Archiwa tagu: turystyka

Odc. 6. Jak to pomnik na Kleparzu budowali… cz.2.

Wiosną 1910 roku Antoni Wiwulski w podparyskiej pracowni przygotowywał kolejne rzeźby Pominika Grunwaldzkiego. Atmosfera głębokiej konspiracji wzmagała ciekawość nie tylko krakowian, ale także kręgów artystycznych stolicy Francji. Jednak nie wszystko szło tak jak zakładano. Szanse na ukończenie na czas wszystkich figur były bliskie zeru. W takim wypadku podjęto jedynie słuszną decyzję… O niej jednak za chwilę.

Pech nie opuszczał naszych bohaterów i ich dzieła. Szwedzki granit na cokół, który dotarł drogą morską do portu w Szczecinie, przez pruskich celników został opisany jako marmur. Prawdopodobnie zrobili to specjalnie, aby na następnej granicy, ich C.K. koledzy po fachu zakwestionowali i zatrzymali ładunek. Wydawałoby się, że różnica niewielka, ale dla urzędników celnych „Österreichisch-ungarischen Monarchie” podczas odprawy na granicy prusko-austriackiej miało to kolosalne znaczenie. Chociaż i to, i to jest kamieniem, ale granit to granit, a marmur to marmur, – stwierdzili – to dwie inne skały. Ja bym na pewno ich nie odróżnił, ale też nie jestem celnikiem, ani kamieniarzem żeby potrzebować takiej wiedzy. Fakt jest taki, że aby wyjaśnić to nieporozumienie (nie wymyślono jeszcze e-maili), trzeba było wielu dni, nerwów i pism wyjaśniających, a czas naglił.

Tymczasem w związku z tym, iż przed obchodami rocznicy grunwaldzkiej nie było już możliwości odlania w brązie najważniejszej figury, króla Władysława Jagiełły, postanowiono, że tymczasowo na pomniku zostanie zainstalowany odpowiednio przygotowany odlew gipsowy. No cóż, lepszy Jagiełło z gipsu niż żaden…

22 kwietnia 1910 roku, na placu Matejki wmurowano kamień węgielny pod przyszły pomnik. Klamka zapadła, nie było odwrotu. Cały obszar, na którym miało stanąć dzieło rzeźbiarskie szczelnie ogrodzono, aby aż do oficjalnego odsłonięcia utrzymać tajemnicę. Do końca maja zakończono prace nad trzydziestotonowym cokołem, a w czerwcu z Francji przez Szwajcarię wyjechał pociąg specjalny wiozący wyglądającego na odlanego w brązie, tymczasowego gipsowego Jagiełłę oraz brązowe figury innych postaci. I tu nie obyło się bez niespodzianek, bowiem w okolicach Innsbrucka, powódź podmyła tory i trzeba było transport poprowadzić okrężną drogą. Po kilku dodatkowych dniach elementy pomnika dotarły do Krakowa.

W całym mieście trwały ostatnie, gorączkowe przygotowania do ogólnonarodowych obchodów, które miały trwać aż trzy dni od 15 do 17 lipca 1910 roku. Pełen przepych, goście, imprezy dla notabli i ludu. Nad wszystkim czuwał Krajowy Komitet dla Obchodu 500-lecia Zwycięstwa pod Grunwaldem, w którym wyodrębniono sekcje: aprowizacyjną, kwaterunkową, wydawniczo-prasową, artystyczno-pochodową, muzyczną, zabaw i przyjęć, wystawy zabytków jagiellońskich, medalu pamiątkowego, wykładów popularnych i oprowadzania po mieście. W ogłoszonym programie każdy mógł znaleźć dla siebie coś miłego. Było i „nabożeństwo dziękczynne w kościele N. Panny Maryi”, i „odczyty na temat pamiętnego dnia w dziejach Polski”, „przedstawienia teatralne i zabawy ludowe”, „pochód z Błoń na Wawel […], w którym wezmą udział zastępy Sokołów i reprezentacye wszystkich sfer społecznych”, „powszechna illuminacya miasta”, a nawet gimnastyczne „publiczne ćwiczenia Sokolstwa Polskiego” na Błoniach. Jednak wszyscy czekali głównie na najważniejszy punkt programu, czyli odsłonięcie pomnika na placu Matejki (poniżej zdjęcie zasłoniętego jeszcze pomnika).

Ods+éoni¦Öcie-Pomnika-Grunwaldzkiego-na-pl-Matejki-w_Krakowie

Do 140-tysięcznego Krakowa przybyło 150 tysięcy gości. Przyjechali Polacy z każdego zakątka zniewolonego kraju i zagranicy, a także delegacje wielu narodów słowiańskich. Dokładnie w południe 15 lipca 1910 roku pomnik został odsłonięty. Gipsowy Jagiełło na gipsowym koniu, na granitowym cokole, nad brązowymi postaciami Polaków i Litwinów, odświętnie przystrojony w biało-czerwone flagi wprawił w zachwyt zebrane tłumy. Narodowa ekstaza sięgała zenitu. Gdyby nie atmosfera wielkiego święta, manifestowania polskości i jedności mieszkańców wszystkich zaborów, na pewno skończyłoby się po polsku: awanturą o kształt, wielkość i miejsce. Na szczęście, aż do rozpoczęcia obchodów, cały pomnik był szczelnie zakryty przed ciekawskim tłumem, dziennikarzami, a także lokalnymi politykami i radnymi.

jagiello1910

Oczywiście już po zakończeniu uroczystości co rusz pojawiały się pojedyncze głosy krytykujące projekt pomnika, ale nawet Ci, którzy nie uważali go za wielkie dzieło, nie chcąc się narażać opinii publicznej zachwyconej atmosferą uroczystości, zamilkli. „Dziewczyny lubią brąz” ;-) , więc po pewnym czasie, tak jak zaplanowano, gipsowego króla zamieniono na brązowego, aby po wsze czasy chwalił polski triumf pod Grunwaldem.

Aż do 1939 roku, stał sobie pomnik na placu Jana Matejki, na byłym rynku Kleparza. Wtedy to zawitali do nas zachodni sąsiedzi, bynajmniej nie w celach turystycznych. W Krakowie utworzyli stolicę sztucznego tworu o nazwie Generalne Gubernatorstwo, a na Wawel wprowadził się Hans Frank. Nad Polską, Krakowem i pomnikiem zawisły ciemne chmury. Kilkuletnią wizytę Niemców przetrwała Polska, przetrwał Kraków, ale Pomnik Grunwaldzki już nie przetrwał. Wydano na niego wyrok i go wykonano! Znikał z pejzażu Krakowa między listopadem 1939, a początkiem kwietnia 1940 roku. Cokół pomnika wysadzono w powietrze, a brązowe figury zdemontowano i wywieziono do przetopienia. Wyciągnięto i zniszczono nawet akt erekcyjny. Dzięki odwadze, a nawet brawurze kilku mieszkańców Krakowa udało się uratować pojedyncze elementy oryginalnego pomnika (np. tarcze, miecz Jagiełły, czy berło).

WWII_Krakow_-_01

Po II wojnie światowej zaczęto dyskusję nad odbudową zniszczonych przez okupanta krakowskich pomników, w tym także tego autorstwa Antoniego Wiwulskiego. Znowu odżył spór nad najlepszym miejscem dla Jagiełły. Tużpowojenny wiceprezydent Krakowa Eugeniusz Tor proponował plac przed kościołem Św. Idziego obok Wawelu. Co tu jednak rozmawiać nad lokalizacją, jak nie ma decyzji o odbudowie i nie ma na to pieniędzy. Dopiero na początku lat siedemdziesiątych XX wieku ponownie pojawił się temat jego rekonstrukcji. W październiku 1972 roku zawiązał się Komitet Odbudowy Pomnika Grunwaldzkiego w Krakowie. Do odtworzenia cokołu zamiast szwedzkiego granitu z Vånevik użyto naszego, krajowego z okolic Szklarskiej Poręby. Brązowe odlewy zamiast za dewizy we Francji w firmie I. Mallesset et Cie zrobiono za złotówki w państwowych zakładach w Gliwicach. Cztery lata po utworzeniu Komitetu Odbudowy, w październiku 1976 roku, zrekonstruowany Jagiełło znowu patrzył na Barbakan, o którym będzie następna opowieść. :-)

Odc. 4. O kościach, kościele, Florianie i Florencji…

Rozpoczynamy zwiedzanie „Drogi Królewskiej”, trasy jaką pokonywały książęce i królewskie orszaki przechodzące przez bramę i ulicę Floriańską, Rynek Główny, aby ulicą Grodzką dotrzeć na Wawel. To właśnie w tym miejscu, na Placu Matejki zaczyna się nasza wycieczka po najwspanialszych zabytkach Krakowa. To trasa, od której trzeba zacząć zwiedzać, bez której nie poznacie tego miasta.

0364_20100523_Krakow_Plac_Jana_Matejki
Zacznijmy od początku, ale bez zbędnych szczegółów. Zajrzyjcie w mroczne czasy wieków średnich, przenieście się myślami do XII stulecia. Wtedy jeszcze nie było obecnego Placu Matejki. Miejsce to, we wspomnianym wieku było tylko bezładnie zabudowaną niewielką osadą położoną poza murami Krakowa, osadą, która zaczęła się rozwijać oraz spełniać funkcje mieszkaniowe i handlowe w kolejnych stuleciach, a do jej rozwoju przyczyniło się jedno bardzo ważne wydarzenie.

Gdy w 1177 roku na tronie krakowskim zasiadł Kazimierz II Sprawiedliwy, zaczął kombinować co by tu zrobić, aby podnieść status swojej siedziby na Wawelu, prestiż władzy oraz Krakowa. Skumał się z biskupem Gedko i stwierdzili, że dobrym zabiegiem może być sprowadzenie do katedry relikwii jakiegoś świetnego świętego. A kto ma w nadmiarze świętych i może się nimi podzielić? Tak jest, dobra odpowiedź – papież. Tam też swe prośby skierował nasz książę. Zabiegi trwały kilka lat i w końcu się udało. Nowy papież Lucjusz III zgodził się na wymianę i ubili interes.

Mogło to wyglądać tak:
- Dam Wam kości jakiegoś świętego, – usłyszał w Rzymie wysłannik polskiego księcia – a w zamian chętnie przyjmę „co łaska, nie mniej niż…”.

Po tej rozmowie, zapewne Lucjusza naszły jednak pewne wątpliwości i pytania:
- No dobra, święty obiecany, ale który z nich ma trafić do Grodu Kraka? Wybór ogromny, jak wybrać?

Pomoc przyszła z najmniej oczekiwanej strony, a mianowicie od jednego ze świętych (właściwie jego zwłok). Ten cud opisał prawie trzysta lat później Jan Długosz w swoich „Rocznikach, czyli kronikach sławnego Królestwa Polskiego”. Według naszego kronikarza papież Lucjusz III po wejściu do kaplicy, w której spoczywali święci, spytał się, który z nich chciałby przenieść się do Polski. Zgłosił się jedynie Florian, który uniesioną ręką dał znać, że może jechać. Cud! Jako że święty nie żył od jakichś 880 lat to zdecydowanie zasługuje na miano cudu. Poza tym zachodzi pytanie, dlaczego tylko on chciał przenieść się do Krakowa? Klimat? Pewnie nie było wtedy w Rzymie żadnych świętych z Wysp Brytyjskich, bo jakby byli, to na pewno także by się zgłosili. Synowie Albionu wyjątkowo lubią Kraków, co od lat widać w zapełnionych nimi krakowskich knajpach.

Saint_Florian
Wróćmy jednak do Floriana. W 1184 roku spakowano naszego bohatera i wyekspediowano do dalekiego kraju na Północy. Gdy wóz z relikwiami zbliżał się do Grodu Kraka, jego mieszkańcy, duchowni i niemal cały dwór książęcy udali się poza miasto, aby go przywitać. Jak głosi kolejna legenda, tuż przed wjazdem do miasta, na terenie dzisiejszego placu Matejki, woły ciągnące wóz zatrzymały się i nie chciały ruszyć dalej. Tłumacząc to cudem i w związku z nim, w tym miejscu po trzydziestu latach wzniesiono i konsekrowano kościół pod wezwaniem św. Floriana. Trzeba by się zastanowić, czy był to faktycznie cud. Są dwa wyjścia:

a) ponownie we własnej sprawie „palce maczał” św. Florian, czyli cud,
b) relikwie przybyły do Krakowa na przełomie października i listopada i po jesiennych opadach wóz utknął w błocie/śniegu, czyli jesień/zima jak co roku zaskoczyła „drogowców”.

Wybierzcie wersję bardziej prawdopodobną i Wam odpowiadającą. Fakt faktem, że dzięki temu wydarzeniu, w 1216 roku, biskup Wincenty Kadłubek konsekrował romański wtedy kościół.

Krakow_Saint_Florian_church_20060706_1646
Wraz ze wznoszonym kościołem, u wrót Krakowa zaczęła pojawiać się szybko rozrastająca się osada handlowa. Jeśli wyobrażacie sobie życie w niej jako podmiejską sielankę, to wyprowadzę Was z błędu. Wszyscy atakujący Kraków, starali się go zdobyć od strony północnej, czyli właśnie przez naszą osadę z kościołem św. Floriana. Niestety, nawet po 1366 roku, gdy uzyskała prawa miejskie, nie doczekała się żadnych umocnień broniących jej przed nieprzyjacielem. Sąsiedzi zaś (krakowianie), za każdym razem, gdy tylko zbliżało się zagrożenie, natychmiast palili jej wszystkie zabudowania, aby wróg nie miał gdzie się skryć. Tak też się działo np. w czasie niezapowiedzianych wizyt Tatarów w latach 1241 i 1259.

I tak funkcjonowała sobie nasza osada, a potem także jako miasto, tuż obok swojego większego brata – Krakowa. Nowe miasto, zostało lokowane przez Kazimierza Wielkiego i otrzymało nazwę Florencja (tak, tak, „niechaj narodowie wżdy postronni znają, iż Krakusy nie gęsi, iż swoją Florencję mają” ;-) ). Nazwa ta była w użyciu stosunkowo niedługo i została zastąpiona nazwą Kleparz (Clepardia). Kleparz przez wieki stanowił ośrodek handlu zbożem, bydłem i innymi niezbyt wyszukanymi towarami. Ze względu na wysokie i liczne opłaty dla handlowców spoza Krakowa, nie zawsze opłacało się wwozić towar do stolicy. Oczywiście jeśli komuś nie przeszkadzały różnego typu opłaty celne, mostowe, targowe, składne, czy czopowe (nie mylić z czopkami), albo miał na tyle drogi i poszukiwany towar, że mógł sobie na to pozwolić to bez mrugnięcia okiem płacił. Każdy obcy jednak aby np. skorzystać z miejskiej wagi, a to był przymus, musiał zapłacić dwa razy wyższą opłatę niż handlujący tubylcy. Lekko nie było, ale mieszkańcy Clepardii jakoś sobie radzili. Co prawda nie nazwałbym Kleparza rajem podatkowym, czy handlowym potentatem, ale jak się dało obejść drakońskie, krakowskie przepisy i opłaty, to wielu chętnie z tego korzystało.

Teraz na chwilę wróćmy do kościoła. Ten, przy którym stoicie, nie da się ukryć, nie jest zbudowany w stylu romańskim. Najstarsza budowla była niszczona m.in. przez wspomnianych wyżej Tatarów. W XIV wieku został przebudowany w stylu gotyckim, rozbudowywany następnie w XV i na początku XVI wieku. W 1528 roku, podczas wielkiego pożaru Kleparza został tylko uszkodzony, co przypisano znajdującym się w nim i chroniącym od ognia relikwiom św. Floriana. Co ciekawe, w 1580 i 1587 kościół płonął dwukrotnie i tu już Florian nie zechciał go ochronić. Brak takowej chęci zanotowano dwa razy także podczas potopu szwedzkiego w 1655 i 1656 roku. Po tych wydarzeniach, w latach 1657-1684 został przebudowany w stylu barokowym. Taki nowy i ładny wytrzymał tylko kilkadziesiąt lat, bo został uszkodzony podczas pożaru Kleparza w 1755, a następnie w 1768 podczas walk konfederatów barskich.

W latach 1902-14, a następnie w latach dziewięćdziesiątych XX wieku kościół odrestaurowano, by w 1999 roku papież Jan Paweł II podniósł go do godności bazyliki mniejszej. I tak stoi sobie od prawie 800 lat przyglądając się „Drodze Królewskiej” oraz zmieniającemu się Kleparzowi. Cdn.

Fot.1 (plac Matejki – widok od strony Barbakanu) i Fot.3 (bazylika św. Floriana) – autor Jakub Hałun (Wikipedia)

Fot. 2 (św. Florian) źródło Wikipedia

Odc. 3. Dworzec, placyk, pałacyk i latarenka

Po rozważaniach dotyczących płynów spożywanych, a także używanych do ablucji zbliżyliście się do XIX-wiecznego budynku Dworca Głównego.

Pierwsze pociągi dotarły do Grodu Kraka 13 października 1847 roku. Kolej Krakowsko-Górnośląska połączyła galicyjski Kraków z górnośląskimi Mysłowicami i dalej z Wrocławiem oraz Berlinem. Można było tędy dojechać też do Wiednia, bo Kolej Krakowsko-Górnośląska (początkowo na terenie Prus, a później w małopolskiej Trzebini, gdzie doprowadzono linię od strony Chrzanowa, Oświęcimia i Bielska-Białej) łączyła się z Cesarsko-Królewską Uprzywilejowaną Koleją Północną Cesarza Ferdynanda. Jeśli przyjechaliście do Krakowa pociągiem od strony Śląska (czyli właśnie tą linią), to pewnie myślicie, że jechaliście dokładnie po tych samych, nigdy nieremontowanych, ponad 160-letnich torach, które są ułożone na XIX-wiecznych drewnianych podkładach. Jeżdżąc kilkukrotnie tą trasą też miałem takie wrażenie, ale uwierzcie mi, to nieprawda, to nie jest linia muzealna, a podróż z Katowic do Krakowa nie jest specjalnie przygotowaną atrakcją dla turystów. Jak najbardziej prawdziwy, dziewiętnastowieczny jest czas przejazdu. W 2015 roku, w XXI wieku, pociąg łączący dwie wielkie i nowoczesne aglomeracje, odległość 77 kilometrów pokonuje w ponad 2 godziny!!! „Sorry, taki mamy klimat”. Nie możecie jednak narzekać (i tu podpowiedź dla marketingowców z PKP) przecież Ibrahim Ibn Jakub w 965/966 roku jechał do Krakowa z czeskiej Pragi 3 tygodnie! Widzicie? Teraz jest zdecydowanie lepiej!

Do budynków dworcowych nie wejdziecie, bo po ponad 160 latach dworzec przestał być dworcem. Może tam będzie wielosalowe kino, a może… Nikt nie wie co tam będzie, bo nie wie tego nawet właściciel, czyli PKP. Chcą go przebudować na „przybytek X Muzy”, ale na burzenie ścian i całkowitą przebudowę nie chce się zgodzić konserwator zabytków. Do środka więc nie wejdziecie, a szkoda. Pozostaje podziwianie go z zewnątrz.

Aby w całej okazałości obejrzeć budynek musicie wejść na plac Jana Nowaka-Jeziorańskiego.

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Plac ma 145 x 115 metrów, więc jest spory. Nie będę tu wyliczał ile na zajmowanej powierzchni mogłoby zmieścić się skrzynek piwa, ale żeby nie było… bez problemu by się na nim zmieściły dwa pełnowymiarowe boiska do piłki nożnej. Po jednym dla dwóch największych klubów piłkarskich Krakowa (Cracovii i Wisły). Musiałaby być jednak tylko jedna, wspólna dla kibiców obu klubów trybuna (dwie już się nie zmieszczą), a to ociera się o masochizm i nawoływanie do wojny. Boiska i trybuna zmieściłyby się na placu gdyby pośrodku nie stał pewien budynek. To pałacyk Wołodkowiczów, ale o nim za chwilę.

Teraz skupmy się na dworcu. Ten, na który patrzycie, to efekt kilku przebudów i wielu zmian.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pierwszy dworzec wybudowano w latach 1844-1847, a więc oddano go do użytku wraz z nową linią kolejową. Teren pod jego budowę (razem z pałacykiem, do którego wprowadziło się biuro towarzystwa kolejowego) kupiono za 200 tys. złotych polskich. Wtedy to było naprawdę dużo, a teraz? Teraz w Krakowie to cena trzydziestometrowej kawalerki do remontu, a w tej okolicy to nawet na klitkę w dobrym stanie by nie starczyło. Taką kasę to pewnie chętnie by „przytulili” właściciele jednej z sieci klubów go-go, o której było głośno w mediach w 2013 i 2014 gdy okazywało się, że jej klienci zbiorowo zostawiali tam całą zawartość swoich kont i limity kredytowe z kart płatniczych. Czy się aż tak dobrze tam bawili? Wątpię, bo niemal wszyscy twierdzili, że z pobytu w klubie nic nie pamiętają, ale to ich sprawa i niech się sami martwią. Dobrze, że w XIX wieku ten klub nie działał w Krakowie, bo może całe dwieście „tysi” poszłoby na panienki oraz szampany za 16 000 zł sztuka i wtedy nie byłoby w latach 1847-1869 dworca w stylu neorenesansowym autorstwa nadinżyniera i radcy budowlanego króla pruskiego Petera Rosenbauma z Wrocławia. Skąd tam data 1869? Wtedy właśnie zaczęto pierwszą przebudowę dworcowych budynków. Pierwszy, neorenesansowy, otoczony ogrodami okazał się za mały. Poza tym, był dworcem czołowym, bo pociągi przyjeżdżały tylko od strony Śląska, a jak wybudowano linię w kierunku Tarnowa, Rzeszowa i Lwowa, trzeba było poświęcić ogrody i przebudować budynki. Przebudowa z lat 1869-1871 nie była jedyna, a obecny kształt budynku w stylu eklektyzmu nadały jeszcze te z lat 1892-1894 i w mniejszym stopniu w 1920 roku. Eklektyzm to, w największym skrócie, łączenie stylów architektonicznych, szczególnie popularne w XIX wieku. Oczywiście wszystkie elementy ze sobą współgrały, tworzyły pewną całość. W obecnych czasach też wielu stara się łączyć różne style, ale delikatnie rzecz ujmując, im to „trochę” nie wychodzi. Coś takiego, z niepasującymi do niczego łukami, finezyjnymi balustradkami i wieżyczkami zobaczymy np. w budownictwie romskim (nazwijmy ten „styl” barokiem mławskim) i budownictwie „dorobkiewiczowskim” (tutaj będzie pasowała nazwa grójeckie rokoko, lub nawet rokokoko :-)). Oczywiście nie muszę dodawać, że oba nowoczesne „style” są wynikiem braku jakiegokolwiek gustu i niestety są spotykane w całym naszym umęczonym kraju. Oba też były najpopularniejsze w latach dziewięćdziesiątych XX w., chociaż zdarza się wielu i teraz czerpać pełnymi garściami z tego „architektonicznego trendu (trądu)”. Dobra, koniec, zagalopowałem się, więc wróćmy na plac przy dworcu.

Tam na środku stoi wspomniany już pałacyk Wołodkowiczów, a jak pałacyk to i latarenka ;-). Obecnie znajduje się w nim poczta, a stoi na miejscu wcześniejszego, kupionego wraz z ziemią pod budowę dworca i linii kolejowej, w którym mieściły się pierwsze biura kolejowe. Wybudowany dla Bolesława Wołodkowicza i jego żony Zofii w roku 1884 r. pałac w stylu eklektycznym został zaprojektowany przez znanych architektów Tadeusza Stryjewskiego i Władysława Ekielskiego.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Oprócz pałacyku i budynku dworca, w 1870 roku wybudowano jeszcze halę peronową, którą przebudowano w 1895 roku. Została jednak zlikwidowana w latach trzydziestych XX wieku wraz z rozbudową torowiska i zwiększeniem liczby peronów. Poza tym w latach 1892-1893 powstał żelbetowy tunel prowadzący do peronów, a także Przekop Talowskiego.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Co to ten Przekop? To nic innego jak tunel pod torami w ciągu ulicy Lubicz, ale tunel niezwykły, zaprojektowany przez niezwykłego krakowskiego architekta Teodora Talowskiego, o którym jeszcze będę wspominał, tunel, który jest częścią Krakowskiego Szlaku Techniki. Obiekt ten wybudowano w latach 1896-1898, dlatego że na jednopoziomowym przejeździe zamykanym szlabanami tworzyły się korki. Jak widzicie, już wtedy były one krakowską specjalnością. Specyfikację techniczną przygotowali inżynierowie Cesarsko-Królewskich Kolei Państwowych (kaiserlich-königliche Staatsbahnen), które całość sfinansowały. Projekt architektoniczny wykonał zaś wspomniany wyżej T. Talowski. Jak czytamy w wydanym przez Urząd Miasta Krakowa przewodniku po Krakowskim Szlaku Techniki: „przęsło wiaduktu ma konstrukcję metalową wspartą na 16 kamiennych kolumnach ustawionych w obniżeniu ulicy Lubicz w dwóch równoległych rzędach. Mur oporowy, boniowany, rozczłonkowany ryzalitami zwieńczonymi filarkami, zbudowany został z piaskowca ciężkowickiego”.  Jeśli nie macie chęci oglądać boniowanego muru oporowego i innych ryzalitów, to skierujcie się w kierunku ulicy Basztowej i dalej placu Matejki, bo tam zaczniemy drugą część naszej wycieczki po Królewskim Stołecznym Mieście Krakowie.

Fot. Tomek „Papug”

Odc. 2. O wieży ciśnień, piwie i jacuzzi…

Gdy już skończycie napawać się widokiem „Szkieletora”, proponuję przejść w kierunku placu Dworcowego (obecnie pl. Jana Nowaka-Jeziorańskiego) i dziewiętnastowiecznego budynku dworca. Na pierwszym zdjęciu to ten żółty budynek po prawej stronie skryty za wiatą.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jednak skoro już jesteście na peronie, skoro daliście się namówić na dotarcie na jego koniec, spójrzcie na obiekt po lewej stronie (w całości na zdjęciu poniżej). To wieża ciśnień. Dlaczego akurat o niej piszę? W końcu to też zabytek.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wieża powstała w latach dwudziestych XX wieku. Nie jest jedyna w swoim rodzaju, bo podobne są w Żyrardowie i Żaganiu. Nie jest też wyjątkowo piękna, chociaż fani zabytków techniki i infrastruktury kolejowej na pewno mogą się na nią gapić godzinami. Was o to nie posądzam, więc skupmy się na innych aspektach. Jest to obiekt żelbetowy z żelbetowym zbiornikiem o przekroju kołowym i pojemności 400 m³. To dużo, ale fakt, ciężko sobie wyobrazić taką pojemność, więc przeliczmy to na… piwo. Mieści się tam zawartość 800 000 półlitrowych butelek piwa. Licząc 5 piwek dziennie, rocznie wypijecie ich 1825, a więc po roku zostaje jeszcze… piw od cholery, marskość wątroby i zaawansowana choroba alkoholowa. Browarów jest na ponad 438 lat, a przy jednym dziennie na prawie 2200 wiosen. To więcej niż ma chrześcijaństwo!!! Dla wierzących, praktykujących może być inny przelicznik. Jakiś czas temu sprawdziłem, woda mineralna mająca w nazwie święty Licheń sprzedawana jest w butelkach 0,33l. W składzie znajdują się kationy: Mg2+ (28 mg/dm3), K (3), Na+ (41), Ca2+ (106). Znajdziemy tam też aniony: HCO3 (414 mg/dm3), Cl- (45), SO42- (5). Nie wiem co to oznacza, ale pewnie to dobrze, że tam są i akurat w takiej ilości. Nigdy jej nie próbowałem, jednak zakładam, że jest smaczna. W związku z tym, iż jest to woda z Lichenia na pewno jest zajebiście zdrowa, więc warto się w niej wykąpać. Standardowa wanna ma pojemność jakichś 100 litrów (chyba), także przed Wami 11 lat codziennych kąpieli w wannie pełnej po brzegi leczniczej, świętej wody! A że „Licheńska” jest sprzedawana także w formie gazowanej, to przez wiele lat możecie mieć „naturalne jacuzzi”…

Fot. Tomek „Papug”

Odc. 1. Kraków – pierwsze kroki

Do Krakowa najlepiej jest przyjechać pociągiem (lub przylecieć samolotem). Wiem, wiem, zapewne na tę myśl zjeżyły się Wam włosy na głowie, ale uwierzcie mi to naprawdę dobre rozwiązanie. Dlaczego? Bo Kraków to jedno z najbardziej zakorkowanych miast naszego kraju (a tym samym i Europy, bo pod tym względem jesteśmy europejską elitą). Po mieście najlepiej poruszać się pieszo, a także korzystając z, może nie najszybszej, ale dobrze rozwiniętej komunikacji miejskiej (szczególnie tramwajów, które dosłownie wjeżdżają do serca Starego Miasta). Zresztą do większości zabytków i tak nie dojedziecie autem, połowę czasu zarezerwowanego na pobyt stracicie na szukanie miejsca parkingowego, a duża część miejsc, do których warto trafić jest w zasięgu niezbyt męczącego marszu. I ostatni, najważniejszy argument, który powinien Was ostatecznie przekonać – możecie spędzić parę chwil w jednym z setek lokali i nie martwić się „promilami” w Waszym krwiobiegu. Oczywiście jeśli jedziecie z małżonką/małżonkiem, dwójką lub trójką małych dzieci i psem, to nasza kolej żelazna nie jest najlepszym rozwiązaniem. Wtedy odpada też argument dotyczący dłuższego „wypoczynku” w krakowskich lokalach. Jeżeli jednak czytacie ten „przewodnik”, to znaczy, że chcecie zwiedzać miasto, a kilkugodzinne spacery wśród zabytków to jest najczęściej ostatnia rzecz, której pragną Wasze latorośle.

No dobra, otwierają się drzwi wagonu i wychodzicie na peron. Jakie jest Wasze pierwsze wrażenie?

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pięć peronów, tłumy pasażerów…, nic dziwnego, w końcu przybyliście do wielkiego miasta, które oficjalnie ma przeszło 750 tysięcy mieszkańców, a doliczając do tego studentów oraz pracujących niezameldowanych przybyszów „spod samiuśkich Tater”, „Szkieletczyzny”, „Ślunska” i Rzeszowszczyzny to ponad „bańka”. Oczywiście dochodzi do tego cała aglomeracja ze wszystkimi Alwerniami, Zabierzowami, Wieliczkami, Pcimiami, Wadowicami etc. To daje już niemal półtora miliona, a jeszcze nie zaczęliśmy liczyć turystów. No właśnie, ilu ich jest? Sporo, bo jesteście jednymi z ponad 10 milionów turystów rocznie. To dużo, czy mało? Zdecydowanie nie mało. Wyobraźcie sobie, że co roku do Krakowa przeprowadzają się łącznie wszyscy Czesi, albo Grecy. W ciągu tylko jednego 2014 roku do Krakowa przyjechało trzykrotnie więcej turystów niż mieszkańców ma Berlin! Oczywiście w tym czasie krakowianie wcale się z miasta nie wynoszą, więc jak widzicie może być trochę tłoczno.
Witajcie w Krakowie!

Zanim jednak dumnym krokiem wkroczycie do królewskich komnat na Wawelu, zanim będziecie przechadzać się uliczkami Kazimierza, zanim Wasze stopy dotkną bruków Stradomia, a nad Wisłą dopadnie Was wawelski smok (chociaż pewnie szybciej to będzie smog), zwróćcie uwagę na to co ma do zaoferowania widok z dworcowego peronu.

Żeby jednak dojrzeć pierwszy obiekt, który chciałbym Wam opisać, musicie skierować się jak najbliżej południowego krańca platformy peronowej (jeśli przyjechaliście od strony Warszawy, czy Śląska, to na dworzec wjechaliście od północy, a jeśli od strony Zakopanego, Tarnowa i Rzeszowa, to właśnie od południa). Gdy miniecie ostatnie zejście, kierując wzrok w stronę tzw. dworca wschodniego oraz dworca PKS w tle zobaczycie nieukończony wysoki budynek.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

(poniżej w zbliżeniu)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Budowa jak budowa można by rzec. Dlaczego macie patrzeć na budowę? Po pierwsze, to nie jest zwykła budowa tylko jeden z symboli byłej stolicy, a obecnie także największy w kraju słup reklamowy. Po drugie, niemal za każdym razem gdy wdrapiecie się na jakiś punkt widokowy, a w trakcie naszej wycieczki będą takowe, to na pewno ten obiekt dojrzycie. Po trzecie, jeśli macie pewne specyficzne umiejętności, to możecie je zaoferować właścicielom tego obiektu. O co chodzi? O nietypowe rozwiązanie zastosowane w latach osiemdziesiątych XX wieku 300 kilometrów na północ, w obecnej stolicy, ale o tym za chwilę. Tak więc na początek wizyty w Krakowie będzie trochę o wieżowcach.

Pozwólcie, że Wam przedstawię „Szkieletora”. Dumnie patrzący na Gród Kraka młodszy, ale bardziej znany brat niedalekiego „Błękitka” z Ronda Grzegórzeckiego ma już 40 lat. „Szkieletor” to część pomysłu krakowskiego „Manhattanu”.

Szkieletor_in_Krakow

Sam pomysł wybudowania wysokościowca niedaleko Ronda Mogilskiego powstał jeszcze w latach sześćdziesiątych XX wieku. W 1968 r. zorganizowano konkurs na projekt architektoniczny. Zwycięzcami okazali się Zdzisław Arct, Ewa Dworzak i Krzysztof Leśnodorski, którzy zaproponowali 72 metrowy budynek Naczelnej Organizacji Technicznej. Ze względów „prestiżowych” dorzucono mu osiem kondygnacji, podwyższając go do 92 m i 60 cm. To sporo, wystarczy wspomnieć, że wyższa wieża Kościoła Mariackiego ma 82 metry i mamy odpowiedź dlaczego „Szkieletor” jest tak doskonale widoczny nawet z bardzo daleka. Projekt przerabiano i obracano w poziomie wielokrotnie, a nad jego realizacją miało czuwać 21 zespołów inżynierskich.
Władze ogłosiły, że Krakusy nie gęsi i swój Manhattan mają i w 1975 roku zabrano się do budowy. Nie było łatwo. Okazało się, że w naszej „ludowej ojczyźnie” nie ma odpowiedniego dźwigu i trzeba było takowy ściągać ze „zgniłego, kapitalistycznego zachodu”, a dokładnie znad Loary. „Niech się mury pną do góry”, marzyli przedstawiciele władz, mieszkańcy i architekci. Ich życzenia się spełniały i pięły się mury przez najbliższe niemal 4 lata. Aż w lutym 1979 r., zabrakło kasy i budowa stanęła. Pech! A taki miał być piękny i nowoczesny. W 2005 r. miało zakończyć się budowanie całego „Manhattanu” z dużą liczbą wieżowców. Jest 2015, więc Kraków powinien już od 10 lat być Dubajem Północy, Nowym Jorkiem „Lechistanu” i Europy Środkowo-Wschodniej. Towarzysz Edward Gierek miał być takim „socjalistycznym Kazimierzem Wielkim”, co to zastał Kraków murowany, a zostawił szklany. Sam Żeromski byłby usatysfakcjonowany widząc tyle szklanych domów.
Jeszcze w latach siedemdziesiątych w dalekiej Italii kupiono mu ubranko. Budynek NOT miał być ubrany we włoskie ściany osłonowe, ale zaraz po zakupie je odsprzedano. I tak od końca lat siedemdziesiątych nagi „Szkieletor” wrósł w pejzaż „miasta Wandy co nie chciała Niemca”.
Co z nim robić? – głowiły się tęgie urzędnicze, architektoniczne i urbanistyczne głowy. W 1984 r. stwierdzono, że zostanie obudowany wielką płytą i tak powstaną mieszkania dla pracowników Kombinatu z Nowej Huty. Na szczęście nie zrealizowano tego „znakomitego” pomysłu, ale nie zrealizowano także następnych. Trzykrotnie miały być w nim hotele, raz Centrum Nauki i Techniki, innym razem centrum biznesu, a raz omal nie stał się własnością sąsiada, czyli ówczesnej Akademii Ekonomicznej.
Nad „Szkieletorem” zawisło fatum! A może ktoś rzucił na „Szkieletora” klątwę? A na ten temat wiedzą sporo budowniczowie innego, tym razem warszawskiego wieżowca. Chodzi tu oczywiście o Klątwę Rabina i budowę Błękitnego (początkowo złotego) Wieżowca na placu Bankowym. Pierwsze plany wybudowania wysokościowca na skrzyżowaniu Marszałkowskiej i Al. Solidarności (wtedy Świerczewskiego) powstały już w latach 50-tych, czyli przynajmniej kilkanaście lat wcześniej niż „Szkieletora”. Miejscówka, przy ówczesnym placu Dzierżyńskiego wydawała się znakomita. Niezbyt zadowoleni z tego faktu byli jednak wyznawcy judaizmu, gdyż było to miejsce po zburzonej w 1943 r. przez Niemców Wielkiej Synagodze na ulicy Tłomackie 7. Budowa rozpoczęła się dopiero w latach siedemdziesiątych i trwała prawie dwadzieścia lat. Wszystko jednak szło nie tak jak zakładano, aż w końcu, prezydent Warszawy Jerzy Bolesławski złapał się ostatniej deski ratunku, przyszedł do prezesa Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów, Szymona Szurmieja. Szurmiej dwukrotnie wzywał do Warszawy najbardziej ortodoksyjnych rabinów z Brooklynu, którzy kilkudniowymi nieustannymi modlitwami mieli „odświęcić” miejsce po synagodze. I wreszcie się udało. Budowę ukończono w 1991 r.
Ale wróćmy do Krakowa i klątwy (?), fatum (?) wiszącymi nad „Szkieletorem”. Trzeba to koniecznie sprawdzić! Jest klątwa, czy jej nie ma? Co prawda, nowy właściciel zapowiedział już przebudowę „Szkieletora” na Treimorfa, czy jakoś tak, ale chciałbym przypomnieć, że plany były już sporządzane wielokrotnie, a nasz czcigodny i coraz starszy bohater jak stał, tak nieukończony stoi. Trzeba koniecznie odczynić zło, albo przegonić stamtąd duchy, ewentualnie odprawić modły. Jeśli potraficie pomóc, to zgłoście się do obecnych właścicieli „Szkieletora” i zaproponujcie swe usługi. Jeśli tylko przyspieszy to zagospodarowanie całego terenu, to pewnie chętnie się na to zgodzą, a być może pojawi się także jakieś zadośćuczynienie.

Fot.1, 2.: Tomek „Papug”

Fot.3.: Wikipedia „Szkieletor in Krakow” autorstwa Janusz Klimek, Kraków