynniejszej przez wieki knajpie Grodu Wandy co Niemca nie chciała. Nadal zwiedzamy Rynek Główny.

W piwnicach krakowskiego ratusza, o którym pisałem tu i tu, przez wiele wieków znajdowała się knajpa, którą jedni wychwalali pod niebiosa, inni zaś przeklinali. Przez ścianę sąsiadowała z kazamatami, w których przetrzymywano więźniów oraz dokonywano ich przesłuchań (zadawano pytania i dzięki pomocy kata otrzymywano szybkie, zadowalające sędziów odpowiedzi). Czy aresztanci mieli dodatkowe katusze w postaci słuchania świetnie bawiących się w piwiarni kolegów? Tego nie wiem, mury były dosyć grube.

1024px-WWII_Krakow_-_09

Piwnica ta, zwana Piwnicą Świdnicką, oferowała najlepsze piwa sprowadzane ze Śląska. Piwko ze Świdnicy bardzo smakowało Krakusom, więc w drugiej połowie XV wieku spadł popyt na lokalne napitki, a co za tym idzie spadły też dochody z mielenia słodu w podkrakowskich młynach należących do króla. Piwnica należała do Rady Miasta i przysparzała jej w niektórych latach całkiem sporych dochodów, ale na tym interesie tracił dwór królewski. W 1456 roku decyzją króla Władysława Jagiellończyka zakazano importu piwa. Nad fanami dobrego piwa zebrały się ciemne chmury. Oczywiście zawsze byli równi i równiejsi, co oznaczało, że zakaz nie obejmował pewnych grup i poszczególnych osób, które mogły sprowadzać je na własny użytek. Przeciętnym Krakusom pozostały do wyboru:

a) jedynie piwka krakowskie, którym daleko było do tych sprowadzanych,

b) przerzucenie się na inne, wysokoprocentowe trunki lub…

c) rezygnacja z dostarczania do organizmu alkoholu.

Większość zdecydowanie wybrała jedną z dwóch pierwszych opcji, zapewne także łącząc je w nowym lokalu, który przyjął nazwę Szynk Indie, a zwany był powszechnie Indyja.

„Piwniczanie”, „Hindusi” lub też „Indianie” ;-) , czyli stali bywalcy odetchnęli z ulgą dopiero w 1501 roku, gdy po 45 latach cofnięto zakaz importu „browarków” ze Śląska. Zrobił to Jan Olbracht zapewne pod naciskiem krakowskich rajców. Piwnica Świdnicka vel Indyja znowu zaczęła serwować wyśmienite trunki z importu.

Szybko jednak z lokalu oferującego droższe i lepsze trunki, Piwnica Świdnicka stała się miejscem zwanym spelunca latronum, czyli jaskinią zbójców. Stąd też określa się lokale o nienajlepszej reputacji jako speluny. Nasza spelunca zaczęła być schronieniem dla pijaczków, złodziejaszków, a także dziewcząt, o których dzisiaj mówi się, że tylko pod tramwajem nie leżały. Andrzej Frycz Modrzewski, pisarz, sekretarz królewski atmosferę XVI-wiecznych szynków opisał tak:

Ludzie próżnujący cały dzień tam leżą, piją a żywią się z nierządnicami bardzo rozpustnie: dzieweczek i niewiast uczciwych pod zasłoną tańca
albo jakiej innej gry do siebie proszą, a w ten czas
o ich stateczność pilno starają. A gdzież swarów,
guzów, ran, ochronienia, zabijania, przytrafia się
jako w karczmach.

Nie da się ukryć, że Piwnica Świdnicka, nie należała do lokali najwyższej kategorii. Gdy w 1757 roku przesłuchiwano podejrzanego o kradzież krakowianina, ten zeznał, że mieszkał w Piwnicy Świdnickiej pięć tygodni, więc jak widzicie dla wielu był to drugi, a czasami nawet pierwszy dom.

Piwnica Świdnicka, czy jak kto woli Indyja swój żywot zakończyła w 1820 roku wraz z budynkami ratusza, pod którymi się znajdowała i razem z nim przeszła do historii. Zdecydowanie nie był to lokal na miarę gwiazdek w Przewodniku Michelina, nie była to urokliwa kawiarenka dla matek z dziećmi, ale jeśli nie zwiedzacie Krakowa z pociechami, jeśli nie szukacie romantycznych kafejek, a chcecie poznać specyfikę miasta, porozmawiać z ciekawymi ludźmi, to unikajcie lokali dla turystów, wejdźcie w boczne uliczki na Starym Mieście, Kleparzu, Kazimierzu, Stradomiu, czy na Podgórzu, do knajpek w podwórkach, poszukajcie miejsc, do których chodzą „lokalsi”, nawet „żuliki”, którzy za piwko lub banię „Wiśniówki” opowiedzą Wam ciekawe historie o swojej dzielnicy, swoim mieście i jego mieszkańcach. Warto.

__________________________________

Fot. Piwnice pod dawanym ratuszem. Źródło „WWII Krakow – 09” autorstwa S. Kolowca – Jan Dąbrowski (1946) Kraków pod Rządami Wroga 1939-1945, Kraków: Drukarnia Uniwersytetu Jagiellońskiego, ss. 56 no ISBN. Licencja Domena publiczna na podstawie Wikimedia Commons

Odc. 19. „Wiśniówka” na torcie. Część 1.

Rozpoczęło się lato, dla większości z Was nastał okres urlopów i odpoczynku. Niezależnie gdzie spędzacie ten czas, często towarzyszy Wam piwko, winko lub destylaty wszelakie. Oczywiście nikogo nie namawiam do spożywania w różnym stężeniu alkoholu etylowego (C₂H₅OH). Zawsze możecie odmówić, ale możecie też stwierdzić: „jestem nieśmiały (nieśmiała) i nie śmiem odmawiać” i skusić się na kufelek, lampkę lub kieliszeczek czegoś dobrego. Prawie jak w żarcie o studentach:

- Cześć, gdzie idziesz?

- Na wódkę.

- Namawiał, namawiał i namówił…

Przestrzegam kierowców przed spożywaniem piwka oraz innych „procentowych smakołyków” i, jeśli zwiedzacie (nie tylko Gród Wandy), to proponuję robić to bez kierowania pojazdem mechanicznym. Powody już przedstawiłem we wstępie. Należy też zachować umiar tak, aby nie trafiła się Wam „rozrywka” na ulicy Rozrywka. W razie jakby co, to jest jeszcze urlop na żądanie, przecież każdemu może się zdarzyć nagła „choroba dnia wczorajszego” lub diagnozowana najczęściej u polityków „choroba filipińska”. Powód nieprzyjścia do pracy musicie wymyślić sami. Książę Leszek Biały, który zobowiązał się do wyjazdu na wyprawę krzyżową do Ziemi Świętej, napisał do papieża Innocentego III prośbę o zwolnienie go z tej roboty, bo na południu piwa nie znają, a on niczego oprócz piwa nie pije. Można? Można.

Schłodzony, poddany fermentacji alkoholowej efekt enzymatycznej hydrolizy skrobi i białek z ziaren zbóż wypity w klimatycznym lokalu, albo na dworze/polu* (* wersja dla Krakusów) na pewno zaszkodzić nie zaszkodzi, a pomóc może. Do tego w każdej napotkanej knajpie „bania” smakowitego, zmrożonego destylatu i pozostaje tylko stwierdzenie: „dziękuję za uwagę, oddaję głos do studia…;-) . Kraków wielu turystom kojarzy się głównie z knajpami i alkoholem. Coś w tym jest, bo w Grodzie Kraka co roku wydaje się 2500 koncesji na sprzedaż napojów o zawartości ponad 4,5% alkoholu. W całej Norwegii na sprzedaż takich produktów w 2013 r. wydano 252 (!) pozwolenia. W obu przypadkach nie wlicza się do tej liczby punktów, w których można kupić tylko piwo, trzeba więc doliczyć także lokale i sklepy typowo „piwne” i wtedy ta liczba jeszcze trochę się zwiększy. U Norwegów jeden sklep z wódą przypada na 18 tysięcy mieszkańców, a w stolicy Małopolski na około 300 (słownie: trzystu). Jak widzicie, szczególnie w Krakowie, jest w czym wybierać i problem z dostępnością nie istnieje. A jak było kiedyś? Jak ten problem rozwiązywano w dawnych wiekach? Przecież alkohol to nie wymysł ostatnich dziesięcioleci, nie zaczęto go sprzedawać wraz z najazdem na Kraków knajpianych turystów z „Warszawki”, czy hord pijanych „Synów Albionu”. No właśnie, jak?

Już w średniowiecznym Krakowie pijano duże ilości piwa, co widzicie na przykładzie naszego księcia Leszka żyjącego na przełomie XII i XIII wieku. Wino pito rzadziej, bo było mniej dostępne, droższe i na miejscu raczej go nie wyrabiano. Gorzałki właściwie nie spożywano, a mocniejsze doznania oferowane były przez wytwórców i sprzedawców miodów pitnych. W czasach późniejszych te proporcje zaczęły się zmieniać na korzyść okowity, a i win pijano coraz więcej, jednak wciąż niekwestionowanym liderem było piwo.

Piwo w tamtych czasach było nie tylko, tak jak obecnie, źródłem przyjemności. Pracownicy mieli zagwarantowane „ustawowo” odpowiednią dzienną ilość piwa lub jego ekwiwalent w postaci tzw. piwnego. Z czego to wynikało? Z jakości wody dostępnej w mieście. Zamiast niezbyt czystej wody, mogącej doprowadzić do wielu chorób, pito w ciągu dnia lekkie, niskoprocentowe piwko, które często bardziej przypominało podpiwek niż dzisiejsze 5-6% lagery. Oczywiście kto miał na to ochotę, mógł się po robocie „sponiewierać” mocniejszymi browarkami. Trzeba było jednak uważać, żeby za pijaństwo nie zostać skazanym np. na karę kuny.

Jeśli porównamy liczbę dostępnych lokali, w których można było kupić piwo, to czternasto, czy piętnastowieczne miasto Wandy i Kraka nie ustępowało niczym obecnemu Krakowowi. Tak jak i teraz można było dostać piwa różnej jakości i różnej ceny, różnica była przede wszystkim taka, że większość piw było wyrabiane na miejscu. Teraz oprócz browarów restauracyjnych, które policzymy na palcach jednej ręki, w Krakowie od lat nie ma żadnego browaru (od niedawna jest jeden, niewielki tuż przy granicach miasta). Zlikwidowany w 2001 roku browar przy ulicy Lubicz (dawny Browar Johna, a później Götza) przez wiele ostatnich lat swego istnienia był tylko rozlewnią piw produkowanych poza Krakowem.

Krakowianie w wiekach średnich mieli naprawdę duży wybór złocistych trunków. Oferowano tanie piwo białe (cerevisia alba), piwo lekkie zwane schayte, nieco droższe piwo langwelle oraz czarne, jęczmienne piwo marcowe. Najpowszechniejsze zaś było piwo pszeniczne (cerevisia triticea).

W XIV-wiecznym grodzie, w którym mieszkało niewiele ponad 10 tysięcy ludzi, działało co najmniej 25 browarów, a tylko na ulicy św. Marka było ich 5. Aby chronić interes browarników i oczywiście interes miasta, w 1358 roku Kazimierz Wielki wydał zarządzenie, w którym zapisano, że na pół mili wokół Krakowa nikt nie ma prawa mieć browaru i wyszynku. Starano się ściśle kontrolować jakość wytwarzanych i sprzedawanych płynów, a za nadużycia surowo karano. Powstało specjalne stanowisko tzw. mensuratores, którzy mierzyli ilość piwa, jakie powstawało z dostarczonych składników. Piwowar za oszustwo tracił na pół roku prawo do wyrabiania trunków, a gdy go złapano powtórnie, mógł być nawet wygnany z miasta.

Pilnowano też szynkarzy, bo notorycznie kombinowali. Najczęściej używali zbyt małych miar, albo do dobrego piwa dolewali piw gorszej jakości. W tym celu zatrudniono kilku tzw. affusores, którzy mieli czuwać nad prawami konsumentów. Gdy zobaczyli, że barman nie trzyma miar, albo robi dolewki, płacił karę pieniężną oraz mógł mieć lokal zamknięty nawet na miesiąc. Nie były to wyjątkowe sytuacje, gdyż już na początku XV wieku, w miejskim budżecie roczne wpływy z kar dwukrotnie przewyższały koszt zatrudnienia i wyposażenia kontrolerów.

Kraków, podobnie jak inne średniowieczne miasta, posiadał wiele lepszych i gorszych lokali, podających różne rodzaje napitków. Były takie, których sława przekraczała bramy ówczesnej stolicy, o których pisano mniej, lub bardziej chwalebne opinie. I to właśnie jest jeszcze jeden powód, poza hobbystycznym spożywaniem, dla którego opisuję Wam rozrywki dawnych mieszczan Grodu Kraka. W piwnicach krakowskiego ratusza, tuż obok kazamat, przez kilka stuleci funkcjonowała knajpa przez jednych wielbiona, przez innych przeklinana, mająca kilka formalnych i nieformalnych nazw, z których moja ulubiona to spelunca latronum. O niej, o jej nazwach, bywalcach, a nawet o dziewkach wszetecznych już niedługo przeczytacie w kolejnej części mojej opowieści. Niech to będzie taka… „Wiśniówka” na torcie ;-)

Odc. 18. Jeszcze trochę o ratuszowej wieży.

Nadal znajdujecie się przy pozostałościach krakowskiego ratusza. Jeszcze przed opisywanym już pożarem w połowie XVI wieku, a następnie wielkiej przebudowie budynków władz miasta, w 1524 roku kosztem 114 florenów na wieży zamontowano zegar. Wraz z nim pojawiły się trzy dzwony: jeden duży, wybijający godziny i dwa mniejsze, które informowały o upływających kwadransach. Zwieńczenie średniowiecznej wieży nie przypominało obecnego, ale także było bardzo ozdobne. Widzicie je poniżej.

Ratusz Rocznik krakowski t.VIII s. 7

Od średniowiecza góra wieży wraz z wieńczącym ją hełmem była kilkukrotnie zmieniana, a oto wytłumaczenie dlaczego tak się działo.

Zarówno w Polsce, jak i na świecie pierwsze piorunochrony zaczęto montować dopiero około połowy XVIII wieku, więc jak się domyślacie, wszystkie miasta, w dużej mierze drewniane, od uderzeń piorunów płonęły jak zapałki. Oczywiście, wierzono w wielką moc św. Floriana, który miał chronić od ognia sobie poświęcone budowle i miasta. Na przykładzie kilkukrotnie płonącego kościoła pod wezwaniem tego właśnie „świętego od ognia”, w którym zresztą osobiście „zamieszkał”, wiecie, że to niekoniecznie się sprawdza. Oczywiście jak ogień omijał miasto lub jakiś budynek, to była zasługa Floriana, a jak pozostał po budowli tylko popiół, to dyskretnie przemilczano brak pomocy patrona strażaków. Przed celami i skutkami wyładowań elektrostatycznych nie chroniła także „gromowładna” św. Barbara. ;)

Wróćmy jednak do ratusza. Nasz staromiejski „bohater” płonął kilkukrotnie. Nie zawsze przyczyną był brak instalacji odgromowej, ale jak już piorun łupnął, to szkody były naprawdę spore. Tak też i było w 1680 roku, gdy od wyładowania atmosferycznego spłonęła spora część wieży i innych zabudowań magistratu. Jak wielka to była pożoga niech świadczy opis świadka wydarzeń i odpowiedzialnego za jego odbudowę krakowskiego rajcy Jana Gaudentego Zacherli: „Roku Pańskiego 1680 dnia 25 maja, stał się straszny przypadek w tem stołecznem mieście, gdy piorun w tę wieżę pod samą gałkę uderzył y tak wspaniałą, kosztowną y przewyborną machinę spalił z zegarem y dzwonkiem wdzięcznym, którym rzeczpospolitą do rady miasta tego zwoływać zwykli. Sposobu nie było ratowania tej wieży dla ołowiu, którym była pokrytą, gdy się topił y do obrony przystąpić nie dał. Miasto było w ten czas, y wszystek lud różnej kondycji y stanu w nim zostający, w wielkim strachu y trwodze, gdy płomieniem cała ta machina gorzała. Wiatr wielki nastąpiwszy, ogień na całe miasto nosił, co gdy ludzie zobaczyli, tym bardziej strwożeni ręce opuścili. A na ten czas Pan Bóg Wszechmogący miłosierdzie pokazał, gdy deszcz walny spuścił, który ów ogień, co wicher po mieście roznosił zalewał. Wieża jednak z zegarem y dzwonkiem w proch zgorzała, jeno mury zostały, tak dalece, że żadne żelasko na nic się nie przydało. […] Nad kabatami, nad arsenałem dachy pogorzały, pod pańską izbą drzwi wygrzały, więźniów wszystkich rozpuszczono, strzelby siła naginęło”. Oczywiście z tego przekazu wiadomo też czyja była zasługa w tym, że ratusz nie spłonął doszczętnie: „A największą pomoc y uśmierzenie ognia znać było, gdy kapłani od fary ogień z Najświętszym Sakramentem obeszli i przeżegnali”.

Pomogli, czy nie pomogli, spłonęła spora część zabudowań. W najgorszym stanie była wieża, którą trzeba było odbudować. Wypalona i częściowo zawalona konstrukcja zaczęła się rozstępować i przechylać, dlatego też obmurowano fundamenty, a mury wzmocniono szkarpą, czyli dodatkowym murkiem rozszerzającym się ku podstawie. W Gliwicach zamówiono nowy zegar, za który zapłacono 2900 złp. Tak zrekonstruowana przetrwała zaledwie kilka miesięcy, bo radni stwierdzili, że postawiono „całą wieżę ratuszową nie według godności tego miasta”. No cóż, nikt nie wie po co, ale zlecono podwyższenie wieży o 12 łokci, czyli jakieś 6,5 metra. Jeśli te kilka metrów, zdaniem Rady Miasta podniosło rangę Krakowa, to pewnie było warto. Koszt ogromny, a efekt… Już kilka lat później, w 1702 r., radzono nad tym, czy wieży nie obniżyć lub nawet czy jej nie rozebrać, bo zaczęła się niebezpiecznie przechylać, a na murach pojawiły się rysy. Powołano specjalną Komisyję, która dokładnie obejrzała zniszczenia i wystawiła „receptę”. Zapewne wymieniono część drewnianych elementów, które niewłaściwie zabezpieczone zaczęły gnić i się rozpadać pod ciężarem dodatkowych „metrów” oraz okazałego, barokowego hełmu jaki przy tej okazji powstał.

Ratusz Rocznik krakowski t.VIII s. 3

Już w 1713 r., burmistrz Grodu Kraka prosił króla Augusta II o kasę na naprawę wieży. Ponownie prowizorycznie ją naprawiono, aż w 1783 roku zabrano się za porządny remont. Przede wszystkim zmieniono hełm wieży wstawiając skromniejszy i sporo lżejszy, pojawił się też nowy dzwon.

Przy okazji przygotowań do remontu wieży, tuż koło niej, w 1782 roku od strony ulicy Wiślnej dobudowano tzw. odwach lub hauptwach, czyli strażnicę. Przebudowana w latach 1881-1882 przetrwała nawet II wojnę światową, ale „władzy ludowej” już wartownia nie dała rady. Poniżej, na rysunku widzicie jak wyglądała na przełomie XIX i XX wieku, czyli po przebudowie na neogotycką.

Tondosa_Wieża_byłego_ratusza_miejskiego_1886

Została zburzona w 1946 r. bo… przypominała czasy zaborów i okupacji niemieckiej, w czasie których stacjonowały tam okupacyjne oddziały wojskowe i policyjne. W sumie także na Wawelu stacjonowały austriackie wojska, w czasie II wojny Wawel był siedzibą gubernatora Hansa Franka ;-) , z kolei w odwachu na Rynku przez pewien czas mieściła się siedziba polskiej straży pożarnej oraz w okresie Rzeczypospolitej Krakowskiej (1815-1846) polska milicja Wolnego Miasta Krakowa.

Właśnie w tym ostatnim okresie, dokładnie 1 marca 1817, Senat Rządzący Wolnego Miasta Krakowa uchwalił, że „ponieważ część gmachu starym ratuszem zwanego oddawna na spichrze obrócona, ponieważ w stanie opustoszałym znajduje się: Te więc spichrza mają być zburzonemi […]. Wieża jednak ratusza, miejsce dla głównej warty, czyli hauptwach i korpus starego ratusza od strony wieży ma pozostać w całości”. Na ratusz wydano wyrok pozostawiając tylko wieżę i odwach.

Ratusz Rocznik krakowski t.VIII s. 9

Budynki ratusza oraz spichlerza zaczęto rozbierać w 1820 roku. W 1906 r. historyk Józef Muczkowski ich los opisał tak: „Samotna i zaniedbana, blizko wiek cały opuszczona wieża dawnego ratusza, jak wieczny wyrzut dla wandalów, którzy ją tak haniebnie osierocili. Z budynków przedstawiających nie tylko artystyczną, ale i pełną historycznych wspomnień wartość, ani kamień na kamieniu nie pozostał”.

Przed wejściem do wieży, podczas remontu w latach sześćdziesiątych XX wieku dostawiono dwa XIX-wieczne lwy, które przywieziono z pałacu w Pławowicach w powiecie proszowickim. I stoi sobie samotna, ale tym razem już zadbana. Tylko ratusza żal.

__________________________________

Rys. 1: Ratusz w średniowieczu – źródło: J. Muczkowski, Dawny krakowski ratusz, Rocznik Krakowski, t. VIII, 1906, s.7.

Rys. 2: Ratusz w XVII wieku – źródło: J. Muczkowski, Dawny krakowski ratusz, Rocznik Krakowski, t. VIII, 1906, s. 3.

Rys. 3: „Tondosa Wieża byłego ratusza miejskiego 1886” autorstwa Stanisław Tondos (1854-1917) – [1]. Licencja Domena publiczna na podstawie Wikimedia Commons.

Rys. 4: Ratusz przed zburzeniem na przełomie XIX i XX wieku – źródło: J. Muczkowski, Dawny krakowski ratusz, Rocznik Krakowski, t. VIII, 1906, s. 9.

Odc. 17. O Ratuszu i dekapitacji Andrzeja W.

Poprzednią opowieść zakończyliśmy na wiszącym w Sukiennicach nożu. Próbowaliśmy też dociec jaki był cel jego wywieszenia oraz jaka legenda w związku z tym powstanie za sto lub dwieście lat. Dzisiaj po części będziemy kontynuowali dywagacje na temat wszelkiego typu ostrzy, ścinanych głów, okaleczeń itp., ale o tym za chwilę.

Przenieście się do kwartału garncarskiego, gdzie samotnie stoi wysoka wieża.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

To siedemdziesięciometrowa pozostałość po Ratuszu oraz kilku innych „przyklejonych” do niej budowli. Ratusz został wybudowany na przełomie XIII i XIV wieku. Był to początkowo niewielki, zapewne drewniany budynek, który po pożarze w 1306 r. został przebudowany na jednopiętrowy, gotycki budynek z kamienia i czerwonej cegły. W średniowieczu przylegały do niego inne budynki. Od strony północnej, czyli obecnego wejścia do wieży były to: Smatruz (to rodzaj hali targowej przeznaczonej do drobnego handlu), Dom Ławników i Dom Notariusza oraz miejskie więzienie znajdujące się mniej więcej w miejscu „Głowy”, czyli rzeźby Mitoraja „Eros bendato”. Po pożarze w 1555 roku, w którym spłonęła spora część zabudowy istniejącej na Rynku, postanowiono przebudować nie tylko Sukiennice, ale także okolicę Ratusza. Budynki przy Ratuszu, oprócz więzienia (bo te przebudowano), zrównano z ziemią, Smatruz przeniesiono na pierwsze piętro Sukiennic, notariusz i ławnicy otrzymali pomieszczenia w nowym budynku postawionym na ich miejscu. Wtedy właśnie, w latach 1561-1563 wybudowano ogromny renesansowy Spichlerz Miejski, w którym oprócz magazynów mieściło się wiele pomieszczeń miejskiej administracji. Sam spichlerz w 1632 roku spłonął, ale już cztery lata później pojawił się nowy budynek, który przetrwał do zburzenia w XIX wieku. Jak połączenie tych budowli wyglądało możecie zobaczyć na makiecie stojącej tuż przy wejściu do wieży, która jest obecnie oddziałem Muzeum Historycznego Miasta Krakowa.

MakietaRatuszaKrakowskiego-POL,_Kraków

Jak widzicie, Spichlerz zdominował niewysoki Ratusz, który mimo dobudowania jednego piętra jeszcze w XIV wieku, a także rozbudowy w wieku XVIII wyglądał jak garaż przy dużym domu.

Ten kompleks budynków stanowił centrum zarządzania miastem, z siedzibą władz, skarbcem, sądem, aresztem i… knajpą. I właśnie tym wszystkim funkcjom się przyjrzymy, o każdej znajdziecie tu trochę informacji. Wrócimy do mrocznych czasów średniowiecza…

Sąd miejski swą siedzibę miał w Ratuszu, w którym też znajdowało się więzienie, a właściwie areszt, bo wówczas kary więzienia prawie w ogóle nie stosowano. Uważano, że utrzymywanie więźnia przez długi czas na koszt miasta nie ma sensu. Stosowano różne rodzaje kar, a wiele z nich wiązało się z publicznym wykonaniem i krakowianie chętnie przyglądali się egzekwowaniu wyroków. W średniowieczu krwawych rozrywek tak jak i dzisiaj nie brakowało, ale do tego wszystkie były naprawdę „Live”, a nie tylko na ekranie telewizora lub komputera. Z mieszczańskich, ogólnodostępnych rozrywek można było poleżeć krzyżem w świątyni, łupnąć browara lub właśnie obejrzeć jakąś egzekucję, jeśli akurat takowa była wykonywana. Do tego celu koło Ratusza wybudowano specjalne podwyższenie, aby każdy mógł dokładnie zobaczyć wyczyny kata, rozbryzgi krwi, śmierć lub okaleczenie. Na co można było popatrzeć? Zacznijmy od zbrodni i ciężkich przestępstw, do których zaliczano: morderstwo, rozbój, gwałt, fałszowanie monety, czary, albo kacerstwo, czyli herezję. Sprawca takich występków zapewne błagał o powieszenie na szubienicy, bo sądzący mieli do wyboru jeszcze ścięcie, spalenie na stosie, wplatanie na koło, wbijanie na pal lub ćwiartowanie. Wybór zaiste bogaty. Za lżejsze przestępstwa można było otrzymać „łagodne” wyroki: ucięcie ręki, języka, uszu (wspomniane już oszelmowywanie złodziei), obcięcie włosów (czasami wraz ze skórą), chłosta, a także np. wypalanie piętna na twarzy. Można było także zostać zakuty w kuny przy Kościele Mariackim, mieć zasądzoną karę ośmieszającą (np jazdę na ośle po Rynku), stracić majątek, zostać z miasta wydalonym czasowo lub na stałe.

Od I połowy XVI wieku, podejrzani o lżejsze występki mieli do dyspozycji tzw. kabaty i niech się warszawiacy nie podniecają, bo nie chodzi tu o ich Kabaty, a o jedno piętro budynku aresztu. Na rysunku poniżej widzicie po lewej stronie ratusz przed rozbudową i wejście do aresztu po prawej stronie.

Ratusz_krakowski_rysunek

Pod kabatami, w podziemiach, dla sprawców poważniejszych przestępstw znajdowały się kazamaty wraz z izbą „przesłuchań”. Te istniały dużo wcześniej niż kabaty, bo powstały wraz z budynkiem Ratusza. Z przesłuchań w średniowiecznym stylu, czyli zwyczajnych tortur byli zwolnieni księża (a jakże), dostojnicy, miejscy rajcy, dzieci do lat 14 oraz kobiety, ale tylko ciężarne. Szlachta była od sądownictwa miejskiego wolna i nimi opiekował się (trudno tu mówić o karaniu) sąd ziemski na Wawelu.

Pamiętacie Kaplicę Złoczyńców i dzwon Tenebrat z Kościoła NMP? Każdy skazany na śmierć spędzał tam ostatnią noc przed śmiercią, a Tenebrat ogłaszał zbliżanie się egzekucji. Pociecha to średnia, ale zawsze lepiej niż w podziemnej celi. Po egzekucji zaś zwłoki były wywożone poza mury i składane do grobu na Cmentarzu Skazańców, który znajdował się na terenie dzisiejszych Plant, między obecnym skrzyżowaniem Siennej i św. Gertrudy, a byłym już kinem Wanda w okolicy skrzyżowania św. Gertrudy i Dominikańskiej.

Z tortur zwolnieni byli miejscy dostojnicy, przeważnie też udawało im się wywinąć od kary za mniejsze, bądź większe występki, ale nie zawsze i taki przypadek Wam teraz opiszę. Na przełomie XIV i XV wieku do szkatuły z miejskimi pieniędzmi miało dostęp zawsze trzech wyznaczonych radnych. Każdy z nich posiadał jeden z trzech kluczy potrzebnych do jej otwarcia. W 1406 roku jednym z nich został Andrzej Wierzynek, człowiek bardzo bogaty z bardzo bogatej i znanej rodziny, właściciel wielu nieruchomości na terenie Krakowa, „lokalny biznesmen o wielu powiązaniach polityczno-gospodarczych”. Andrzej był typowym radnym jakich wielu jest w polskich miastach, samorządowiec „pełną gębą”. Lubił za miejskie pieniądze „reprezentować swój gród” i „nawiązywać stosunki” z innymi miastami w całej Europie. Teraz modne są „służbowe” wyjazdy do państw afrykańskich, Chin, czy Japonii, ale i możliwości podróżowania są większe. Wierzynek jeździł bliżej, ale nie żałował na to publicznego grosza. W podróż zabierał mniejszą, aczkolwiek pełną szkatułkę zamykaną na dwa klucze. Według zaleceń Rady Miejskiej w każdą taką podróż powinno wybierać się dwóch radnych, każdy ze swoim kluczem. „Obrotny” Andrzej szybko zakręcił się wokół drugiego klucza i jeździł samotnie, mając tylko dla siebie całą zawartość skarbczyka. Nie zdziwicie się pewnie, że „faktur” nie przywoził, a wydawał na takich wycieczkach zdecydowanie więcej niż jego koledzy z krakowskiej Rady Miasta. Jako, że księgowość miejska była prowadzona dosyć nieudolnie, Andrzej zawsze potrafił się z wydatków wytłumaczyć. W pewnym momencie jego zachłanność była tak wielka, że przestał się ograniczać. Pełnymi garściami z miejskiej kasy pobierał sobie „dietę” w czasie każdej wizyty w skarbcu Ratusza. Opuściło go jednak szczęście gdy inny radny spostrzegł kradzież. Postanowiono, więc zastawić pułapkę na nieuczciwego radnego. Odpowiednio zaznaczono sakwy z pieniędzmi. Tydzień później, Wierzynek pewny swego napełniał kieszenie wpychając do nich kolejne sakwy, a gdy jedna z nich wypadła na podłogę zaalarmowano odpowiednie osoby (radnych i ławników). Po przeszukaniu okazało się, że zdążył już schować niemałą kwotę. Kilka wrzuconych do kieszeni i rękawów woreczków zawierało w różnych monetach około 22 grzywien, a to kwota wtedy nieosiągalna dla zwykłego śmiertelnika. Złapany na kradzieży musiał się przyznać. Tłumaczył się tak: „[…] długo i wiernie służyłem miastu, a za to żadnej nie miałem zapłaty, a gdy widziałem, że nikt mi tego nagrodzić nie myśli, chciałem sam sobie zapłacić. Jak synowie Izraela zrobili Egipcjanom niechcącym nagradzać ich pracy, iż z rozkazu Boga sami sobie wzięli zapłatę, tak i ja zrobiłem i wyznaję, że i te tu pieniądze, i inne często brałem, nie by kraść, lecz za moje usługi. Gdyby moje trudy chciano wynagrodzić, mało by na to i tysiąca grzywien. A przecież jest napisane, że kto ołtarzowi służy, z ołtarza żyć powinien”. Tłumaczeniem przebił nawet przyłapanych na kłamstwie i przekrętach naszych (p)osłów „madryckich”.

Ci ostatni zostali wydaleni z partii, a krakowski rajca już jako Andrzej W. w trybie mocno przyspieszonym został skazany na śmierć. Dekapitacji dokonano w kazamatach, w chwilę po wydaniu wyroku. Nie doczekał się Andrzej nocy w Kaplicy Złoczyńców. Dlaczego tak szybko i tak drastycznie? Posiadający ogromne wpływy i wielkie pieniądze radny był obiektem zawiści większości kolegów z Rady i musiał mocno zaleźć za skórę ówczesnym władzom miasta. Rodzina skazańca wiele lat sądziła się z Radą Miasta przed sądem królewskim i za to otrzymała niemałe zadośćuczynienie od króla Władysława Jagiełły.

Po śmierci, jak każdy skazany na śmierć, Andrzej Wierzynek został pochowany poza murami miasta, na Cmentarzu Złoczyńców. Tam też, jego syn Mikołaj, w 1429 roku nabył kawałek ziemi i przed 1432 rokiem ufundował nieistniejący dziś kościół św. Gertrudy, ale o nim jeszcze będzie okazja napisać. A już niedługo zapraszam na kolejną część naszej wycieczki, bo to nie koniec opowieści o Ratuszu i jego okolicach. :)

___________________________

Fot. 1. „WieżaRatuszowa-POL, Kraków” autorstwa Mach240390 – Praca własna. Licencja CC BY-SA 3.0 na podstawie Wikimedia Commons

Fot. 2. „MakietaRatuszaKrakowskiego-POL, Kraków” autorstwa Mach240390 – Praca własna. Licencja CC BY-SA 3.0 na podstawie Wikimedia Commons

Fot. 3. „Ratusz krakowski rysunek” autorstwa J. Brodowski – http://www.wawel.net/images/myszka/dzieje/dzieje2/2.htm. Licencja Domena publiczna na podstawie Wikimedia Commons

Odc. 16. O Sukiennicach ciąg dalszy.

Kontynuujemy wizytę na staromiejskim Rynku, przez wieki handlowym centrum Krakowa, miejscu, gdzie obok licznych kramów z mniej lub bardziej wyszukanymi artykułami, na środku stały Sukiennice oraz przyległe do nich tzw. Kramy Bogate. W skrócie: dla każdego coś miłego. Tak wtedy, jak i teraz są biedni i bogaci. Jednych stać na torebkę Louis Vuitton, a innych co najwyżej na torebkę Vifon. Takie jest życie.

Poprzednią część opowieści skończyłem na pożarze, który w 1555 roku zniszczył m.in. Sukiennice. Z dymem poszedł dach, zawaliły się sklepienia, a uszkodzone mury wymagały sporych prac murarskich.

Zdecydowano, że Sukiennice zostaną odbudowane, ale w innym stylu architektonicznym. W tym okresie do stolicy „Bolandy” trafiła już sztuka i architektura renesansu, więc wybór był oczywisty. Zadania zaprojektowania nowych Sukiennic podjął się Gianmaria Mosca, architekt i rzeźbiarz pochodzący z Padwy, znany u nas jako Jan Maria Padovano. Jako że od lat w Grodzie Kraka mieszkał i dla króla Zygmunta Starego oraz królewskiej małżonki Bony wykonał już kilka nieźle ocenionych i nieźle płatnych „fuch”, także i tę otrzymał „bez przetargu”. Artysta dwojga imion wywiązał się ze swego zadania znakomicie. Zrobił porządny dach ozdobiony piękną attyką, na której szczycie pojawiły się maszkarony. Przy obu krótszych bokach wybudował schody prowadzące na pierwsze piętro. Teraz znajduje się tam oddział Muzeum Narodowego z Galerią Sztuki Polskiej XIX wieku, a w XVI i XVII swoje wyroby sprzedawali rękodzielnicy i handlarze, którzy nie mieli własnych kramów. Na parterze wtedy wciąż dominowały kramy sukienne. Piękna, renesansowa hala targowa ozdobiła krakowski Rynek. W 1601 dodatkowo przebito tzw. przejście na krzyżu, pozwalające przejść przez środek budynku z ulicy Siennej na Szewską.

Krakow_SukienniceNorth_7918

Czasy prosperity, o czym już wiecie, skończyły się w wieku XVIII. Było naprawdę źle. Kryzys nie ominął także Sukiennic, które z czasem, z reprezentacyjnego gmachu stały się zwykłym magazynem. Do tego otoczone i oblepione przylegającymi do nich budami wyglądały, bardzo delikatnie to ujmując, niezbyt dobrze. Chylący się ku upadkowi budynek w I połowie XIX wieku planowano nawet wyburzyć, ale na szczęście zrezygnowano z tego pomysłu. Udało się uratować Sukiennice przed zapędami „burzymurków”. Tak jak wtedy żądano zburzenia zaniedbanych murów, baszt, czy Sukiennic, tak teraz wielu mieszkańców żąda zrównania z ziemią np. Hotelu Cracovia i wielu innych budowli powojennego modernizmu, bo nienowoczesne, bo brzydkie, bo zaniedbane. Sukiennice w połowie XIX stulecia były tak zaniedbane, że wielu z tych „ekspertów” wypowiadających się obecnie na internetowych forach oraz wielu krakowskich (niepo)radnych widząc je krzyczałoby – zrównać z ziemią!

003-rynek

sukiennice_matejko_desktop

ANK Sukiennice Zachód

Na szczęście znaleźli się ludzie, którzy wywalczyli zgodę i środki na odrestaurowanie Sukiennic.
W latach sześćdziesiątych XIX wieku żywo dyskutowano nad funkcjami jakie miałby spełniać budynek po odrestaurowaniu, a więc i możliwością przebudowy. Początkowo proponowano wprowadzenie do niego funkcji administracyjno-gospodarczych, jednak wiązałoby się to z dużą ingerencją w bryłę budowli. W 1866 roku prezydentem Krakowa został Józef Dietl. Nazwisko znane wszystkim krakowianom, oczywiście nie ze względu na to, że wszyscy świetnie znają historię swego miasta, a ze względu na piękną aleję jego imienia (tzw. Planty Dietlowskie, o których wspomnę w jednej z kolejnych części). Nowy prezydent jako jeden ze swoich priorytetów uznał zadbanie o krakowskie zabytki. Po wielu konsultacjach, w 1869 roku stwierdził, że „Sukiennice mają być odbudowane w ten sposób, ażeby odrestaurowany gmach przedstawiał nieskażoną postać pamiątki historycznej”. Oczywiście powołano komisję, która ogłosiła konkurs, a następnie, tu Was nie zdziwię, konkurs ten odwołała. Ponownie dała o sobie znać zasada: gdzie dwóch Polaków, tam trzy zdania. Jako, że komisja nie mogła wybrać zwycięskiej pracy, zaufała Janowi Matejce, który zaproponował powierzenie zadania Tomaszowi Prylińskiemu, znanemu mu, młodemu i zdolnemu architektowi. Projektowi odnowienia Sukiennic sprzyjał także kolejny po Józefie Dietlu, prezydent Grodu Kraka – Mikołaj Zyblikiewicz. Dzięki temu, w 1875 roku, ostro ruszyły prace. Po pierwsze zburzono przylegające do wschodniej ściany (tej od strony pomnika Adasia) tzw. Kramy Bogate i inne dobudówki do ścian budynku. W ich miejscu pojawiły się arkadowe podcienia. Wybite w 1601 roku przejście przez środek Sukiennic między ulicami Szewską i Sienną obudowano ryzalitami (ozdobne wejścia od strony tych ulic). Uroczyste otwarcie odnowionych Sukiennic nastąpiło w 1879 roku i w niemal niezmienionym kształcie istnieją do dzisiaj.
A na koniec ciekawostki:
Pierwsza – w trakcie XIX-wiecznej przebudowy pojawiły się dodatkowe dwa maszkarony. Jeśli się przyjrzycie, to dostrzeżecie je nad wejściem od strony Siennej, za pomnikiem Mickiewicza. Indyk przedstawia Józefa Dietla, a kogut to Mikołaj Zyblikiewicz. Tak zostali utrwaleni wspomniani dwaj prezydenci, którzy przyczynili się do zachowania i odrestaurowania Sukiennic.
Drugą jest nóż wiszący w krzyżu Sukiennic, czyli pod sklepieniem wspomnianego przejścia.

1280px-Sukiennice_knife,Old_Town,Main_Market_Square,Krakow,Poland

Skąd tam się wziął? Są tacy, którzy twierdzą, że ów nóż to narzędzie legendarnej zbrodni i kary z kościoła Mariackiego. Niestety to tylko legenda, oryginałem z XIV wieku nie jest, a oryginał służył raczej do innych celów. Do jakich? Po pierwsze: być może wyrównywano nim zawartość garnca, który był jedną z jednostek objętości (garniec krakowski to około 2,75 litra), po drugie, już bardziej drastycznie: obcinano nim uszy okaleczając złodziei recydywistów, co zwano oszelmowywaniem (ładnie?), a po trzecie: nóż, lub też być może wiszący tam w średniowieczu miecz miał informować przybyłych, że w mieście zadbano o etat kata. Tak to jest z legendami, za 100 lub 200 lat lokalni przewodnicy będą opowiadali, że ten oto nóż symbolizuje współistnienie dwóch krakowskich klubów sportowych i jest to typowe narzędzie w Grodzie Kraka końca XX i pierwszych dziesięcioleci XXI wieku, przy pomocy którego starano się przekonać o wyższości jednej drużyny nad drugą. ;-)

_____________________________________________________________________________________________________

Fot.1. Sukiennice i kramy Bogate od północnego wschodu, ok. 1861 r. źródło: http://www.krakow.pl/1182,2,87,0,artykul,pocztowki.html
Fot. 2. „Krakow SukienniceNorth 7918” autorstwa Ludvig14 – Praca własna. Licencja CC BY-SA 3.0 na podstawie Wikimedia Commons
Fot. 3. Sukiennice w XIX w. od strony północnej – Muzeum Narodowe w Krakowie
Fot. 4. Sukiennice w XIX w. od strony północno-zachodniej – Archiwum Narodowe w Krakowie
Fot. 5. „Sukiennice knife,Old Town,Main Market Square,Krakow,Poland” autorstwa Zygmunt Put Zetpe0202 – Praca własna. Licencja GFDL na podstawie Wikimedia Commons