Archiwa tagu: turystyka

Odcinek specjalny. Kopiec Kościuszki.

Na specjalne życzenie znajomych z obecnej stolicy przeskoczyłem trochę ze Starego Miasta do Dzielnicy VII Zwierzyniec. Jak się tam dostać? Jeśli w trakcie zwiedzania Grodu Kraka korzystacie z komunikacji miejskiej, to do bohatera, a właściwie bohaterów mojej dzisiejszej opowieści dostaniecie się bezpośrednio dwoma liniami autobusowymi – 100 (z Salwatora) i 101 (z Os. Podwawelskiego, czyli okolic Centrum Kongresowego). Możecie też podjechać z centrum tramwajem linii 1,2 lub 6 do pętli Salwator i nieśpiesznym krokiem wejść na wzgórze Sikornik, czyli tam, gdzie znajduje się Kopiec Kościuszki. O tym, co zobaczycie po drodze na Salwatorze oraz wdrapując się na Kopiec napiszę za jakiś czas, gdy przyjdzie pora na opisywanie atrakcji Salwatora, Zwierzyńca i Bielan, a zapewniam, że warto się tam udać.

Gdy dotrzecie na wzgórze, to zobaczycie dziwny obiekt (na zdjęciu poniżej). To neogotycka kaplica bł. Bronisławy.

Kopieckosciuszki

Teraz jest to wejście na Kopiec Kościuszki, czyli miejsce z którego najlepiej widać… unoszący się nad Krakowem smog.

Kiedyś, jak głosi legenda, unosiła się tam jeszcze Bronisława z zakonu Norbertanek pośród siedmiu pochodni. Teraz już się nie pokazuje, bo (niepotrzebne skreślić):

a) nie ma takiej potrzeby,

b) nie lubi unosić się w smogu,

c) ma tylko siedem pochodni i nie chce konkurować z „radiomaryjnymi”, „posmoleńskimi” sprzed Pałacu Prezydenckiego w Warszawie.

A skąd tam Bronisława? Odpowiedź brzmi: ze Śląska Opolskiego. Bronisława, córka Stanisława Odrowąża Prandoty i Anny z Gryffitów-Jaksów żyła w latach 1203-1259. PESEL…… (nie dotyczy), NIP…… (nie nadano). Nie notowana, nie karana. Zamieszkała (meldunek stały od 1219 r.): Klasztor S.S. Norbertanek, ul. Tadeusza Kościuszki 88, 30-114 Kraków. Pobyt czasowy: Pustelnia, Al. Waszyngtona 1, 30-204 Kraków. „Przez 40 lat wiernie służyła Bogu, jaśniejąc cnotami i duchowym zjednoczeniem z Bogiem”. I tyle wiemy na jej temat.

Blogoslawiona Bronislawa.jpg

Później na wzgórzu też było ciekawie. W XVIII wieku jeden z litewskich szlachciców widział we śnie wzgórze z ołtarzem wokół którego stały ubrane na biało zakonnice. Głos powiedział mu, że znajdzie tam zbawienie. Spakował się, przyjechał do Grodu nad Wisłą i zamieszkał jako pustelnik na wzgórzu Sikornik. Czy widział unoszącą się Bronisławę? Nie wiadomo. Nic nie wiemy też na temat ewentualnego zbawienia i jego następstw dla dzielnego krajana z Litwy. Jeśli takowe były, to się nie pochwalił.

Pierwsza kaplica na Sikorniku powstała w stylu barokowym w 1702 r., a więc za króla Sasa. W latach 1758-1759 została wyremontowana. Dobudowano też „pokoje gościnne”, czyli niewielki domek dla pustelników. Obok kaplicy (1820-1823), został usypany Kopiec Kościuszki. Powstał na wzór kopców Wandy i Kraka. Najpierw Senat Rzeczypospolitej Krakowskiej podjął uchwałę, w której postanowiono wznieść symboliczną mogiłę Tadeusza Kościuszki. Oczywiście powołano komitet budowy. Ziemię pod przyszły kopiec, co warto zapamiętać, podarowały siostry Norbertanki (przedstawiciele Kościoła przyzwyczaili do tego, że raczej biorą niż dają, więc tym bardziej jest to czyn chwalebny). 16 października 1820 roku teren poświęcono, wśród przemówień i religijno-patriotycznych śpiewów z udziałem władz Krakowa, Uniwersytetu, Kościoła, a także licznie zgromadzonej publiczności ze wszystkich zaborów położono kamień węgielny. Zaczęła się budowa, na którą zbierano datki w Polsce i zagranicą. Pracowali przy niej ochotnicy ze wszystkich zakątków zniewolonego kraju. Po trzech latach uznano wreszcie, że budowa jest zakończona. Od tej pory zarówno na kopiec, jak i do kapliczki Bronisławy ciągnęły tłumy rodaków Kościuszki.

I tak współistniały sobie kopiec oraz kapliczka przez trzydzieści lat, aż do momentu, gdy C.K. generałowie zapragnęli stworzyć z Krakowa twierdzę. Jak postanowili, tak zrobili, tyle że ofiarą cesarsko-królewskich planów fortyfikacyjnych padły kaplica i erem. Ministerstwo Wojny „ze samego Wiednia” przejęło grunty na wzgórzu. Nie przejęli tylko kopca, bo jedna morga wiedeńska ziemi u podstawy kopca wraz ze stożkiem została eksterytorialna (nasza :-) ).

Austriacy w latach 1850-1854 wybudowali Fort „Kościuszko”. Podstawę kopca otoczyli ceglanym murem oporowym, a jako rekompensatę za wyburzoną barokową kaplicę, wybudowali nową, neogotycką wg projektu Feliksa Księgarskiego.

W roku 1860 na szczyt Kopca wtoczono, stojący tam do dziś granitowy głaz, w którym wyryto krótką, rzekłbym nawet – bardzo krótką, inskrypcję: „Kościuszce”.

Przez całą okupację hitlerowską polski, patriotyczny Kopiec górował nad zniewolonym miastem. Niemcy zajęli Fort „Kościuszko”, osadzili tam wojsko i planowali nawet niwelację Kopca, ale na szczęście tego nie zrobili.

Oprócz wejścia na górę warto też obejrzeć wspomniany fort, a właściwie jego zachowaną część, bo w latach 1948-1956 sporo wyburzono. Umocnienia przetrwały wojnę, nie przetrwały zaś powojennej Polski Ludowej. Jak przekonywano, w celu pozyskania cegieł na budowę internatu dla dzieci robotniczo-chłopskich zburzono bastiony I, I-II, II, II-III oraz część III. Zburzono, ale cegieł wiele nie odzyskano. Spoiny były tak dobre, że nie było szans oddzielić cegieł, więc… zwyczajnie zdewastowano znaczną część fortu. Szczęście, w tym całym nieszczęściu znaleźli się ludzie, którzy wyperswadowali ówczesnym władzom, że powinni zaniechać dalszych wyburzeń. Barbarzyństwo się zakończyło, a RMF ma skąd nadawać program.

Czy jest to wielka atrakcja? Na pewno zdecydowanie większa niż wejście na Kopę Cwila na warszawskim Ursynowie. ;-) Za dwanaście złociszy (bilet normalny) lub 10 (ulgowy) przez kaplicę, wąskimi schodami wejdziecie na kopiec i, tak jak już pisałem, będziecie podziwiać spowijający miasto Kraka i Wandy smog, krakowski smog! Takiego smogu nie ma nigdzie na świecie, nawet w Warszawie :-)

P.S. Jak nie chcecie płacić za bilety to 4 lutego (dzień urodzin Tadeusza Kościuszki), 24 marca (dzień przysięgi Kościuszki na krakowskim Rynku Głównym w 1794 r.) oraz 15 października, czyli w rocznicę jego śmierci możecie wejść na Kopiec za darmo. I jeszcze jedno, w cenie biletu jest także kilka innych atrakcji: zobaczycie kaplicę Bronki, wystawy dotyczące Tadzia Kościuszki, historii Kopca i twierdzy, a nawet wejdziecie do muzeum figur woskowych. To ostatnie jest, co najwyżej „średnie”, ale warto tam wejść nawet po to, aby stwierdzić, że… na pewno nie jest to część muzeum Madame Tussauds.

 

Foto 1: Kopiec Kościuszki CC BY-SA 2.5, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=657452

Ryc. 1: By Wojciech Eljasz-Radzikowski (1814-1904) – Siostry Norbertanki, Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=18722912

Odc. 24. O Klaryskach u Andrzeja.

Tuż obok monumentalnej świątyni p.w. ś.ś. Piotra i Pawła, stoi wysunięta w kierunku osi ulicy Grodzkiej inna budowla.

Jest to znacznie starszy od barokowego sąsiada kościół św. Andrzeja. Jego początki sięgają końca XI wieku. Ufundował go Sieciech, potężny palatyn księcia Władysława Hermana, a budowa trwała od roku 1079 do 1098. Na początku XII wieku stał się kolegiatą, czyli mniej niż katedra, więcej niż zwykły kościół i z większymi od niego prawami.

800px-Kraków,_St._Andrew

Wybudowany w stylu romańskim spełniał nie tylko rolę sakralną, ale także obronną, co kilkukrotnie okazało się wybawieniem dla wielu okolicznych mieszkańców. Pamiętacie historię o średniowiecznych „hakerach” i hejnaliście? W XIII wieku przynajmniej dwukrotnie (1241 i 1260) wpadali do nas przedstawiciele ludności zamieszkującej azjatycki Wielki Step, w skrócie zwani Tatarami. Jako że cel ich wypraw był w znacznej mierze ukierunkowany na grabieże, a poznanie obcych kultur i kontakty z nimi ograniczali do gwałtów i mordów, to nie byli mile widzianymi gośćmi. Wtedy też przydawały się takie budowle jak nasz romański bohater. Jednym ze znaków rozpoznawczych charakteryzujących styl romański są bardzo małe, wysoko umieszczone okna, które w przypadku zagrożenia spełniały funkcję otworów strzelniczych. Ponadto grube mury, w przypadku kościoła św. Andrzeja aż 1,6 metra, dawały poczucie bezpieczeństwa. Dzięki temu, m.in. podczas najazdu tatarskiego w roku 1241, mimo że większość Krakowa i okolicznych osad została zniszczona, wielu mieszkańców straciło życie, to część ludności, która schroniła się w środku głównej świątyni Okołu, przetrwała.

Prawdopodobnie w czasie tej drugiej tatarskiej wizyty w 1260 r. kościół został częściowo zniszczony, a następnie przebudowany.

W 1318 roku do kościoła wprowadziły się mniszki franciszkańskiego zakonu św. Klary.

chiara

Klara to postać niezwykła i niezwykła jest o niej legenda, bo dzięki niej jest patronką radia i telewizji. Co prawda zmarła ponad 640 lat przed doświadczeniami Marconiego i Tesli z przesyłem fal radiowych, ale… jako pierwsza widziała obraz telewizyjny wraz z dźwiękiem. Tak przynajmniej twierdzi Kościół Katolicki i zaświadczają o tym wszystkie żeńskie zakony franciszkańskie. Było to w noc Bożego Narodzenia 1252 roku, gdy w bazylice św. Franciszka w Asyżu odbywała się świąteczna msza. Klara z powodu choroby nie mogła uczestniczyć w nabożeństwie, ale „z Bożej łaski na odległość doskonale widziała jakby na ekranie i słyszała wszystko jakby była obecna na uroczystości […]”. Widziała, nie widziała, jej sprawa, papież Pius XII w 1953 roku, czyli w 700 rocznicę śmierci uznał, że widziała i ustanowił patronat Klary nad tymi dwoma mediami. Oprócz tego potrafiła tak żarliwie się modlić, że Saraceni, którzy oblegali Asyż zrezygnowali z ataku na miasto w 1240 i 1241 roku. Szkoda, że nie mieszkała w tym czasie w Krakowie, bo by pewnie Tatarzy zrezygnowali z ataku na Gród Wandy. Oczywiście nie umniejszam zasług Klary dla katolików, bo zebrało się tego na tyle dużo, że sława dokonań dotarła „z ziemi włoskiej do Polski”, lub jak kto woli nawet „z ziemi polskiej do Wolski”. :)

Wielką fanką Klary z Asyżu była Salomea, siostra krakowskiego księcia Bolesława Wstydliwego (tego samego co to do wyra z własną żoną nie chadzał, a i książęca małżonka do uciech cielesnych nie była skora).

bł-Salomea

Siostra Bolesława, po śmierci małżonka w 1241 roku postanowiła dokończyć żywota w zakonnej celi. Podobała się jej franciszkańska reguła zakonu św. Klary, jednak ta wprowadzała znaczne ograniczenia w zakresie posiadania dóbr doczesnych. Salomea chciała się umartwiać i leżeć krzyżem, ale niekoniecznie w biednym klasztorze. W związku z tym postanowiono wykorzystać pewne kruczki prawne. Teraz to się nazywa „kreatywna księgowość”, dzięki czemu można obejść pewne ograniczenia podatkowe, czy prawne zakładając fundację lub dzieląc firmę na wiele spółek. Tak też postąpili wdowa i jej brat. Książę Bolesław w 1255 roku przy klasztorze (wtedy jeszcze nie w Krakowie, a w Zawichoście) ufundował szpital, do majątku dorzucił (na dobry początek) jedenaście wsi. Zakonnice dzięki temu miały zapewniony byt. Zanim siostrzyczki trafiły do stolicy Małopolski około 1316 roku, na chwilę, ze względów bezpieczeństwa, przeniesiono je do podkrakowskiej wsi Skała. Później część z nich zamieszkała w Starym Sączu. I tu, i tu również nie odmówiły przyjęcia wielu kolejnych wsi. Oczywiście oznaczało to dochody z dziesięcin, służebności, ceł, karczm, młynów, łąk, lasów itd. Ponadto zapisano im niemałe coroczne datki w srebrze i złocie z książęcych żup solnych w Bochni i Wieliczce, kopalni ołowiu w Olkuszu, a także wypłatę z dochodów komory celnej w Krakowie! Zostały także zwolnione niemal z każdej daniny i podatku na rzecz Państwa. Uzyskały jednocześnie władzę sądowniczą na całym swym terenie. Nadania w ziemi, kruszcach, czy zwolnieniach podatkowych zostały dokładnie opisane w dokumentach książęcych oraz… kilku, wykonanych przez zakonnice falsyfikatach. Wszystko na chwałę Pana!

W 1268 r. zmarła pierwsza polska ksieni, założycielka klasztoru, Salomea. Nie da się ukryć, że zadbała o podstawy organizacyjne i finansowe działalności zakonu w Polsce. Jak podają dobrze poinformowane źródła zbliżone do Klarysek, gdy umierała z jej ust uszła do nieba gwiazda, więcej szczegółów tego wydarzenia nie znamy, ale na pewno miało to wpływ na ogłoszenie Salomei błogosławioną.

Obracanie sporym kapitałem i walka o niego także przed sądami przez wiele kolejnych dziesięcioleci były znakiem rozpoznawczym nowo powstałego klasztoru. W 1318, o czym wspomniałem, chociaż jeszcze nieoficjalnie, Klaryski zajmowały już kościół św. Andrzeja. Obieg dokumentów nie był tak sprawny jak dzisiaj, więc wszystkie formalności, łącznie z podpisem papieża, trwały aż do 1325 roku. Odtąd niezmiennie Klaryski zajmują tę jedną z najstarszych krakowskich świątyń.

W historii zakonu i świątyni bywało różnie, ale w późniejszych wiekach nie było tak „kolorowo” jak w XIII i XIV stuleciu. Znaczenie Klarysek znacznie zmalało. Mniszki dotykały także kłopoty dnia codziennego, wojny, pożary itp. Kościół płonął w latach 1455, 1473, 1658. Przez wieki zachował sporą część swojej romańskiej bryły, chociaż da się zauważyć elementy należące do innych epok. Na początku XIV w. dobudowano gotyckie oratorium, które obecnie pełni rolę zakrystii. W XVI wieku dobudowano przy fasadzie, nieistniejącą dziś przybudówkę mieszczącą kostnicę, podziemny grobowiec i kaplicę. Tę przybudówkę oraz płot, którym od strony ulicy Grodzkiej był odgrodzony kościół rozebrano w 1844 roku. W XVII w. wykuto trzy nowe okna, podwyższono wieże i zbudowano między nimi, w podziemiach, nowy grobowiec. W latach 1700-1703 gruntownie przebudowano wnętrze nadając mu charakter barokowy.

Do kościoła przylega zespół klasztorny, którego najstarsza, gotycka część została wybudowana za czasów króla Władysława Łokietka około 1325 roku. Klasztor znacznie rozbudowano w XVI i XVII wieku. Jeśli chcecie zobaczyć go od środka, to nie jest to łatwe, bo mogą to zrobić tylko kobiety i tylko wtedy gdy wstąpią do zakonu. Taka reguła, więc jest to Wasz, drogie Panie wybór. Panowie zaś, szanse na wstęp tam macie praktycznie zerowe.

Stojąc od ponad 900 lat przy głównym szlaku Krakowa, kościół św. Andrzeja jako jeden z niewielu przykładów romańskiej architektury sakralnej w Polsce wciąż zachwyca. Klaryski jako gospodynie kościoła i klasztoru bardzo niechętnie pozwalają np. na badania archeologiczne, nie wspominając o turystyce. Z tego względu jest to chyba wciąż najbardziej tajemnicza świątynia Grodu Kraka.

I w tym odcinku to by było na tyle.

_________________________________________________________

Foto: Kościół św. Andrzeja By Cancre – Praca własna, GFDL, wikipedia

Ryc. 1. Św. Klara (kapucynki.pl)

Ryc. 2. Błogosławiona Salomea (zyciezakonne.pl)

 

 

Odc. 23. Kościół śś. Piotra i Pawła.

Wciąż zwiedzacie ulicę Grodzką tuż przy placu Marii Magdaleny. Przed Wami, za ogrodzeniem zwieńczonym rzeźbionymi postaciami stoi ogromny budynek. Jest to kościół p.w. św. Apostołów Piotra i Pawła, pierwsza barokowa i największa zabytkowa świątynia Krakowa.

Jego historia rozpoczęła się w 1579 r., gdy do Grodu Kraka przybyli Jezuici. „Kimanie” początkowo mieli załatwione przy nieistniejącym dziś kościele świętego Szczepana na placu Szczepańskim. Oprócz „Szczepana” dostali jeszcze, także nieistniejący już, kościółek śś. Macieja i Michała stojący w rogu Placu Szczepańskiego, w miejscu obecnego skrzyżowania z ul. Reformacką. Każdy człowiek jak coś osiągnął, coś kupił i coś ma, to chce więcej, nowsze, lepsze. Kilka lat „chłopaki” przemęczyli się „u Szczepana” oraz „Macieja i Michała”, więc zapragnęli czegoś większego. Królem był wtedy István Báthory, czyli po naszemu Stefan. Jezuici delikatnie dali mu znać, że im ciasno i przy poparciu króla udało się załatwić kolejną „chatę” na Małym Rynku, czyli kościół świętej Barbary. Oczywiście starych świątyń nie oddali, tylko wspaniałomyślnie wzięli w posiadanie jeszcze jedną. Mieli już trzy, ale trzy powiedzmy – niewielkie, a plany zakonnicy mieli ogromne. Do tego tuż obok „św. Barbary” był znacznie większy konkurent o rząd dusz i kasę z tacy – Bazylika Mariacka. Walka nierówna i z góry skazana na porażkę. Na rozbudowę niewielkiego kościoła stojącego między Placem Mariackim, a Małym Rynkiem nie było miejsca. Budynki przy Placu Szczepańskim też nie nadawały się do rozbudowy. Trzeba było przenieść się do nowej, okazałej siedziby z dala od głównej krakowskiej świątyni. Pozostał do rozwiązania tylko jeden „mały” problem – pecunia.

Fundusze mógł zagwarantować tylko bardzo zamożny sponsor. Pomoc w zbudowaniu nowego kościoła obiecał kardynał Jerzy Radziwiłł. Biedny nie był, ale szybko się okazało, że sam nie podoła, a całego swego majątku oddawać raczej nie chciał.
- Kasa! Kasa! Brakuje kasy? W końcu od czego jest kolejny król? Jest nowy, zagraniczny, więc da się naciągnąć – pomyśleli Jezuici i mieli rację. Zygmunt III Waza, ten od kolumny, wspomógł ich nie tylko dobrym słowem. Książę kardynał Radziwiłł chętnie zaszczyt fundacji kościoła przekazał na króla. O pomoc królewską zabiegał najznamienitszy ówczesny polski Jezuita – ks. Piotr Skarga. Jego starania i rozmowę z królem przedstawił XIX-wieczny historyk Stanisław Załęski:
A książę kardynał krakowski? – rzekł król - […] Księciu kardynałowi nie chcemy wchodzić w drogę, tembardziej że już do jenerała zakonu zgłaszał się z oną swoją ochotą.
Nie wejdzie Wasza Królewska Mość. – odpowiedział ks. Skarga – […] Ustępuje chętnie W. K. Mości zaszczytu i fundatora kościoła i domu professów, boć hojności królewskiej, jak powiada, jego hojność książęca nie dorówna, użyje jej dla nas gdzie indziej.

Książę Radziwiłł dzięki przebiegłości Piotra Skargi pozbył się kłopotu, a nowy król był zadowolony z dobrych układów z Jezuitami. Finansowe apetyty zakonników przewyższały możliwości i chęci kardynalsko-książęce, ale nie królewskie. Zygmunt III, jak to król, w końcu ze swego prywatnego nie dawał. Także teraz politycy najbardziej są rozrzutni jak mają do dyspozycji grosz publiczny – sto milionów tu, miliard tam…

Pieniędzy potrzeba było sporo. Jezuici nie chcieli baraku 10m x 10m, im się marzyła budowla wielka, która swą wielkością przyćmi inne, a miejsca w otoczonym murem Krakowie właściwie nie było. No i zaczęło się szukanie „miejscówki”. Znaleziono dwie – jedna przy Wiślnej, a druga przy Grodzkiej. W obu przypadkach trzeba było wykupić stojące kamienice i budować na ich miejscu, co znacznie podnosiło koszt. Obie miały plusy i minusy lub jak kto woli – plusy dodatnie i plusy ujemne. Wiślna – jest w samym centrum, tuż przy Rynku, ale miejsca niewiele, Grodzka – oddalona od Rynku, lecz tu mieli możliwość budowy wielkiej świątyni. Myśleli, myśleli i wymyślili, że skoro płaci król, to kupią jednak tę większą miejscówkę przy Grodzkiej.

Wykupili kilka parceli, zburzyli stojące tam budynki i 23 czerwca 1597 rozpoczęła się budowa. Plany mieli „nówka sztuka” – barok, to wtedy był hit sezonu! Krakowską świątynię wzorowano na głównym kościele Jezuitów rzymskim „Il Gesù”, którego budowa ukończyła się zaledwie kilka lat wcześniej. Nie było jednak „letko”. W 1610 roku niepowodzeniem zakończyła się próba wzniesienia kopuły. Udało się to dopiero dziewięć lat później po znacznym wzmocnieniu filarów podtrzymujących ogromną konstrukcję.
Budowa i wykończenie trwały prawie czterdzieści lat. To sporo, jednak krócej niż trwa np. budowa „Szkieletora” (1975-….). W końcu 8 lipca 1635 roku konsekrowano nowy kościół.

450px-Peter&Paul_church_krakow
Jezuici rozgościli się w nowych murach, a kościół przeżywał swój okres świetności. Pierwszym większym problemem był pożar Kolegium Jezuickiego w 1719 r., który zniszczył także sporą część kościoła. Kilka lat trwała odbudowa sklepień i nadpalonych murów. W 1722 roku dobudowano mur z bramą i barokowymi rzeźbami 12 Apostołów z wapienia pińczowskiego. Krakowskie powietrze, które nigdy nie należało do najzdrowszych oraz powojenne nowohuckie kwaśne deszcze spowodowały tak znaczne zniszczenie figur, że w 1959 roku zdecydowano o ich zdemontowaniu. Stojące obecnie, to dalekie od oryginału kopie z lat osiemdziesiątych XX wieku.

1024px-2007KrakówPiotrPaweł

Oryginały znajdują się w pracowni konserwatorskiej w Krzeszowicach. Wciąż trwa dyskusja co z nimi zrobić, bo postaci Apostołów zaprojektowane w XVIII wieku przez Kacpra Bażankę wyglądają jak figury lodowe po znacznym wpływie promieni słonecznych i trudno na wielu z nich rozpoznać rysy twarzy oraz inne fragmenty anatomiczne. Niech się tym martwią eksperci i konserwatorzy zabytków. Wracamy do historii kościoła.

W 1773 roku, jak już wiecie z historii parafii św. Barbary, dokonano kasaty zakonu Jezuitów. Nasz ogromny, barokowy „bohater” przeszedł we władanie Komisji Edukacji Narodowej, na jakiś czas właścicielem był uniwersytet, a następnie przejęli go Cystersi.
Później bywało różnie, raz lepiej, raz gorzej, chociaż częściej było gorzej. W końcu wieku XVIII kościół podupadł na tyle, że nie wiadomo było co z nim zrobić. W latach 1809-1815 służył nawet jako prawosławna cerkiew.

Na początku XIX stulecia w Krakowie nastąpiła prawdziwa rzeź kościołów. Wydaje się Wam, że teraz kościoły są w centrum Krakowa na każdym kroku i za każdym rogiem? Są, ale, w co trudno uwierzyć, jeszcze na przełomie XVIII i XIX wieku było ich zdecydowanie więcej. Utrata znaczenia miasta, trudna sytuacja finansowa, zmniejszenie liczby ludności w wyniku wojen doprowadziły do tego, że brakowało pieniędzy na konserwację i utrzymanie licznych świątyń, które przez setki lat bez opamiętania budowano dosłownie co kilka metrów. Ponadto, aby miasto mogło się rozwijać potrzebowało miejsca na nowe, reprezentacyjne budowle świeckie, potrzebne były place i zieleń. Kraków potrzebował nowoczesnych rozwiązań urbanistycznych i uporządkowania całego swojego obszaru, co opisywałem już przy okazji opowieści o Barbakanie i miejskich murach.

Wybawieniem dla kościoła śś. Piotra i Pawła było… zburzenie kościoła p.w. Wszystkich Świętych (na Placu o tej nazwie) i przeniesienie z niego parafii w 1824 roku. Odtąd „u Piotra i Pawła” jest parafia Wszystkich Świętych. Aby przygotować świątynię do przejęcia nowych obowiązków, w latach dwudziestych XIX wieku przeprowadzono remont. Od tego czasu prace konserwatorskie prowadzono kilkukrotnie i dzięki temu możecie podziwiać to barokowe dzieło.

1280px-Krakow_2006_066

Co zobaczycie w środku?

1280px-Church_of_Saints_Apostles_Peter_and_Paul_(interior),_52a_Grodzka_street,_Krakow,_Poland

M.in. grobowiec ks. Piotra Skargi, barokowy nagrobek biskupa Andrzeja Trzebnickiego, czy złocone posągi czterech Ewangelistów wewnątrz kopuły. Do tego w czwartki o godz. 10.00, 11.00 i 12.00 odbywają się demonstracje działania najdłuższego w Polsce, 46 metrowego i ważącego 25 kg Wahadła Faucaulta, które dowodzi obrotu Ziemi wokół własnej osi.

800px-Foucault_pendulum_in_Kraków_St._Peter_&_Paul_church

W tym odcinku to by było  na tyle. Jezuici jeszcze pojawią się w mojej opowieści, ale dopiero wraz z kolejną trasą, już po zakończeniu zwiedzania Drogi Królewskiej. Opowiem jeszcze i o baroku, ale na razie przeniesiemy się do innej świątyni, która znajduje się… kilka metrów dalej. Wciąż nie opuszczamy okolic Placu Marii Magdaleny i ulicy Grodzkiej. Kolejna część będzie o romańskim kościele św. Andrzeja.

___________________________

Fot.1. Kościół śś. Piotra i Pawła. Aut. Fabienkhan. Licensed under CC BY 2.0 via Commons

Fot.2. Figury Apostołów przed wejściem do kościoła. „2007KrakówPiotrPaweł” by Soylentgreen23 from Krakow, Poland – Flickr. Licensed under CC BY 2.0 via Commons

Fot.3. Widok kościoła śś. Piotra i Pawła ze Wzgórza Wawelskiego. „Krakow 2006 066” autorstwa Wizzard – Praca własna. Licencja Domena publiczna na podstawie Wikimedia Commons

Fot.4. „Kościół ŚŚ Piotra i Pawła w Krakowie Ołtarz Główny” by Ludwig Schneider – Own work. Licensed under CC BY-SA 3.0 via Commons

Fot.5. Pokaz działania Wahadła Foucaulta. „Foucault pendulum in Kraków St. Peter & Paul church” autorstwa Zorro2212 – Praca własna. Licencja CC BY-SA 3.0 na podstawie Wikimedia Commons

Odc. 19. „Wiśniówka” na torcie. Część 1.

Rozpoczęło się lato, dla większości z Was nastał okres urlopów i odpoczynku. Niezależnie gdzie spędzacie ten czas, często towarzyszy Wam piwko, winko lub destylaty wszelakie. Oczywiście nikogo nie namawiam do spożywania w różnym stężeniu alkoholu etylowego (C₂H₅OH). Zawsze możecie odmówić, ale możecie też stwierdzić: „jestem nieśmiały (nieśmiała) i nie śmiem odmawiać” i skusić się na kufelek, lampkę lub kieliszeczek czegoś dobrego. Prawie jak w żarcie o studentach:

- Cześć, gdzie idziesz?

- Na wódkę.

- Namawiał, namawiał i namówił…

Przestrzegam kierowców przed spożywaniem piwka oraz innych „procentowych smakołyków” i, jeśli zwiedzacie (nie tylko Gród Wandy), to proponuję robić to bez kierowania pojazdem mechanicznym. Powody już przedstawiłem we wstępie. Należy też zachować umiar tak, aby nie trafiła się Wam „rozrywka” na ulicy Rozrywka. W razie jakby co, to jest jeszcze urlop na żądanie, przecież każdemu może się zdarzyć nagła „choroba dnia wczorajszego” lub diagnozowana najczęściej u polityków „choroba filipińska”. Powód nieprzyjścia do pracy musicie wymyślić sami. Książę Leszek Biały, który zobowiązał się do wyjazdu na wyprawę krzyżową do Ziemi Świętej, napisał do papieża Innocentego III prośbę o zwolnienie go z tej roboty, bo na południu piwa nie znają, a on niczego oprócz piwa nie pije. Można? Można.

Schłodzony, poddany fermentacji alkoholowej efekt enzymatycznej hydrolizy skrobi i białek z ziaren zbóż wypity w klimatycznym lokalu, albo na dworze/polu* (* wersja dla Krakusów) na pewno zaszkodzić nie zaszkodzi, a pomóc może. Do tego w każdej napotkanej knajpie „bania” smakowitego, zmrożonego destylatu i pozostaje tylko stwierdzenie: „dziękuję za uwagę, oddaję głos do studia…;-) . Kraków wielu turystom kojarzy się głównie z knajpami i alkoholem. Coś w tym jest, bo w Grodzie Kraka co roku wydaje się 2500 koncesji na sprzedaż napojów o zawartości ponad 4,5% alkoholu. W całej Norwegii na sprzedaż takich produktów w 2013 r. wydano 252 (!) pozwolenia. W obu przypadkach nie wlicza się do tej liczby punktów, w których można kupić tylko piwo, trzeba więc doliczyć także lokale i sklepy typowo „piwne” i wtedy ta liczba jeszcze trochę się zwiększy. U Norwegów jeden sklep z wódą przypada na 18 tysięcy mieszkańców, a w stolicy Małopolski na około 300 (słownie: trzystu). Jak widzicie, szczególnie w Krakowie, jest w czym wybierać i problem z dostępnością nie istnieje. A jak było kiedyś? Jak ten problem rozwiązywano w dawnych wiekach? Przecież alkohol to nie wymysł ostatnich dziesięcioleci, nie zaczęto go sprzedawać wraz z najazdem na Kraków knajpianych turystów z „Warszawki”, czy hord pijanych „Synów Albionu”. No właśnie, jak?

Już w średniowiecznym Krakowie pijano duże ilości piwa, co widzicie na przykładzie naszego księcia Leszka żyjącego na przełomie XII i XIII wieku. Wino pito rzadziej, bo było mniej dostępne, droższe i na miejscu raczej go nie wyrabiano. Gorzałki właściwie nie spożywano, a mocniejsze doznania oferowane były przez wytwórców i sprzedawców miodów pitnych. W czasach późniejszych te proporcje zaczęły się zmieniać na korzyść okowity, a i win pijano coraz więcej, jednak wciąż niekwestionowanym liderem było piwo.

Piwo w tamtych czasach było nie tylko, tak jak obecnie, źródłem przyjemności. Pracownicy mieli zagwarantowane „ustawowo” odpowiednią dzienną ilość piwa lub jego ekwiwalent w postaci tzw. piwnego. Z czego to wynikało? Z jakości wody dostępnej w mieście. Zamiast niezbyt czystej wody, mogącej doprowadzić do wielu chorób, pito w ciągu dnia lekkie, niskoprocentowe piwko, które często bardziej przypominało podpiwek niż dzisiejsze 5-6% lagery. Oczywiście kto miał na to ochotę, mógł się po robocie „sponiewierać” mocniejszymi browarkami. Trzeba było jednak uważać, żeby za pijaństwo nie zostać skazanym np. na karę kuny.

Jeśli porównamy liczbę dostępnych lokali, w których można było kupić piwo, to czternasto, czy piętnastowieczne miasto Wandy i Kraka nie ustępowało niczym obecnemu Krakowowi. Tak jak i teraz można było dostać piwa różnej jakości i różnej ceny, różnica była przede wszystkim taka, że większość piw było wyrabiane na miejscu. Teraz oprócz browarów restauracyjnych, które policzymy na palcach jednej ręki, w Krakowie od lat nie ma żadnego browaru (od niedawna jest jeden, niewielki tuż przy granicach miasta). Zlikwidowany w 2001 roku browar przy ulicy Lubicz (dawny Browar Johna, a później Götza) przez wiele ostatnich lat swego istnienia był tylko rozlewnią piw produkowanych poza Krakowem.

Krakowianie w wiekach średnich mieli naprawdę duży wybór złocistych trunków. Oferowano tanie piwo białe (cerevisia alba), piwo lekkie zwane schayte, nieco droższe piwo langwelle oraz czarne, jęczmienne piwo marcowe. Najpowszechniejsze zaś było piwo pszeniczne (cerevisia triticea).

W XIV-wiecznym grodzie, w którym mieszkało niewiele ponad 10 tysięcy ludzi, działało co najmniej 25 browarów, a tylko na ulicy św. Marka było ich 5. Aby chronić interes browarników i oczywiście interes miasta, w 1358 roku Kazimierz Wielki wydał zarządzenie, w którym zapisano, że na pół mili wokół Krakowa nikt nie ma prawa mieć browaru i wyszynku. Starano się ściśle kontrolować jakość wytwarzanych i sprzedawanych płynów, a za nadużycia surowo karano. Powstało specjalne stanowisko tzw. mensuratores, którzy mierzyli ilość piwa, jakie powstawało z dostarczonych składników. Piwowar za oszustwo tracił na pół roku prawo do wyrabiania trunków, a gdy go złapano powtórnie, mógł być nawet wygnany z miasta.

Pilnowano też szynkarzy, bo notorycznie kombinowali. Najczęściej używali zbyt małych miar, albo do dobrego piwa dolewali piw gorszej jakości. W tym celu zatrudniono kilku tzw. affusores, którzy mieli czuwać nad prawami konsumentów. Gdy zobaczyli, że barman nie trzyma miar, albo robi dolewki, płacił karę pieniężną oraz mógł mieć lokal zamknięty nawet na miesiąc. Nie były to wyjątkowe sytuacje, gdyż już na początku XV wieku, w miejskim budżecie roczne wpływy z kar dwukrotnie przewyższały koszt zatrudnienia i wyposażenia kontrolerów.

Kraków, podobnie jak inne średniowieczne miasta, posiadał wiele lepszych i gorszych lokali, podających różne rodzaje napitków. Były takie, których sława przekraczała bramy ówczesnej stolicy, o których pisano mniej, lub bardziej chwalebne opinie. I to właśnie jest jeszcze jeden powód, poza hobbystycznym spożywaniem, dla którego opisuję Wam rozrywki dawnych mieszczan Grodu Kraka. W piwnicach krakowskiego ratusza, tuż obok kazamat, przez kilka stuleci funkcjonowała knajpa przez jednych wielbiona, przez innych przeklinana, mająca kilka formalnych i nieformalnych nazw, z których moja ulubiona to spelunca latronum. O niej, o jej nazwach, bywalcach, a nawet o dziewkach wszetecznych już niedługo przeczytacie w kolejnej części mojej opowieści. Niech to będzie taka… „Wiśniówka” na torcie ;-)

Odc. 13. O kościele św. Basi co klapsy lubiła ;-)

Po obejrzeniu ołtarza i wnętrza kościoła NMP wychodzicie bocznym wyjściem na Plac Mariacki. Tu też jest ciekawie.

Na środku placu znajdziecie „dar rzemieślników krakowskich” z 1958 r. – fontannę „Studzienka gołębi”. Brązowa figurka na jej szczycie to powiększona postać z ołtarza Wita Stwosza.

Studzienka gołębi panoramio

Plac ten jeszcze pod koniec XVIII wieku był cmentarzem parafialnym. Na murach kościelnych zobaczycie pozostałość po nekropolii – epitafia mieszczańskich rodzin, a na niższej wieży, na wysokości pierwszego piętra wciąż wisi dzwonek „za konających”. Po wyjściu skręćcie w prawo i po kilku metrach dojdziecie do innych podwójnych drzwi prowadzących do bocznej, południowej nawy kościoła. Jeśli się dokładnie przyjrzycie, to przy drzwiach zobaczycie metalowy element wystający ze ściany. To obręcze pokutne, czyli tzw. kuny.

Kuna_KMK_jpg-seo

Kara kuny stosowana była w Krakowie aż do 1779 roku. Gdyby tę karę wprowadzić ponownie za te same przewinienia co w średniowieczu, to nie tylko nie starczyłoby murów kościelnych na kolejne kuny, ale tych miejsc by zabrakło w całym mieście na wszystkich budynkach świeckich i kościelnych, prywatnych i publicznych, mieszkaniowych i wszelkiego typu zakładów pracy. Każdy mur do wysokości 1,5 metra byłby oblepiony kunami. Dlaczego? Bo zakuwano i wystawiano na widok publiczny np. za pijaństwo, albo pracę w dni świąteczne. Trafiano tam też za cudzołóstwo, a dziewczęta zakuwano za utratę niewinności przed ślubem (!). Koszmar, a kara kuny, to nie była rozrywka, chociaż bywali i tacy, którzy sami się zgłaszali do odbycia takiej pokuty. Obecnie za pijaństwo w tym mieście co najwyżej można trafić na ulicę Rozrywka w dzielnicy Prądnik Czerwony, gdzie pod numerem 1 mieści się izba wytrzeźwień. Myślę, że znajdziecie lepsze zastosowanie dla trzech stówek, które trzeba zapłacić za kilkugodzinny pobyt w tym mało rozrywkowym przybytku. Jeśli jednak się uprzecie, to takie ewentualne „rozrywki” zostawcie sobie na wieczór, teraz zwiedzamy.

Na Placu Mariackim, jakby było mało, jest jeszcze jeden kościół. Kilka metrów od wyjścia z bocznej nawy Bazyliki Mariackiej stoi sobie świątynia należąca do Jezuitów p.w. św. Barbary.

Church_of_St._Barbara_in_Kraków
Zacznijmy od patronki. Kim była i dlaczego została tak świetną świętą? Jako młode, pogańskie dziewczę przyjęła chrzest, potem dużo myślała głównie o Bogu, ślubowała dziewictwo, była torturowana („uderzenia biczem wydawały jej się jak muskanie pawimi piórami” – czyli lubiła klapsy ;-) ), a na koniec zginęła z rąk ojca, który, delikatnie rzecz ujmując, nie był zachwycony religijnymi wyborami córki. Było to 4 grudnia 305 roku w obecnym tureckim Izmicie wtedy zwanym Nikomedia. Pewnie w dzisiejszych czasach tatuś machnąłby ręką i stwierdził: „przejdzie jej”, dostałaby „szlaban” na komórkę i internet, ale wtedy takie fochy były karane śmiercią. Według legendy ściął Basi głowę i tuż po tym sam legł od uderzenia pioruna. Tłumaczono to karą boską, a jeśli już, to była zwykła fizyka: metalowy miecz, zapewne w grudniu duża wilgotność powietrza, na niebie burzowe Cumulonimbusy, egzekucja wykonywana pewnie jeszcze na jakimś wzniesieniu i… stało się. Obok Baśki, ofiary, legł jej tatuś, kat rażony prądem o napięciu 100 milionów Woltów i natężeniu 250 000 Amperów powstałych w wyniku wyładowania elektrostatycznego. Proste? I tak bywa!

Bohaterska świetna Barbara jest patronką górników, hutników, marynarzy, rybaków, żołnierzy, kamieniarzy, więźniów… Właściwie łatwiej chyba wymienić czyją i czego patronką nie jest. Mając takie doświadczenia mogłaby być opiekunką wyładowań elektrostatycznych i patronką zakładów energetycznych.

św. Barbara

No dobra, trochę się zapędziłem, więc wracamy na Plac Mariacki i do kościoła św. Barbary. Początkowo (na pewno już w 1338 roku) istniała tylko przycmentarna kaplica, którą na przełomie XIV i XV wieku rozbudowano. Może nawet, co jest bardzo prawdopodobne, kasą na to sypnęła królowa Jadwiga? Jadzia jak to Jadzia, nie po raz pierwszy to tu talarkami sypnęła, to tam grosza dorzuciła. Ach, co by Kraków bez niej zrobił? Jadźka była trochę traktowana jak teraz fundusze unijne, jak potrzebna była na coś kasa, to wszyscy szli do Jadźki jak w dym. No i wtedy budynek z kaplicy przeobraził się w kościół, a do tego kościół, w którym były kazania po polsku, a nie, o czym wiecie, jak w sąsiedniej Bazylice Mariackiej po niemiecku. Taka sytuacja trwała aż do XVI wieku, kiedy w grudniu 1536 roku Zygmunt I Stary nakazał przeniesienie polskich kazań do większego sąsiada, a niemieckie do naszego przycmentarnego „bohatera”. Oczywiście skończyło się to awanturą, odwołaniami i wielką dyskusją, ale skończyło się po myśli liczniejszej grupy polskojęzycznych wiernych.

Na kolejną dużą zmianę świątynia czekała ponad czterdzieści lat, kiedy to do Grodu Kraka przybyli Jezuici, ale o tym wydarzeniu napiszę późnej przy opowieści dotyczącej kościoła p.w. św.św. Piotra i Pawła. Musicie uzbroić się w cierpliwość, ale warto.
Przez następne prawie dwieście lat braciszkowie lekko powiększyli świątynię podnosząc dach i dobudowując od strony Małego Rynku absydę. Tam też wykupili trzy kamienice, aby zbudować sobie na ich miejscu całkiem wygodne mieszkanko.

Przez wiele lat stał spokojnie „barbórkowy” kościółek aż nadszedł rok 1773, w którym ówczesny watykański „papa” Klemens XIV rozwiązał zakon Jezuitów. Wcale niemały jezuicki mająteczek w Polsce przejęła Komisja Edukacji Narodowej i po pewnym czasie w budynkach klasztornych pojawił się pierwszy w Polsce szpital kliniczny. Nie było tam jednak wystarczająco dużo miejsca dla takiej instytucji, więc szpital przeniesiono. W 1796 r. Austriacy kościół wraz z klasztorem przekazali Bożogrobowcom, czyli Zakonowi Kanoników Regularnych Stróżów Świętego Grobu Jerozolimskiego, którzy zorganizowali w klasztorze placówki szkolne. Przez pewien czas stacjonowało też tam wojsko, a od 1842 roku funkcjonowała Bursa Akademicka Św. Barbary. Wskrzeszeni przez Piusa VII Jezuici, w 1874 roku odzyskali kościół, a w 1908 także budynki klasztorne. I są tam do dzisiaj.

Przed wejściem do kościoła zobaczycie tzw. Ogrojec (Ogrójec), czyli powstałą pod koniec XV wieku kaplicę przycmentarną. Wsparta na zdobionych filarach ze sklepieniem krzyżowo-żebrowym, skrywa scenę przedstawiającą modlącego się Chrystusa oraz śpiących apostołów. Figury zostały wykonane przez, jak to ładnie ujmują historycy sztuki, krąg Wita Stwosza, czyli najprawdopodobniej przez któregoś z jego współpracowników lub naśladowców.

Ogrójec

220px-Krakow_Ogrojec
Jeśli Was to zainteresuje, to kościół św. Barbary jest gotycki, orientowany (ołtarz główny na wschodzie), jednonawowy, bez wyodrębnionego w bryle prezbiterium. Sklepienie nawy jest kolebkowe z lunetami na gurtach, a wyposażenie barokowe. :-)

Fot. 1. Studzienka gołębi – aut. BeeM – panoramio.com

Fot. 2. Kuna – mapa.targeo.pl

Fot. 3. „Church of St. Barbara in Kraków” autorstwa Cancre – Praca własna. Licencja GFDL na podstawie Wikimedia Commons

Fot. 4. Ikona przedstawiająca Św. Barbarę – Wikipedia

Fot. 5. Ogrójec – źródło Wikipedia aut. Cancre

Fot. 6. Fragment sceny w Ogrójcu przedstawiający Anioła, Chrystusa i św. Piotra- źródło Wikipedia aut. Jan Jeništa

 

Odc. 11. O Rynku i Mariackim kościele słów kilka.

Jesteście wreszcie na Rynku Głównym, przez przybyszów z „województwa londyńskiego” zwanym Main Market.

Na „Mejnmarkecie” spotkacie mieszkańców niemal każdego miasta świata oprócz… Krakowa. Cóż tu jest takiego ciekawego? Plac jest duży, kwadratowy o bokach mierzących 200 m. Do tego jest na nim oraz wokół niego kilka ciekawych budynków. Pośrodku znajdziecie Sukiennice, wieżę dawnego ratusza i romański kościółek świętego Wojciecha, ale o nich później. Rynek został wyznaczony w 1257 roku, gdy Kraków był lokowany na prawie magdeburskim. Co to oznaczało? Od tego czasu Kraków stał się oficjalnie miastem, jego obszar podzielono na kwartały, wytyczono ulice w układzie szachownicowym oraz wspomniany rynek, pojawiło się też stanowisko wójta i miejskich rajców. Upodobnił się do Magdeburga i innych miast niemieckich: Ordnung muss sein! No właśnie, niewiele wcześniej legendarna Wanda nie chciała Niemca, przez Niemca rzuciła się w nurt Wisły, a tu w jej mieście panoszą się Germanie. Jak na złość Wandzie, wraz z nowym, niemieckim prawem przybyli też jego niemieccy twórcy i wbrew pozorom nie przyjechali do obecnej stolicy Małopolski na wycieczkę. Oni przyjechali po to by tu zamieszkać. Oczywiście nie oni pierwsi i nie ostatni. Od średniowiecza do II wojny światowej z wizytą do Krakowa wpadały przecież jeszcze zorganizowane grupy Tatarów, Szwedów, Rosjan, czy Austriaków i to bynajmniej nie w celach turystycznych. Niemcy w średniowieczu nie przyjechali w zorganizowanej grupie, ale osiedliło się ich tu całkiem sporo i wcale nie okazało się to złe dla rozwoju Krakowa.

Teraz skupimy się nad jedną z najsłynniejszych budowli Grodu Kraka, a stojącą tuż przy Rynku, ale nie na Rynku, bo stoi na Placu Mariackim przyległym do Rynku Głównego. Ze względu na to, że jest tak słynna, poświęcimy jej trochę więcej miejsca i czasu. Dodatkowo wiążą się z nią dwie słynne krakowskie legendy, o których trzeba wspomnieć.

Wychodząc z ulicy Floriańskiej, po lewej stronie, czy jak kto woli po lewej ręce, zobaczycie Bazylikę Mariacką. To drugi po Katedrze na Wawelu, najważniejszy kościół Krakowa. Zważywszy na to, że wydaje się, iż w tym mieście jest więcej świątyń niż szkół, to oznacza, że jest naprawdę zajebiście ważny. Do tego jest stary, bo istniał już na pewno na początku XIII wieku. Wskazują na to nie tylko badania archeologiczne, odkryte fragmenty kamiennej świątyni w stylu romańskim, zapisy u Jana Długosza, ale też coś innego. Żeby to zauważyć musicie porównać położenie kościoła Mariackiego i widocznego w oddali kościoła św. Wojciecha z frontami kamienic po tej stronie Rynku. Zobaczcie, że obie świątynie są asymetryczne w stosunku do osi placu, czyli są ustawione pod innym kątem niż reszta budynków. Stąd wniosek: albo budowali po pijaku, albo wybudowali je zanim wyznaczono obszar głównego placu miejskiego. Zgodzicie się ze mną, że co prawda Polak nie wielbłąd, wypić musi, to jednak bardziej prawdopodobna jest druga opcja. Tak też sądzą archeolodzy i historycy.

Kosciol_mariacki_krakow

No dobra, obejrzyjmy go sobie z zewnątrz. Duży, gotycki, z elementami renesansu i baroku, z dwiema wieżami, jednak w przeciwieństwie do większości tego typu budowli, wieże różnią się od siebie. Pamiętacie z czasów szkolnych legendę o dwóch braciach je budujących? Każdy budował swoją. Żeby łatwiej było ich rozróżnić, nadajmy im tymczasowe imiona, np. Albin i Zenon. Nie da się ukryć, że ze sobą konkurowali. Budujący lewą wieżę Albin tak się przejął swoją rolą, że nożem zabił Zenona. Dzięki temu jego wieża była wyższa, piękniejsza, bo brat nieboszczyk swojej nie dokończył. Albin wygrał! Targany jednak wyrzutami sumienia przyznał się do winy i dokonał żywota tym samym nożem popełniając na szczycie swej wieży… harakiri.
Dlaczego doszło do przestępstwa z art. 148 k.k.? Dlaczego Albin zabił i dlaczego się przyznał? Może najpierw zabił, a potem podpisał „klauzulę sumienia” i zaczął się swym czynem martwić? Tego nie wiadomo. Historia jak z Hollywood, albo bliżej krajowego podwórka – „HollyŁódź”, coś jak Kain i Abel, tylko z dramatycznym, filmowym zakończeniem. Gdyby w średniowieczu były tabloidy, to mielibyśmy historię na pierwsze strony, a i telewizja miałaby pożywkę. Ich rolę jednakże spełniali ówcześni kapłani, straszący wszystkich mękami piekielnymi (robią to także dzisiaj, ale wywołują raczej uśmiech niż strach).

Wróćmy jednak do rzeczywistości. Bazylika Mariacka to mieszanka stylów, zarówno w środku, jak i na zewnątrz. Dolne części obu wież pochodzą z przełomu XIII i XIV wieku. Ta narośl między nimi z drzwiami wejściowymi zwana kruchtą, jest o ponad 450 lat młodsza. To późny barok z połowy XVIII wieku. Drzwi z kolei pochodzą z 1929 roku, więc przy wieku najstarszych elementów świątyni można stwierdzić, że są tak nowe, iż mogą być jeszcze na gwarancji. Nad „naroślą” (kruchtą) zobaczycie potężne ostrołukowe okno, w którym skrzą się w krakowskim słońcu witraże autorstwa Józefa Mehoffera i Stasia Witkiewicza. Zapamiętajcie te nazwiska, bo o nich jeszcze wspomnę.

A teraz wieże. Lewa, wyższa, osiemdziesięciojednometrowa jest najwyższą wieżą Krakowa. Od średniowiecza należała do miasta i pełniła rolę strażnicy, stąd też zwana jest Hejnalicą. Tak naprawdę to dlatego jest wyższa od drugiej wieży, bo wypatrywano z niej ognia oraz zbliżających się nieprzyjaciół. W razie zagrożenia, czuwający tam strażnik alarmował mieszkańców. Poza tym, grany hejnał dawał sygnał do porannego otwarcia i wieczornego zamknięcia bram miejskich. To był taki system wczesnego ostrzegania i zarządzania ruchem w jednym.
Jak jest system, to zawsze znajdzie się ktoś, kto chce ten system złamać. Teraz to są hakerzy, a w średniowieczu takimi „hakerami” byli Tatarzy. Podczas jednej z niezapowiedzianych wizyt doprowadzili do najsłynniejszego w historii Krakowa „wyłączenia” systemu. Na szczęście zanim go „wyłączyli” system zdążył zadziałać. Pamiątką po tym wydarzeniu jest przerywany hejnał. I to jest właśnie druga legenda związana z tą świątynią. Zbliżający się do Krakowa Tatarzy przestrzelili gardło biednemu hejnaliście, który mimo ostrzału grał melodię ostrzegającą Krakusów przed okrutnym najeźdźcą. Złożył swe życie na ołtarzu ojczyzny. Tak to jest, biednemu zawsze wiatr w oczy, na barykadach ginie głównie biedota. Jak podają źródła, zapewne dzielny hejnalista do krezusów nie należał, bo w 1392 roku z kasy miejskiej trębacz pobierał pół grosza tygodniowo, a strażnik groszy osiem. Fakt, ceny były inne, ale kawioru bohaterski obrońca miasta raczej nie jadał. Pewnie jeszcze za ten wyczyn hejnalisty nagrodę dostał… jego dowódca, miejski rajca, albo biskup. Taki je lajf! ;-)
Jak spojrzycie w górę, to na szczycie Hejnalicy zobaczycie złotą koronę, to element, który jako ostatni pojawił się na wieży. Pojawił się tam w roku „tysiąc szatańskim”, czyli 1666 (tysiąc \m/).

A co z drugą wieżą? Ta od początku należała do kościoła, w niej na pierwszym piętrze znajduje się, niestety niedostępna turystom, kaplica Kaufmanów. W tej wieży wiszą kościelne dzwony. Jest ich tam kilka, najstarszy pochodzi z XIII/XIV w., w późniejszych czasach pojawiały się następne: Misjonał, Tenebrat, Półzygmunt oraz dzwon zegarowy. Tenebrat ogłaszał igrzyska dla gawiedzi, czyli egzekucje skazańców. Teraz wystarczy włączyć telewizor lub komputer, aby zobaczyć morze krwi, podrzynane gardła i ucinane głowy, a w średniowieczu trzeba było czekać na sygnał z Tenebrata. Ciężki był los średniowiecznego człowieka, nie było internetu, nie było www.zwiedzajkrakow.pl. Dobrej rozrywki zawsze mało! Cdn. ;)

Fot.1: „Kosciol mariacki krakow” by Pgkos – Own work. Licensed under GFDL via Wikimedia Commons – http://commons.wikimedia.org/wiki/File:Kosciol_mariacki_krakow.jpg#/media/File:Kosciol_mariacki_krakow.jpg

Odc. 10. Od „Portae Gloriae” do „Etiopów”

Na temat krakowskich murów, baszt i bram wiecie już sporo. Reszty dowiecie się, gdy zrobimy sobie trasę po Plantach, ale nie wszystko na raz. Co prawda nasi wschodni sąsiedzi mawiają „mniej wiesz, krócej będziesz przesłuchiwany”, ale w tym przypadku dążymy do tego, aby wiedzieć jak najwięcej.

Przechodząc przez Bramę Floriańską możecie poczuć się jak królowie, księżniczki i książęta zmierzający na królewski dwór, możnowładcy udający się na przyjęcie do sal balowych ratusza, a także zwycięzcy wodzowie witani przez tłumy wiwatujących mieszkańców. Każdy uroczysty moment celebrowany był przejazdem orszaku „Drogą Królewską” (Via Regia) prowadzącą od kościoła św. Floriana na Kleparzu przez Bramę i ulicę Floriańską, Rynek Główny, a następnie Grodzką (nie Anną ;-) ) i Kanoniczą na Wawel.

Wchodzicie przez tzw. Bramę Chwały (Porta Gloriae) i wreszcie, po raz pierwszy w czasie naszej wspólnej wyprawy, jesteście na terenie średniowiecznego Krakowa. Przed Wami ulica Floriańska, której kamienice były świadkami wszystkich najważniejszych wydarzeń Krakowa i Polski od XIII wieku. Widziały wzloty i upadki, a i same padały, o czym jeszcze wspomnę.

Na początek trochę o ulicach. Teraz to reprezentacyjne deptaki z tłumami turystów, a kiedyś? Wiele dróg Krakowa i jego okolic było utwardzonych już w XIII wieku. Jak to robiono? Jako, że we okolicy jest sporo wzgórz wapiennych, to właśnie ten materiał był używany do tego celu. Drugim sposobem było tzw. burkowanie, czyli układanie burek – drewnianych kłód. Oczywiście z ich stanem bywało różnie. Wiosną w 1570 roku urzędnicy krakowscy postanowili sprawdzić stan dróg w mieście i okolicach. No cóż, kolorowo nie było, bo w przygotowanym raporcie zachwytów trudno szukać. Na Sławkowskiej – czytamy – „droga zła, bo nie wiem, jako od wiela czasów nie burkowano”. W tym czasie zwrócono uwagę także na inny problem. Ulicami płynęły nieczystości, które następnie spływały do rzeki Rudawy. Smród musiał być okropny skoro sam Król Jegomość wysłał list w tej sprawie do swych urzędników. Ci mieli obmyślić lepszy sposób odprowadzania ścieków. Król Zygmunt Stary w 1533 roku pisał: „Widzimy, że miasto Kraków jest wspaniałe i pierwsze wśród wszystkich miast Wielkiej i Małej Polski, a tymczasem jest w wielu swych częściach i prawie wszystkich ulicach tak niedbale i podle zarządzane i pielęgnowane, że nie tylko my, lecz zaprawdę również przybysze czują się w najwyższym stopniu urażeni z powodu zebranych na tychże ulicach nieczystości, które po większej części wylewają za okno”. Takoż i teraz w stuleciu XXI nie tylko „my, lecz zaprawdę również przybysze czują”, że w Krakowie smog się unosi, smród tęgi przez palenie w piecach nie tylko kopalinami, a i te często jakości lichej, jest powszechne. Jednakowoż umiłowanie pospólstwa dla wozów samojezdnych, z po wielokroć przekręcanym liczydłem, sprowadzanych od ludów germańskich jest nam znane i zaiste niezwykłe ;-) .

Dobra, koniec znęcania się nad drogami, smrodem i pospólstwem w „blachosmrodach”, czas na domostwa. Tu także różnie bywało i różnie bywa. W średniowiecznym Krakowie dbano o zabudowę głównych ulic, stały więc na nich domy murowane, jedno i dwupiętrowe. Okazałe ceglane kamienice były przy Floriańskiej, czy Grodzkiej, ale już boczne uliczki z chaotyczną, często drewnianą zabudową, z różnego typu przybudówkami, w których gnieździła się miejska biedota, trudno było nazwać ładnymi. Czego oczy nie widzą…
Floriańska była zadbana, bo była wizytówką. Każdy właściciel, pod karą konfiskaty, musiał dbać o wygląd swych domostw. W XVI wieku, gotyckie domy zaczęto przerabiać na nowy, modny styl renesansowy. Niewielkie budynki łączono, dzięki czemu powstawały okazałe rezydencje, na fasadach zaczęły pojawiać się portale z kolumnami, gzymsy, dachy przysłaniano widocznymi do dzisiaj rzeźbionymi attykami. Nastał „Złoty wiek”, to i powstały rozwiązania „złotowieczne”, jednak „złote wieki” mają to do siebie, że się kiedyś kończą. Zresztą także w czasie „Złotego Wieku” do ideału sporo brakowało, o czym przecież pisał król Zygmunt Stary. Kolejny wiek już tak szczęśliwy nie był, wojny XVII stulecia mocno nadwyrężyły miasto. I po tym wszystkim przyszedł XVIII wiek, przyszedł czas, gdy Gród Kraka „podupadłbył nielicho”. W pierwszej połowie stulecia krakowskie kamienice padały jak domki z kart. Coraz więcej było pustostanów. Na Floriańskiej zawaliły się kamienice pod numerami 8 i 28. Widząc co się dzieje, w 1732 roku Rada Miejska ogłosiła: „Raczcie WM wiedzieć, iż urząd radziecki krakowski, zabiegając takiemu oszpeceniu miasta stołecznego Krakowa, jakie się dzieje przez upadanie coraz kamienic tak w Rynku, jako i po ulicach, przestrzega wszystkich dziedziców, posesorów i jakikolwiek interes albo prawo do tychże kamienic spadłych, pustek i placów mających, aby się do reparacji onychże poczuwali, bez omieszkania oneż reparowali, murowali i budowali się, czego jeżeli nie uczynią, dziedzictwa i wszelkiego prawa odsądzeni będą i wszystkie kamienice spadłe pod konfiskatę na skarb JKM Pana Naszego Miłościwego”. Jak widzicie, nie było lekko.

Kolejne stulecie też nie do końca było dla ulicy Floriańskiej, ale i całego Krakowa, szczęśliwe. 18 lipca 1850 wybuchł pożar, który zniszczył znaczną część miasta. Z dymem poszło 160 domów i pałaców, a także 4 kościoły i 2 klasztory. Wiele tysięcy ludzi zostało bez dachu nad głową. Była to klęska, z której skutkami walczono jeszcze kilkanaście lat. Floriańska przestała być reprezentacyjną promenadą, a swój blask zaczęła odzyskiwać dopiero na przełomie XIX i XX wieku. W 1870 ceny parceli budowlanych na tej ulicy kształtowały się, zależnie od lokalizacji od 10-15 koron/m², a w 1900 roku od 120-160 koron/m². Musicie przyznać, nawet nie znając wartości ówczesnych pieniędzy, że to różnica znaczna i zdecydowanie warto było zainwestować w nieruchomości w latach siedemdziesiątych. Floriańska odżyła.

W 1882 roku, uruchomiono pierwszą linię tramwaju konnego, którą w 1901 zamieniono na tramwaj elektryczny. Omijając Barbakan, „Straßenbahn” wjeżdżał przez Bramę Floriańską i jechał w kierunku Rynku. Widząc tę bramę pewnie zastanawiacie się jak się tam mógł zmieścić tramwaj wraz z odbierakiem prądu i przewodami trakcyjnymi. Aby ją uratować, o kilkadziesiąt centymetrów obniżono poziom ulicy, a same wozy tramwajowe były dużo węższe niż na normalnych liniach. Tramwaje wąskotorowe przez Bramę Floriańską oraz Rynek Główny jeździły aż do 1953 roku kiedy ostatecznie je zlikwidowano. Co ciekawe, po Krakowie jednocześnie jeździły zarówno tramwaje wąskotorowe (o nietypowym rozstawie szyn 900 mm) oraz normalnotorowe, czyli takie jak obecnie, „śmigające” po torach o szerokości 1435 mm. Linie z szerszymi torami wprowadzono z kilku powodów, mogły po nich jeździć szersze, więc wygodniejsze tramwaje oraz, co ważne, takie wozy mogły przemieszczać się szybciej. Umówmy się, mimo wszystko szału prędkości na tych liniach nie było. Kilka lat temu Kraków stwierdził, że i tym razem przyspieszy tramwaje, lecz nie poprzez szersze tory, a budowę tunelu tzw. Krakowskiego Szybkiego Tramwaju. Wyszło… średnio, krakowianie zaczęli sobie żartować:
Dlaczego Krakowski Szybki Tramwaj jest szybki?
Bo ma z przodu szybki i z tyłu szybki.
W nowo wybudowanym tunelu, tramwaje się wloką, bo mają ograniczoną prędkość do 40 km/h. To i tak nieźle, gdyż jeszcze do niedawna musiały w tunelu zwalniać do 30. Zostawmy jednak krakowskie tramwaje, bo to temat rzeka.

Tramwaj na Floriańskiej

Torów już nie ma, jest szeroki deptak z turystami przechadzającymi się nieśpiesznie. Wy kierujecie się w stronę Rynku Głównego i jego atrakcji. Zerknijcie na zdobienia niektórych kamienic. Skąd się one wzięły? Numerację domów wprowadzono w Krakowie dopiero pod koniec XIX wieku. Do tej pory domy i kamienice nazywano od nazwiska właściciela lub szczegółu architektonicznego (najczęściej figurka lub płaskorzeźba wisząca nad wejściem, albo zdobiąca fasadę). Nie wszystkie zdobienia się zachowały, ale zachowały się nazwy. I tak, pojawiają nam się np.: „Dom Jana Matejki” (nr 41), kamienice „Pod Białym Orłem” (nr 42), „Podedzwony” (widocznymi do dzisiaj trzema dzwonami nad wejściem pod nr 24), „Pod koniem”, „Pod świętą Teklą” (nr 25), „Pod wiewiórką” (nr 15), „Pod Aniołkiem” (nr 11), „Pod Matką Boską” (nr 7), „Pod Okiem Opatrzności” (z okiem patrzącym na Was z attyki – nr 6), czy kamienica, którą ujrzycie po dotarciu na Rynek Główny, „Pod Etiopy” („Pod Murzynami”, na rogu Floriańskiej i Placu Mariackiego). Kamienic jest ponad pięćdziesiąt i każda ma ciekawą historię, większość swoje specyficzne nazwy. Zamiast oglądać każdą po kolei, skupcie się na klimacie tej ulicy i powoli zmierzajcie do krakowskiego Rynku. Tam zaczniemy następną część naszej wycieczki. Do zobaczenia!

Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Odc. 9. O murach, basztach i trochę o Plantach cz.3

Wciąż jesteśmy przy Barbakanie i Bramie Floriańskiej, które w wieku XVIII straciły swą wartość obronną. Coraz doskonalsze działa, inna taktyka zdobywania i obrony miast, a także coraz gorszy stan baszt, bram i murów Krakowa doprowadziły do żądań wyburzenia „reliktów przeszłości”. Gospodarczo i politycznie Gród Kraka sięgnął dna, a później zaczęto w tym dnie kopać. W osiemnastowiecznym Krakowie, wciąż ściśniętym wewnątrz rozsypujących się średniowiecznych murów, otoczonym bagienkiem, w które zmieniła się niepotrzebna do obrony fosa, mieście zniszczonym i zubożałym, którego mieszkańcy mogli jedynie wspominać czasy dawnej świetności nie było ani chęci, ani pieniędzy na ratowanie zabytkowych obwarowań. Nie było, tak jak teraz często nie ma świadomości, że trzeba zachować dorobek poprzednich pokoleń. Tak wtedy, jak i teraz „ciemny lud” żąda zburzenia niemodnych, zniszczonych budowli. Wtedy to były baszty, teraz to np. modernistyczny hotel Cracovia. Wróćmy jednak do Barbakanu i murów.

Pierwsze próby uporządkowania podupadłego miasta pojawiły się w 1775 roku, gdy powołano Komisję Dobrego Porządku. Komisja, tak jak i w innych miastach Królestwa Polskiego, miała za zadanie unowocześnienie gospodarki i finansów miejskich, przebudowę i rozbudowę ich obszarów. Po upadku Insurekcji Kościuszkowskiej (1794), do „Grodu Wandy co Niemca nie chciała” wkraczają najpierw Prusacy, a po III rozbiorze Polski (1795), Kraków znalazł się w granicach Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego, czyli późniejszego Cesarstwa Austrii. Pojawili się najeźdźcy, a jak najeźdźcy to chwila przerwy na znany i lubiany mały żarcik:
Kochanie, może dziś na jeźdźca?
Jaki najeźdźca?
Germański k… oprawca!!!
Na Wawelu rozpanoszyli się najeźdźcy, germańscy oprawcy. Legendarna córka Kraka byłaby niepocieszona!

Włażąc w „cztery litery” nowej władzy, w „Gazecie Krakowskiej” z 5 stycznia 1796 roku, pisano: „Spełnione na koniec marzenie. Miasto Kraków, panowaniu Najjaśniejszego Cesarza Jegomości Rzymskiego przeznaczone, dnia dzisiejszego, po ustąpieniu wojsk pruskich, z największym ukontentowaniem zobaczyło pośród murów swoich wojsko upragnionego monarchy”. Upragniony jak upragniony, zaledwie kilkanaście lat później, gdy nastały czasy Księstwa Warszawskiego (1807-1815, Kraków w jego skład wszedł w 1809), później Rzeczypospolitej Krakowskiej (1815-1846), już taki upragniony nie był. Po upadku powstania krakowskiego, w 1846 roku, krakowianie (w tym lokalni dziennikarze) znowu musieli pokochać cesarza z Wiednia, ale to opowieść na kiedy indziej.

Cofnijmy się do przełomu XVIII i XIX wieku. Nowa, austriacka władza kontynuowała prace Komisji Dobrego Porządku. W 1800 roku Kancelaria Nadworna Galicyjska wydała dekret o przyłączeniu miasta Kazimierz do Krakowa. Ludność byłej stolicy wzrosła do 25 -26 tysięcy, czyli Kraków miał mniej więcej tylu mieszkańców ilu dzisiaj mają np.: Pszczyna, Skawina, czy Wągrowiec.

Wciąż rozważane były możliwości usunięcia murów i uporządkowania zdewastowanego terenu w ich okolicach. W 1802 roku powstał projekt całkowitego wyburzenia baszt, murów oraz bram i dzięki temu pozyskania taniego materiału budowlanego. Rajcy miejscy kłócili się, wahali, nie do końca wiedzieli od czego zacząć i skąd wziąć na to kasę. W 1804 z Wiednia nadeszły monity, a rządzący Krakowem nadal zastanawiali się czy mury zburzyć, czy może tylko wystarczy je obniżyć? Burzyć wszystkie, czy tylko część? Wyraźnie poirytowani brakiem działań w tym zakresie urzędnicy cesarscy poprosili o pomoc swego władcę. W 1806 roku z łaski Bożej cesarz rzymski, król Niemiec, król Węgier i Czech, Galicji i Lodomerii, arcyksiążę Austrii, wielki książę Toskanii, wielki książę Siedmiogrodu, książę Mediolanu, Luksemburga, Cieszyna etc. Franciszek II stracił cierpliwość (stracił także tytuł cesarza rzymskiego w sierpniu 1806 roku :-) ) i do krakowskiego Rządu Gubernialnego nadesłał dekret nakazujący wyburzenie obwarowań miejskich. Uzasadniono to potrzebą poprawy warunków sanitarnych i względami zdrowotnymi. Trochę było w tym racji, bo teren dzisiejszych Plant stał się śmierdzącym wysypiskiem gruzu, ścieków i śmieci. Nie od razu Kraków zbudowano, tak i nie od razu mury zburzono. Kaiser musiał jeszcze wiele lat czekać na spełnienie swego życzenia. Pojedyncze wyłomy w murach trudno było uznać za dobrze zorganizowaną akcję. Gdy w 1809 roku miasto włączono do Księstwa Warszawskiego, Magistrat stwierdził, że nie ma na to pieniędzy i ma ważniejsze sprawy na głowie. Co prawda w latach 1813-1815 usunięto odcinek od bramy Sławkowskiej do Szewskiej (czyli między ulicami o takich samych nazwach), ale sporo fortyfikacji jeszcze zostało.

Po upadku Księstwa Warszawskiego nastał czas Rzeczypospolitej Krakowskiej. Nastał też czas rzezi dawnych umocnień Grodu Kraka. Senat Wolnego Miasta Krakowa podjął decyzję o uporządkowaniu terenów wokół średniowiecznych granic miasta. Gdyby w tamtych czasach żył i tworzył Jacek Kaczmarski, to tekst „a mury runą, runą, runą i pogrzebią stary świat” mógłby być nieoficjalnym hymnem ówczesnych władz byłej stolicy. W drugim i trzecim dziesięcioleciu XIX wieku pod uderzeniami młotów padały kolejne fragmenty murów, bramy, baszty, a nawet kościoły.

Na szczęście znaleźli się ludzie, którzy starali się powstrzymać to szaleństwo i choć trochę zostawić przyszłym pokoleniom. Jednym z nich był architekt, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, Feliks Radwański. Jako senator, w grudniu 1816 i styczniu 1817 roku, przed zniszczeniem zaczął bronić Barbakanu, Bramy Floriańskiej i fragmentu murów z basztami Pasamoników, Ciesielską i Stolarską.

radwa_f

Obrona ta jednak nie była łatwa. Jak widać na przykładach polskich miast, łatwiej, taniej i szybciej jest zburzyć niż wyremontować. Żeby wyremontować, to trzeba pomyśleć, trzeba się napracować, znaleźć środki, nowe zastosowanie wyremontowanych budynków, liczyć się z wytycznymi konserwatora, koszt wielki, a tak? Przyjdzie deweloper, teren wyrówna, postawi centrum handlowe albo blok, któremu nada idiotyczną nazwę, np. „Wawel Park”, „Nadwiślańskie tarasy”, „Niebiański zakątek”, ewentualnie coś z końcówką „Tower”, czy „Villa” i sprawa załatwiona. Jest „światowo”!

Ponownie się zapędziłem, więc wracamy do XIX wieku i senatora Radwańskiego. Jak przekonał miejskie władze do pozostawienia części fortyfikacji? Bramę Floriańską i Barbakan przyrównał do piramid i rzymskiego Colosseum, mówił, że mury te są symbolem potęgi Rzeczypospolitej oraz straszył senatorów północnym wiatrem. „Wiatry północny, północno-wschodni i północno-zachodni – twierdził – a z tych, pierwszy i ostatni niosą nam zwyczajnie śniegi zadymne, takowe miotałyby je gwałtownie ze samego Kleparza wsrzód Rynku i gdyby te panowały, ciężkoby się komu przyszło na nogach utrzymać tembardziej, że plac targowy kleparski potężny poziomem i po wielkiej części otoczony domami od ulicy Warszawskiej niczem nie zasłoniony przesyłałby wichry prostą ulicą wsrzód miasta. Przez wzgląd na zdrowie, pieszczeniem wychowane kobiety i dzieci byłyby wystawione na częste fluxye, reumatyzmy, a może i paraliże”. Jak widzicie zdrowie, to dobry argument zarówno za zburzeniem murów, jak i ich zostawieniem. Feliks Radwański wygrał. Wygrał rozsądek, wygrał Kraków, my wszyscy wygraliśmy. Dzięki Feliks!

Niestety nie był to ostatni bój o pozostawienie ww. fortyfikacji. Kolejne odbywały się w 1822, 1824 i w 1826 roku. Stosunek do zachowania lub zburzenia „rondla” i północnych murów tak rozpalił część społeczeństwa Krakowa, jak dzisiaj rozpalają zbliżające się lokalne piłkarskie derby. Generał Chłopicki, uczestnik Insurekcji Kościuszkowskiej, wojen napoleońskich i powstania listopadowego, podobno zerwał znajomość z senatorem, który był zwolennikiem zrównania z ziemią zabytkowych umocnień (!).

Do pierwszych prac konserwatorskich doszło dopiero w 1834, gdy zaczęto remontować Bramę Floriańską i był to początek końca problemów ocalałego zaledwie „ogryzka” dawnych murów miejskich. W kolejnych latach zasypano fosę, wyburzono „szyje” łączące Barbakan i bramę. Opracowano koncepcję ich zagospodarowania i od tamtego czasu kilkukrotnie już remontowano. Baszty, mury, brama i Barbakan cieszą dziś oczy turystów przemierzających Drogę Królewską. Idziemy w kierunku Rynku!

Rys.: Feliks Radwański – źródło encyklopedia.interia.pl

Odc. 8. O murach, basztach i trochę o Plantach cz.2

Wiecie już co nieco na temat murów obronnych Krakowa, więc przyszedł czas na najważniejszy i najpóźniejszy ich element. Spójrzcie teraz na Barbakan zwany też Rondlem, a przez historyków opisywanym jako „dzieło kluczowe”. Cóż, jak kto chce, niech tak go nazywa. To arcydzieło sztuki militarnej i najmocniejsza część krakowskich fortyfikacji. W skrócie: jest zajebisty! Skąd tam się wziął i po co?

1280px-Krakau_-_Barbakan

Został wybudowany w latach 1498-1499. Na jego budowę 100 grzywien (czyli niemało) przeznaczył król Jan Olbracht, który też położył kamień węgielny. Barbakan miał za zadanie osłaniać najbardziej narażone na atak północne mury Krakowa. Otoczony z każdej strony głęboką fosą był właściwie nie do zdobycia. Teraz to budowla wolnostojąca, ale w czasach gdy służył obronie miasta, był połączony z Bramą Floriańską poprzez „szyję” i „wycieczkę” („wycieczka” to także „szyja” ;-) ). O co chodzi? Już wyjaśniam. Od początku swego istnienia, Brama Floriańska miała dodatek w postaci wysuniętego korytarza zwanego właśnie „wycieczka” lub „szyja”. Na rysunku poniżej widzicie tę właśnie część między bramą a zwodzonym mostem. To rekonstrukcja wyglądu Bramy Floriańskiej z I połowy XIV wieku, czyli tuż po jej wybudowaniu, a przed XV-wieczną przebudową:

Barbakan rek. Bogdanowski2

Z tą właśnie czternastowieczną „wycieczką” lub „szyją” Bramy Floriańskiej, Barbakan był połączony swoją „szyją”, czyli także obudowanym korytarzem nad fosą. Dzięki temu, w czasie obrony miasta, można było swobodnie się przemieszczać między Barbakanem, a innymi częściami krakowskich fortyfikacji. Aby dostać się do Krakowa, trzeba było przejść przez most zwodzony nad fosą do Barbakanu, a następnie przez obie „szyje” lub jak wolicie „szyję” Barbakanu oraz „wycieczkę” Bramy Floriańskiej i samą bramę. Jak widzicie, wejście do Krakowa nie było wiele prostsze niż obecnie dostanie się przez odprawy, bramki, rękawy i inne korytarze do samolotu na lotnisku. Względy bezpieczeństwa.

Barbakan Schoenborn

A teraz trochę o wymiarach naszego ceglanego bohatera. Średnica wewnątrz murów wynosi 24,40 m, a jeśli doliczymy do tego mury i machikuły (o nich za chwilę), to się zbierze metrów trzydzieści. Na parterze mur ma grubość około 3 metrów. Na pierwszej kondygnacji jest to 1,75, a tam gdzie jest kryty chodnik pod wieżyczkami już „tylko” 45 cm. Na tej ostatniej kondygnacji, po zewnętrznej stronie muru biegną tzw. machikuły. To nic innego jak wystający ganek biegnący wokół murów, który miał w podłodze otwory, przez które w przypadku przedostania się nieprzyjaciela bezpośrednio pod mur nie wychylając się można było do niego strzelać, ale też wylewać na niego wrzątek lub gorącą smołę. Barbakan powstał w momencie, gdy coraz częściej do obrony stosowano broń palną. Dlatego też w murach jest 130 otworów strzelniczych, dzięki którym cały obszar aż do kościoła „świetnego” Floriana można było pokryć ogniem z kusz, hakownic, arkebuzów czy bombard, czyli wszystkim tym, co ówcześnie wypluwało z siebie jakiekolwiek pociski.

Pierwszą okazję do sprawdzenia możliwości obronnych Barbakan otrzymał dopiero 88 lat po wybudowaniu, czyli w 1587 roku. Wtedy to udał się do Krakowa arcyksiążę Maksymilian III Habsburg, który stwierdził, że zostanie królem Polski. Nie był sam, bo zabrał ze sobą około 8 tysięcy żołnierzy, którzy oblegali miasto od 14 października do 25 listopada 1587 roku. Obroną Grodu Kraka kierował Jan Zamoyski i zrobił to znakomicie, bo habsburski pretendent do władzy na Wawelu uciekł w kierunku Śląska. Dwa miesiące później, w styczniu 1588 roku, arcyksiążę otrzymuje pod Byczyną ostateczny łomot od ścigającego go dzielnego obrońcy Krakowa i tym samym rezygnuje z pretensji do krakowskiego tronu. W 1587 roku Maksymilian chciał zostać polskim królem, a jak mu się nie udało, to w 1590 został wielkim mistrzem zakonu krzyżackiego. Chyba jednak dobrze, że nie został naszym władcą.

Zamiast Maksymiliana III, w grudniu 1587 roku triumfalnie wjechał do Krakowa i w katedrze wawelskiej został koronowany Zygmunt III (ten od kolumny). Dziewięć lat później król Zygmunt Waza stwierdził, że niekoniecznie chce mieszkać na Wawelu i swoją siedzibę przeniósł na mazowieckie piachy, do Warszawy. Co ważne, Kraków aż do 1795 roku, czyli do III rozbioru Polski formalnie był stolicą Polski, od czasów Zygmunta III Wazy funkcje stołeczne tylko dzieląc z Warszawą. Ta ostatnia była miastem rezydencjalnym króla od 1596 do 1795.

Kolejną próbę zdobycia Barbakanu podjęli rodacy Zygmunta III Wazy, czyli Szwedzi. Zrobili to podczas potopu szwedzkiego w 1655 roku (zapamiętajcie tę datę, bo będzie się pojawiała jeszcze wielokrotnie). Kraków broniony przez zaledwie trzytysięczną załogę pod wodzą Stefana Czarnieckiego musiał stawić czoła szwedzkiej potędze z wielokrotnie większą liczbą żołnierzy i ogromną liczbą dział. Oblężenie miasta trwało przez 24 dni (od 25 września do 18 października). I tym razem Barbakan wytrzymał, ale pozbawiony nadziei na odsiecz Czarniecki musiał skapitulować. Dwa lata później z kolei, w 1657 roku, przed, tym razem sprzymierzonymi z Polakami, wojskami Habsburgów kapituluje nieliczna już wtedy załoga szwedzka.

Ostatni raz Barbakan był używany do obrony miasta w czasie konfederacji barskiej (1768-1772). W czerwcu 1768 roku oparł się wojskom rosyjskim, chociaż nie na długo, bo w sierpniu atakując bramy Sławkowską, Nową (ul. Sienna) i Mikołajską Rosjanie wdarli się do miasta. Niemal przez cztery lata, z krótkimi przerwami, Krakowem rządzili oficerowie carscy. Jeszcze wiele lat po wydarzeniach konfederacji barskiej opowiadano w Krakowie legendy o Marcinie Oracewiczu, bohaterskim obrońcy murów w rejonie Barbakanu i Bramy Floriańskiej, który celnym strzałem zabił dowodzącego atakiem na miasto generała Panina. Jedna z wersji mówiła nawet o tym, że ten właśnie cechmistrz cechu pasamoników, gdy skończyły mu się kule, zabił русского генерала guzem od żupana. Jedno jest pewne, na pewno nie zabił generała, na pewno też nie o nazwisku Panin, bo atakiem dowodził pułkownik o nazwisku Bock, który podczas szturmu został… ranny, więc jak widzicie, może być w tej legendzie ziarno prawdy. Zabił, czy ranił, Panina, czy też Bocka, dzielny Marcin Oracewicz doczekał się na murach Barbakanu tablicy oraz niewielkiego pomnika w parku Strzeleckim.

I na tym skończyła się militarna rola krakowskiego Rondla broniącego miasta od strony Kleparza, chociaż jeszcze nie raz musiał się oprzeć nieprzyjaciołom, ale o tym następnym razem.

Fot. Taxiarchos228 (wiki)

Grafika 1: aut. Janusz Bogdanowski. Rys. zamieszczony w: M. Borowiejska-Birkenmajerowa, Barbakan krakowski, Kraków 1979, s. 35.

Grafika 2: aut. Bronisław Schönborn, Rys. zamieszczony w: M. Borowiejska-Birkenmajerowa, Barbakan krakowski, Kraków 1979, s. 17.

Odc. 7. O murach, basztach i trochę o Plantach cz.1

Opuszczamy Kleparz i przenosimy się do Krakowa, właściwie tuż pod mury średniowiecznego Krakowa. Po przejściu na drugą stronę ulicy Basztowej staniecie pod okrągłą budowlą, której nie muszę Wam przedstawiać. To Barbakan zwany też rondelą (rondlem) stanowiący część fortyfikacji, które broniły dostępu do byłej stolicy. O nim jednak będzie w drugiej części tej opowieści, bo w skład krakowskiego systemu obronnego wszedł najpóźniej i był jego uzupełnieniem. Zaczniemy od tego co znajduje się za nim, a tuż za nim stoi Brama Floriańska z fragmentem murów i trzema basztami: Pasamoników (szmuklerzy, wytwórców pasmanterii), Cieśli i Stolarzy. Patrząc od strony Barbakanu i Plant, Baszta Pasamoników to półokrągła baszta po lewej stronie Bramy Floriańskiej u wylotu ulicy Szpitalnej, po prawej zaś stronie bramy pierwsza to Baszta Stolarzy, a następnie za budynkiem Arsenału, Baszta Cieśli.

Początkowe niewysokie umocnienia z kamieni wokół Krakowa od połowy XIII wieku uzupełniano lub zastępowano ceglanymi. Te pierwsze nie okazały się zbyt przydatne, gdy w 1241 roku do Krakowa wpadli na chwilę Tatarzy. Nie wnikając w szczegóły (napiszę o tym przy innej okazji), po ich wizycie miasto trzeba było wybudować od nowa. Od nowa też trzeba było je zaludniać. Oprócz murów, w drugiej połowie XIII wieku i pierwszej XIV, zaczęły powstawać także bramy i baszty. Do Krakowa można było dostać się przez bramy: Grodzką (1298 r.), Floriańską (1307 r.), Wiślną (1310 r.), Sławkowską (1311 r.), Mikołajską (1312 r.), Szewską (1313 r.) oraz Nową (I połowa XIV w.). Do tego dochodziła Brama Rzeźnicza (z 1289 roku), która została zastąpiona wybudowaną tuż obok, niemal identyczną jak Brama Floriańska, Bramą Mikołajską (1312 r.). Ponadto istniała jeszcze tzw. Brama Poboczna, która właściwie była tylko furtą, dzięki której można było opuścić miasto od strony dzisiejszej ulicy Kanoniczej. Do naszych czasów zachowały się dwie bramy: Floriańska

0354_20100523_Krakow_Florian_Gate

i najstarsza, Rzeźnicza, która zamurowana stała się częścią murów obronnych (przy ul. Westerplatte, między Sienną i Mikołajską).

Pozostałości_Bramy_Rzeźniczej_w_Krakowie_(Gródek)

Bramami, basztami i odcinkami murów opiekowały się krakowskie cechy. Im bogatszy i większy cech, tym w razie potrzeby bronił większej liczby baszt, a rzeźnicy, szewcy, złotnicy, kuśnierze, krawcy, białoskórnicy (garbarze, którzy przy pomocy roztworu ałunu wyprawiali cienkie, delikatne skóry np. na rękawiczki), piekarze, kotlarze i ślusarze pod opieką mieli bramy. Na przykład Bramą Floriańską opiekowali się kuśnierze. Oprócz wspomnianych baszt Pasamoników, Cieśli i Stolarzy, w wieku XVI istniały jeszcze: dwie baszty karczmarzy (Karczmarzy I i II), dwie szewskie, trzy prochowe pełniące rolę arsenałów (Baszta Prochowa III zwana też była Kupiecką lub Rzeźników) oraz inne baszty, które podlegały cechom: kowali, grzebieniarzy, przekupniów, sadelników i słoniniarzy, barchanników (tych od barchanowych gaci), czapników, paśników (nie chodzi tu o posłów i senatorów przy korycie, paśniku, lecz wytwórców pasów), kurdybaników (tzw. czarni garbarze wyrabiający skóry barwione np. na buty, do obicia mebli), kaletników, nożowników, miechowników, łaziebników (pracujących w łaźniach miejskich), cyrulików, pierścienników, piekarzy, siodlarzy, rymarzy, iglarzy, solarzy, malarzy, murarzy i kamieniarzy, bednarzy, blacharzy, rusznikarzy, czerwonych garbarzy (garbarzy, którzy wyprawiali skórę przy pomocy kory dębowej, która pozostawiała skórze czerwony odcień), krupników (sprzedawców kasz) i śledziarzy, mieczników i mydlarzy, garncarzy, introligatorów i stelmachów (kołodziejów), ceklarzy (pachołkowie miejscy do prostych zadań porządkowych dzisiaj zwani dumnie Strażą Miejską) oraz katów.

Przy okazji mamy załatwiony temat cechów miejskich średniowiecznego i nowożytnego Krakowa. Gdy za jakiś czas wybierzemy się na wycieczkę wokół Plant, zlokalizujemy miejsca, w których stały bramy i baszty (a nie jest to trudne ;-) ).

Gdyby w dzisiejszym Krakowie wprowadzić taki obowiązek jak w XV i XVI wieku, to najwięcej baszt mieliby karczmarze i hotelarze, a bramami opiekowaliby się handlowcy z super i hipermarketów. I co by było? Brama Biedronki? Baszta Tesco? A może Brama Barmanów? Baszta Przedstawicieli Handlowych? Wolę jednak tradycyjne nazwy.

Jak widzicie baszt i bram w Krakowie było sporo i przedstawiciele wszystkich ówczesnych zawodów mieli wyznaczone swoje miejsce. Najwięcej możliwości pokazania swej odwagi mieli obrońcy właśnie bramy i baszty przed Wami. Dlaczego? Bo najłatwiej było Kraków atakować od północy, gdyż z innych stron był otoczony przez bagna, Wisłę lub silnie bronione wzgórze wawelskie. Nie wiem na jakich zasadach przyznano opiekę nad najbardziej narażoną na ataki Bramą Floriańską kuśnierzom, ale np. złotnicy opiekowali się Bramą Grodzką od strony starego koryta Wisły i nadwiślańskich bagien? Przypadek? ;) Aż do Potopu Szwedzkiego w 1655 roku, kiedy ich brama została dosyć mocno ostrzelana, złotnicy mieli święty spokój.

Bramy były zamykane na noc i kto nie zdążył wjechać przed zmrokiem, musiał nocować poza murami. Domofonów nie było, a otwarcie takiej kutej, dębowej bramy to była duża operacja i nikt spóźnialskich nie miał zamiaru wpuszczać, ani wypuszczać. W przypadku gdy ktoś nie wszedł na czas do Krakowa, zbawieniem okazywał się np. Kleparz, który jak wiecie nie był otoczony murami. Miał za to zajazdy i gospody, w których można było przy kufelku lub szklanicy czegoś mocniejszego przeczekać do otwarcia bram.

Do tego dochodziły mosty zwodzone nad fosą, która od XIV wieku była kolejnym zabezpieczeniem przed niepowołanymi gośćmi. Zlecenie na jej wybudowanie dostał i z zadania się wywiązał „molendinator” królewski Gerlach. Fosę wypełniały wody rzeki Rudawy. Gdy pod koniec XV wieku przed Bramą Floriańską wybudowano Barbakan, fosę poszerzono do 6-8 metrów przy murach, a w okolicy Barbakanu aż do około 24 metrów. Jako, że miała 3,5 metra głębokości, to widzicie, że do Grodu Kraka nie było łatwo się dostać.

A kto bronił miasta? Oprócz opłacanych przez radę miejską oddziałów, na murach stawić się musiał każdy mieszkaniec zdolny do noszenia broni. Miasto zaś miało obowiązek dostarczać broń i żywność obrońcom. Miało też utrzymywać w dobrym stanie mury oraz fortyfikacje, a z tym było różnie, szczególnie w latach pokoju i braku zagrożeń. Na królewskie ponaglenia w tej sprawie rajcy wymyślali najróżniejsze powody, aby nie wydawać na to pieniędzy. Próbowali też na władcach wymusić jakieś przywileje, dzięki którym wzrastały wpływy do miejskiej kasy i wtedy łaskawie godzili się na wysupłanie pewnych kwot na naprawę murów. Także fosa, gdy krakowianie nie odczuwali niebezpieczeństwa, szybko stawała się płytkim, zamulonym bagienkiem zasypanym odpadkami, czy gruzem. Cdn. :-)

Fot.1. Brama Floriańska – Jakub Hałun (wikipedia)

Fot. 2 Brama Rzeźnicza – Grzegorz B. (wikipedia)