Archiwa tagu: Rynek Główny

Odc. 11. O Rynku i Mariackim kościele słów kilka.

Jesteście wreszcie na Rynku Głównym, przez przybyszów z „województwa londyńskiego” zwanym Main Market.

Na „Mejnmarkecie” spotkacie mieszkańców niemal każdego miasta świata oprócz… Krakowa. Cóż tu jest takiego ciekawego? Plac jest duży, kwadratowy o bokach mierzących 200 m. Do tego jest na nim oraz wokół niego kilka ciekawych budynków. Pośrodku znajdziecie Sukiennice, wieżę dawnego ratusza i romański kościółek świętego Wojciecha, ale o nich później. Rynek został wyznaczony w 1257 roku, gdy Kraków był lokowany na prawie magdeburskim. Co to oznaczało? Od tego czasu Kraków stał się oficjalnie miastem, jego obszar podzielono na kwartały, wytyczono ulice w układzie szachownicowym oraz wspomniany rynek, pojawiło się też stanowisko wójta i miejskich rajców. Upodobnił się do Magdeburga i innych miast niemieckich: Ordnung muss sein! No właśnie, niewiele wcześniej legendarna Wanda nie chciała Niemca, przez Niemca rzuciła się w nurt Wisły, a tu w jej mieście panoszą się Germanie. Jak na złość Wandzie, wraz z nowym, niemieckim prawem przybyli też jego niemieccy twórcy i wbrew pozorom nie przyjechali do obecnej stolicy Małopolski na wycieczkę. Oni przyjechali po to by tu zamieszkać. Oczywiście nie oni pierwsi i nie ostatni. Od średniowiecza do II wojny światowej z wizytą do Krakowa wpadały przecież jeszcze zorganizowane grupy Tatarów, Szwedów, Rosjan, czy Austriaków i to bynajmniej nie w celach turystycznych. Niemcy w średniowieczu nie przyjechali w zorganizowanej grupie, ale osiedliło się ich tu całkiem sporo i wcale nie okazało się to złe dla rozwoju Krakowa.

Teraz skupimy się nad jedną z najsłynniejszych budowli Grodu Kraka, a stojącą tuż przy Rynku, ale nie na Rynku, bo stoi na Placu Mariackim przyległym do Rynku Głównego. Ze względu na to, że jest tak słynna, poświęcimy jej trochę więcej miejsca i czasu. Dodatkowo wiążą się z nią dwie słynne krakowskie legendy, o których trzeba wspomnieć.

Wychodząc z ulicy Floriańskiej, po lewej stronie, czy jak kto woli po lewej ręce, zobaczycie Bazylikę Mariacką. To drugi po Katedrze na Wawelu, najważniejszy kościół Krakowa. Zważywszy na to, że wydaje się, iż w tym mieście jest więcej świątyń niż szkół, to oznacza, że jest naprawdę zajebiście ważny. Do tego jest stary, bo istniał już na pewno na początku XIII wieku. Wskazują na to nie tylko badania archeologiczne, odkryte fragmenty kamiennej świątyni w stylu romańskim, zapisy u Jana Długosza, ale też coś innego. Żeby to zauważyć musicie porównać położenie kościoła Mariackiego i widocznego w oddali kościoła św. Wojciecha z frontami kamienic po tej stronie Rynku. Zobaczcie, że obie świątynie są asymetryczne w stosunku do osi placu, czyli są ustawione pod innym kątem niż reszta budynków. Stąd wniosek: albo budowali po pijaku, albo wybudowali je zanim wyznaczono obszar głównego placu miejskiego. Zgodzicie się ze mną, że co prawda Polak nie wielbłąd, wypić musi, to jednak bardziej prawdopodobna jest druga opcja. Tak też sądzą archeolodzy i historycy.

Kosciol_mariacki_krakow

No dobra, obejrzyjmy go sobie z zewnątrz. Duży, gotycki, z elementami renesansu i baroku, z dwiema wieżami, jednak w przeciwieństwie do większości tego typu budowli, wieże różnią się od siebie. Pamiętacie z czasów szkolnych legendę o dwóch braciach je budujących? Każdy budował swoją. Żeby łatwiej było ich rozróżnić, nadajmy im tymczasowe imiona, np. Albin i Zenon. Nie da się ukryć, że ze sobą konkurowali. Budujący lewą wieżę Albin tak się przejął swoją rolą, że nożem zabił Zenona. Dzięki temu jego wieża była wyższa, piękniejsza, bo brat nieboszczyk swojej nie dokończył. Albin wygrał! Targany jednak wyrzutami sumienia przyznał się do winy i dokonał żywota tym samym nożem popełniając na szczycie swej wieży… harakiri.
Dlaczego doszło do przestępstwa z art. 148 k.k.? Dlaczego Albin zabił i dlaczego się przyznał? Może najpierw zabił, a potem podpisał „klauzulę sumienia” i zaczął się swym czynem martwić? Tego nie wiadomo. Historia jak z Hollywood, albo bliżej krajowego podwórka – „HollyŁódź”, coś jak Kain i Abel, tylko z dramatycznym, filmowym zakończeniem. Gdyby w średniowieczu były tabloidy, to mielibyśmy historię na pierwsze strony, a i telewizja miałaby pożywkę. Ich rolę jednakże spełniali ówcześni kapłani, straszący wszystkich mękami piekielnymi (robią to także dzisiaj, ale wywołują raczej uśmiech niż strach).

Wróćmy jednak do rzeczywistości. Bazylika Mariacka to mieszanka stylów, zarówno w środku, jak i na zewnątrz. Dolne części obu wież pochodzą z przełomu XIII i XIV wieku. Ta narośl między nimi z drzwiami wejściowymi zwana kruchtą, jest o ponad 450 lat młodsza. To późny barok z połowy XVIII wieku. Drzwi z kolei pochodzą z 1929 roku, więc przy wieku najstarszych elementów świątyni można stwierdzić, że są tak nowe, iż mogą być jeszcze na gwarancji. Nad „naroślą” (kruchtą) zobaczycie potężne ostrołukowe okno, w którym skrzą się w krakowskim słońcu witraże autorstwa Józefa Mehoffera i Stasia Witkiewicza. Zapamiętajcie te nazwiska, bo o nich jeszcze wspomnę.

A teraz wieże. Lewa, wyższa, osiemdziesięciojednometrowa jest najwyższą wieżą Krakowa. Od średniowiecza należała do miasta i pełniła rolę strażnicy, stąd też zwana jest Hejnalicą. Tak naprawdę to dlatego jest wyższa od drugiej wieży, bo wypatrywano z niej ognia oraz zbliżających się nieprzyjaciół. W razie zagrożenia, czuwający tam strażnik alarmował mieszkańców. Poza tym, grany hejnał dawał sygnał do porannego otwarcia i wieczornego zamknięcia bram miejskich. To był taki system wczesnego ostrzegania i zarządzania ruchem w jednym.
Jak jest system, to zawsze znajdzie się ktoś, kto chce ten system złamać. Teraz to są hakerzy, a w średniowieczu takimi „hakerami” byli Tatarzy. Podczas jednej z niezapowiedzianych wizyt doprowadzili do najsłynniejszego w historii Krakowa „wyłączenia” systemu. Na szczęście zanim go „wyłączyli” system zdążył zadziałać. Pamiątką po tym wydarzeniu jest przerywany hejnał. I to jest właśnie druga legenda związana z tą świątynią. Zbliżający się do Krakowa Tatarzy przestrzelili gardło biednemu hejnaliście, który mimo ostrzału grał melodię ostrzegającą Krakusów przed okrutnym najeźdźcą. Złożył swe życie na ołtarzu ojczyzny. Tak to jest, biednemu zawsze wiatr w oczy, na barykadach ginie głównie biedota. Jak podają źródła, zapewne dzielny hejnalista do krezusów nie należał, bo w 1392 roku z kasy miejskiej trębacz pobierał pół grosza tygodniowo, a strażnik groszy osiem. Fakt, ceny były inne, ale kawioru bohaterski obrońca miasta raczej nie jadał. Pewnie jeszcze za ten wyczyn hejnalisty nagrodę dostał… jego dowódca, miejski rajca, albo biskup. Taki je lajf! ;-)
Jak spojrzycie w górę, to na szczycie Hejnalicy zobaczycie złotą koronę, to element, który jako ostatni pojawił się na wieży. Pojawił się tam w roku „tysiąc szatańskim”, czyli 1666 (tysiąc \m/).

A co z drugą wieżą? Ta od początku należała do kościoła, w niej na pierwszym piętrze znajduje się, niestety niedostępna turystom, kaplica Kaufmanów. W tej wieży wiszą kościelne dzwony. Jest ich tam kilka, najstarszy pochodzi z XIII/XIV w., w późniejszych czasach pojawiały się następne: Misjonał, Tenebrat, Półzygmunt oraz dzwon zegarowy. Tenebrat ogłaszał igrzyska dla gawiedzi, czyli egzekucje skazańców. Teraz wystarczy włączyć telewizor lub komputer, aby zobaczyć morze krwi, podrzynane gardła i ucinane głowy, a w średniowieczu trzeba było czekać na sygnał z Tenebrata. Ciężki był los średniowiecznego człowieka, nie było internetu, nie było www.zwiedzajkrakow.pl. Dobrej rozrywki zawsze mało! Cdn. ;)

Fot.1: „Kosciol mariacki krakow” by Pgkos – Own work. Licensed under GFDL via Wikimedia Commons – http://commons.wikimedia.org/wiki/File:Kosciol_mariacki_krakow.jpg#/media/File:Kosciol_mariacki_krakow.jpg

Odc. 10. Od „Portae Gloriae” do „Etiopów”

Na temat krakowskich murów, baszt i bram wiecie już sporo. Reszty dowiecie się, gdy zrobimy sobie trasę po Plantach, ale nie wszystko na raz. Co prawda nasi wschodni sąsiedzi mawiają „mniej wiesz, krócej będziesz przesłuchiwany”, ale w tym przypadku dążymy do tego, aby wiedzieć jak najwięcej.

Przechodząc przez Bramę Floriańską możecie poczuć się jak królowie, księżniczki i książęta zmierzający na królewski dwór, możnowładcy udający się na przyjęcie do sal balowych ratusza, a także zwycięzcy wodzowie witani przez tłumy wiwatujących mieszkańców. Każdy uroczysty moment celebrowany był przejazdem orszaku „Drogą Królewską” (Via Regia) prowadzącą od kościoła św. Floriana na Kleparzu przez Bramę i ulicę Floriańską, Rynek Główny, a następnie Grodzką (nie Anną ;-) ) i Kanoniczą na Wawel.

Wchodzicie przez tzw. Bramę Chwały (Porta Gloriae) i wreszcie, po raz pierwszy w czasie naszej wspólnej wyprawy, jesteście na terenie średniowiecznego Krakowa. Przed Wami ulica Floriańska, której kamienice były świadkami wszystkich najważniejszych wydarzeń Krakowa i Polski od XIII wieku. Widziały wzloty i upadki, a i same padały, o czym jeszcze wspomnę.

Na początek trochę o ulicach. Teraz to reprezentacyjne deptaki z tłumami turystów, a kiedyś? Wiele dróg Krakowa i jego okolic było utwardzonych już w XIII wieku. Jak to robiono? Jako, że we okolicy jest sporo wzgórz wapiennych, to właśnie ten materiał był używany do tego celu. Drugim sposobem było tzw. burkowanie, czyli układanie burek – drewnianych kłód. Oczywiście z ich stanem bywało różnie. Wiosną w 1570 roku urzędnicy krakowscy postanowili sprawdzić stan dróg w mieście i okolicach. No cóż, kolorowo nie było, bo w przygotowanym raporcie zachwytów trudno szukać. Na Sławkowskiej – czytamy – „droga zła, bo nie wiem, jako od wiela czasów nie burkowano”. W tym czasie zwrócono uwagę także na inny problem. Ulicami płynęły nieczystości, które następnie spływały do rzeki Rudawy. Smród musiał być okropny skoro sam Król Jegomość wysłał list w tej sprawie do swych urzędników. Ci mieli obmyślić lepszy sposób odprowadzania ścieków. Król Zygmunt Stary w 1533 roku pisał: „Widzimy, że miasto Kraków jest wspaniałe i pierwsze wśród wszystkich miast Wielkiej i Małej Polski, a tymczasem jest w wielu swych częściach i prawie wszystkich ulicach tak niedbale i podle zarządzane i pielęgnowane, że nie tylko my, lecz zaprawdę również przybysze czują się w najwyższym stopniu urażeni z powodu zebranych na tychże ulicach nieczystości, które po większej części wylewają za okno”. Takoż i teraz w stuleciu XXI nie tylko „my, lecz zaprawdę również przybysze czują”, że w Krakowie smog się unosi, smród tęgi przez palenie w piecach nie tylko kopalinami, a i te często jakości lichej, jest powszechne. Jednakowoż umiłowanie pospólstwa dla wozów samojezdnych, z po wielokroć przekręcanym liczydłem, sprowadzanych od ludów germańskich jest nam znane i zaiste niezwykłe ;-) .

Dobra, koniec znęcania się nad drogami, smrodem i pospólstwem w „blachosmrodach”, czas na domostwa. Tu także różnie bywało i różnie bywa. W średniowiecznym Krakowie dbano o zabudowę głównych ulic, stały więc na nich domy murowane, jedno i dwupiętrowe. Okazałe ceglane kamienice były przy Floriańskiej, czy Grodzkiej, ale już boczne uliczki z chaotyczną, często drewnianą zabudową, z różnego typu przybudówkami, w których gnieździła się miejska biedota, trudno było nazwać ładnymi. Czego oczy nie widzą…
Floriańska była zadbana, bo była wizytówką. Każdy właściciel, pod karą konfiskaty, musiał dbać o wygląd swych domostw. W XVI wieku, gotyckie domy zaczęto przerabiać na nowy, modny styl renesansowy. Niewielkie budynki łączono, dzięki czemu powstawały okazałe rezydencje, na fasadach zaczęły pojawiać się portale z kolumnami, gzymsy, dachy przysłaniano widocznymi do dzisiaj rzeźbionymi attykami. Nastał „Złoty wiek”, to i powstały rozwiązania „złotowieczne”, jednak „złote wieki” mają to do siebie, że się kiedyś kończą. Zresztą także w czasie „Złotego Wieku” do ideału sporo brakowało, o czym przecież pisał król Zygmunt Stary. Kolejny wiek już tak szczęśliwy nie był, wojny XVII stulecia mocno nadwyrężyły miasto. I po tym wszystkim przyszedł XVIII wiek, przyszedł czas, gdy Gród Kraka „podupadłbył nielicho”. W pierwszej połowie stulecia krakowskie kamienice padały jak domki z kart. Coraz więcej było pustostanów. Na Floriańskiej zawaliły się kamienice pod numerami 8 i 28. Widząc co się dzieje, w 1732 roku Rada Miejska ogłosiła: „Raczcie WM wiedzieć, iż urząd radziecki krakowski, zabiegając takiemu oszpeceniu miasta stołecznego Krakowa, jakie się dzieje przez upadanie coraz kamienic tak w Rynku, jako i po ulicach, przestrzega wszystkich dziedziców, posesorów i jakikolwiek interes albo prawo do tychże kamienic spadłych, pustek i placów mających, aby się do reparacji onychże poczuwali, bez omieszkania oneż reparowali, murowali i budowali się, czego jeżeli nie uczynią, dziedzictwa i wszelkiego prawa odsądzeni będą i wszystkie kamienice spadłe pod konfiskatę na skarb JKM Pana Naszego Miłościwego”. Jak widzicie, nie było lekko.

Kolejne stulecie też nie do końca było dla ulicy Floriańskiej, ale i całego Krakowa, szczęśliwe. 18 lipca 1850 wybuchł pożar, który zniszczył znaczną część miasta. Z dymem poszło 160 domów i pałaców, a także 4 kościoły i 2 klasztory. Wiele tysięcy ludzi zostało bez dachu nad głową. Była to klęska, z której skutkami walczono jeszcze kilkanaście lat. Floriańska przestała być reprezentacyjną promenadą, a swój blask zaczęła odzyskiwać dopiero na przełomie XIX i XX wieku. W 1870 ceny parceli budowlanych na tej ulicy kształtowały się, zależnie od lokalizacji od 10-15 koron/m², a w 1900 roku od 120-160 koron/m². Musicie przyznać, nawet nie znając wartości ówczesnych pieniędzy, że to różnica znaczna i zdecydowanie warto było zainwestować w nieruchomości w latach siedemdziesiątych. Floriańska odżyła.

W 1882 roku, uruchomiono pierwszą linię tramwaju konnego, którą w 1901 zamieniono na tramwaj elektryczny. Omijając Barbakan, „Straßenbahn” wjeżdżał przez Bramę Floriańską i jechał w kierunku Rynku. Widząc tę bramę pewnie zastanawiacie się jak się tam mógł zmieścić tramwaj wraz z odbierakiem prądu i przewodami trakcyjnymi. Aby ją uratować, o kilkadziesiąt centymetrów obniżono poziom ulicy, a same wozy tramwajowe były dużo węższe niż na normalnych liniach. Tramwaje wąskotorowe przez Bramę Floriańską oraz Rynek Główny jeździły aż do 1953 roku kiedy ostatecznie je zlikwidowano. Co ciekawe, po Krakowie jednocześnie jeździły zarówno tramwaje wąskotorowe (o nietypowym rozstawie szyn 900 mm) oraz normalnotorowe, czyli takie jak obecnie, „śmigające” po torach o szerokości 1435 mm. Linie z szerszymi torami wprowadzono z kilku powodów, mogły po nich jeździć szersze, więc wygodniejsze tramwaje oraz, co ważne, takie wozy mogły przemieszczać się szybciej. Umówmy się, mimo wszystko szału prędkości na tych liniach nie było. Kilka lat temu Kraków stwierdził, że i tym razem przyspieszy tramwaje, lecz nie poprzez szersze tory, a budowę tunelu tzw. Krakowskiego Szybkiego Tramwaju. Wyszło… średnio, krakowianie zaczęli sobie żartować:
Dlaczego Krakowski Szybki Tramwaj jest szybki?
Bo ma z przodu szybki i z tyłu szybki.
W nowo wybudowanym tunelu, tramwaje się wloką, bo mają ograniczoną prędkość do 40 km/h. To i tak nieźle, gdyż jeszcze do niedawna musiały w tunelu zwalniać do 30. Zostawmy jednak krakowskie tramwaje, bo to temat rzeka.

Tramwaj na Floriańskiej

Torów już nie ma, jest szeroki deptak z turystami przechadzającymi się nieśpiesznie. Wy kierujecie się w stronę Rynku Głównego i jego atrakcji. Zerknijcie na zdobienia niektórych kamienic. Skąd się one wzięły? Numerację domów wprowadzono w Krakowie dopiero pod koniec XIX wieku. Do tej pory domy i kamienice nazywano od nazwiska właściciela lub szczegółu architektonicznego (najczęściej figurka lub płaskorzeźba wisząca nad wejściem, albo zdobiąca fasadę). Nie wszystkie zdobienia się zachowały, ale zachowały się nazwy. I tak, pojawiają nam się np.: „Dom Jana Matejki” (nr 41), kamienice „Pod Białym Orłem” (nr 42), „Podedzwony” (widocznymi do dzisiaj trzema dzwonami nad wejściem pod nr 24), „Pod koniem”, „Pod świętą Teklą” (nr 25), „Pod wiewiórką” (nr 15), „Pod Aniołkiem” (nr 11), „Pod Matką Boską” (nr 7), „Pod Okiem Opatrzności” (z okiem patrzącym na Was z attyki – nr 6), czy kamienica, którą ujrzycie po dotarciu na Rynek Główny, „Pod Etiopy” („Pod Murzynami”, na rogu Floriańskiej i Placu Mariackiego). Kamienic jest ponad pięćdziesiąt i każda ma ciekawą historię, większość swoje specyficzne nazwy. Zamiast oglądać każdą po kolei, skupcie się na klimacie tej ulicy i powoli zmierzajcie do krakowskiego Rynku. Tam zaczniemy następną część naszej wycieczki. Do zobaczenia!

Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe