Archiwa tagu: Planty

Odc. 17. O Ratuszu i dekapitacji Andrzeja W.

Poprzednią opowieść zakończyliśmy na wiszącym w Sukiennicach nożu. Próbowaliśmy też dociec jaki był cel jego wywieszenia oraz jaka legenda w związku z tym powstanie za sto lub dwieście lat. Dzisiaj po części będziemy kontynuowali dywagacje na temat wszelkiego typu ostrzy, ścinanych głów, okaleczeń itp., ale o tym za chwilę.

Przenieście się do kwartału garncarskiego, gdzie samotnie stoi wysoka wieża.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

To siedemdziesięciometrowa pozostałość po Ratuszu oraz kilku innych „przyklejonych” do niej budowli. Ratusz został wybudowany na przełomie XIII i XIV wieku. Był to początkowo niewielki, zapewne drewniany budynek, który po pożarze w 1306 r. został przebudowany na jednopiętrowy, gotycki budynek z kamienia i czerwonej cegły. W średniowieczu przylegały do niego inne budynki. Od strony północnej, czyli obecnego wejścia do wieży były to: Smatruz (to rodzaj hali targowej przeznaczonej do drobnego handlu), Dom Ławników i Dom Notariusza oraz miejskie więzienie znajdujące się mniej więcej w miejscu „Głowy”, czyli rzeźby Mitoraja „Eros bendato”. Po pożarze w 1555 roku, w którym spłonęła spora część zabudowy istniejącej na Rynku, postanowiono przebudować nie tylko Sukiennice, ale także okolicę Ratusza. Budynki przy Ratuszu, oprócz więzienia (bo te przebudowano), zrównano z ziemią, Smatruz przeniesiono na pierwsze piętro Sukiennic, notariusz i ławnicy otrzymali pomieszczenia w nowym budynku postawionym na ich miejscu. Wtedy właśnie, w latach 1561-1563 wybudowano ogromny renesansowy Spichlerz Miejski, w którym oprócz magazynów mieściło się wiele pomieszczeń miejskiej administracji. Sam spichlerz w 1632 roku spłonął, ale już cztery lata później pojawił się nowy budynek, który przetrwał do zburzenia w XIX wieku. Jak połączenie tych budowli wyglądało możecie zobaczyć na makiecie stojącej tuż przy wejściu do wieży, która jest obecnie oddziałem Muzeum Historycznego Miasta Krakowa.

MakietaRatuszaKrakowskiego-POL,_Kraków

Jak widzicie, Spichlerz zdominował niewysoki Ratusz, który mimo dobudowania jednego piętra jeszcze w XIV wieku, a także rozbudowy w wieku XVIII wyglądał jak garaż przy dużym domu.

Ten kompleks budynków stanowił centrum zarządzania miastem, z siedzibą władz, skarbcem, sądem, aresztem i… knajpą. I właśnie tym wszystkim funkcjom się przyjrzymy, o każdej znajdziecie tu trochę informacji. Wrócimy do mrocznych czasów średniowiecza…

Sąd miejski swą siedzibę miał w Ratuszu, w którym też znajdowało się więzienie, a właściwie areszt, bo wówczas kary więzienia prawie w ogóle nie stosowano. Uważano, że utrzymywanie więźnia przez długi czas na koszt miasta nie ma sensu. Stosowano różne rodzaje kar, a wiele z nich wiązało się z publicznym wykonaniem i krakowianie chętnie przyglądali się egzekwowaniu wyroków. W średniowieczu krwawych rozrywek tak jak i dzisiaj nie brakowało, ale do tego wszystkie były naprawdę „Live”, a nie tylko na ekranie telewizora lub komputera. Z mieszczańskich, ogólnodostępnych rozrywek można było poleżeć krzyżem w świątyni, łupnąć browara lub właśnie obejrzeć jakąś egzekucję, jeśli akurat takowa była wykonywana. Do tego celu koło Ratusza wybudowano specjalne podwyższenie, aby każdy mógł dokładnie zobaczyć wyczyny kata, rozbryzgi krwi, śmierć lub okaleczenie. Na co można było popatrzeć? Zacznijmy od zbrodni i ciężkich przestępstw, do których zaliczano: morderstwo, rozbój, gwałt, fałszowanie monety, czary, albo kacerstwo, czyli herezję. Sprawca takich występków zapewne błagał o powieszenie na szubienicy, bo sądzący mieli do wyboru jeszcze ścięcie, spalenie na stosie, wplatanie na koło, wbijanie na pal lub ćwiartowanie. Wybór zaiste bogaty. Za lżejsze przestępstwa można było otrzymać „łagodne” wyroki: ucięcie ręki, języka, uszu (wspomniane już oszelmowywanie złodziei), obcięcie włosów (czasami wraz ze skórą), chłosta, a także np. wypalanie piętna na twarzy. Można było także zostać zakuty w kuny przy Kościele Mariackim, mieć zasądzoną karę ośmieszającą (np jazdę na ośle po Rynku), stracić majątek, zostać z miasta wydalonym czasowo lub na stałe.

Od I połowy XVI wieku, podejrzani o lżejsze występki mieli do dyspozycji tzw. kabaty i niech się warszawiacy nie podniecają, bo nie chodzi tu o ich Kabaty, a o jedno piętro budynku aresztu. Na rysunku poniżej widzicie po lewej stronie ratusz przed rozbudową i wejście do aresztu po prawej stronie.

Ratusz_krakowski_rysunek

Pod kabatami, w podziemiach, dla sprawców poważniejszych przestępstw znajdowały się kazamaty wraz z izbą „przesłuchań”. Te istniały dużo wcześniej niż kabaty, bo powstały wraz z budynkiem Ratusza. Z przesłuchań w średniowiecznym stylu, czyli zwyczajnych tortur byli zwolnieni księża (a jakże), dostojnicy, miejscy rajcy, dzieci do lat 14 oraz kobiety, ale tylko ciężarne. Szlachta była od sądownictwa miejskiego wolna i nimi opiekował się (trudno tu mówić o karaniu) sąd ziemski na Wawelu.

Pamiętacie Kaplicę Złoczyńców i dzwon Tenebrat z Kościoła NMP? Każdy skazany na śmierć spędzał tam ostatnią noc przed śmiercią, a Tenebrat ogłaszał zbliżanie się egzekucji. Pociecha to średnia, ale zawsze lepiej niż w podziemnej celi. Po egzekucji zaś zwłoki były wywożone poza mury i składane do grobu na Cmentarzu Skazańców, który znajdował się na terenie dzisiejszych Plant, między obecnym skrzyżowaniem Siennej i św. Gertrudy, a byłym już kinem Wanda w okolicy skrzyżowania św. Gertrudy i Dominikańskiej.

Z tortur zwolnieni byli miejscy dostojnicy, przeważnie też udawało im się wywinąć od kary za mniejsze, bądź większe występki, ale nie zawsze i taki przypadek Wam teraz opiszę. Na przełomie XIV i XV wieku do szkatuły z miejskimi pieniędzmi miało dostęp zawsze trzech wyznaczonych radnych. Każdy z nich posiadał jeden z trzech kluczy potrzebnych do jej otwarcia. W 1406 roku jednym z nich został Andrzej Wierzynek, człowiek bardzo bogaty z bardzo bogatej i znanej rodziny, właściciel wielu nieruchomości na terenie Krakowa, „lokalny biznesmen o wielu powiązaniach polityczno-gospodarczych”. Andrzej był typowym radnym jakich wielu jest w polskich miastach, samorządowiec „pełną gębą”. Lubił za miejskie pieniądze „reprezentować swój gród” i „nawiązywać stosunki” z innymi miastami w całej Europie. Teraz modne są „służbowe” wyjazdy do państw afrykańskich, Chin, czy Japonii, ale i możliwości podróżowania są większe. Wierzynek jeździł bliżej, ale nie żałował na to publicznego grosza. W podróż zabierał mniejszą, aczkolwiek pełną szkatułkę zamykaną na dwa klucze. Według zaleceń Rady Miejskiej w każdą taką podróż powinno wybierać się dwóch radnych, każdy ze swoim kluczem. „Obrotny” Andrzej szybko zakręcił się wokół drugiego klucza i jeździł samotnie, mając tylko dla siebie całą zawartość skarbczyka. Nie zdziwicie się pewnie, że „faktur” nie przywoził, a wydawał na takich wycieczkach zdecydowanie więcej niż jego koledzy z krakowskiej Rady Miasta. Jako, że księgowość miejska była prowadzona dosyć nieudolnie, Andrzej zawsze potrafił się z wydatków wytłumaczyć. W pewnym momencie jego zachłanność była tak wielka, że przestał się ograniczać. Pełnymi garściami z miejskiej kasy pobierał sobie „dietę” w czasie każdej wizyty w skarbcu Ratusza. Opuściło go jednak szczęście gdy inny radny spostrzegł kradzież. Postanowiono, więc zastawić pułapkę na nieuczciwego radnego. Odpowiednio zaznaczono sakwy z pieniędzmi. Tydzień później, Wierzynek pewny swego napełniał kieszenie wpychając do nich kolejne sakwy, a gdy jedna z nich wypadła na podłogę zaalarmowano odpowiednie osoby (radnych i ławników). Po przeszukaniu okazało się, że zdążył już schować niemałą kwotę. Kilka wrzuconych do kieszeni i rękawów woreczków zawierało w różnych monetach około 22 grzywien, a to kwota wtedy nieosiągalna dla zwykłego śmiertelnika. Złapany na kradzieży musiał się przyznać. Tłumaczył się tak: „[…] długo i wiernie służyłem miastu, a za to żadnej nie miałem zapłaty, a gdy widziałem, że nikt mi tego nagrodzić nie myśli, chciałem sam sobie zapłacić. Jak synowie Izraela zrobili Egipcjanom niechcącym nagradzać ich pracy, iż z rozkazu Boga sami sobie wzięli zapłatę, tak i ja zrobiłem i wyznaję, że i te tu pieniądze, i inne często brałem, nie by kraść, lecz za moje usługi. Gdyby moje trudy chciano wynagrodzić, mało by na to i tysiąca grzywien. A przecież jest napisane, że kto ołtarzowi służy, z ołtarza żyć powinien”. Tłumaczeniem przebił nawet przyłapanych na kłamstwie i przekrętach naszych (p)osłów „madryckich”.

Ci ostatni zostali wydaleni z partii, a krakowski rajca już jako Andrzej W. w trybie mocno przyspieszonym został skazany na śmierć. Dekapitacji dokonano w kazamatach, w chwilę po wydaniu wyroku. Nie doczekał się Andrzej nocy w Kaplicy Złoczyńców. Dlaczego tak szybko i tak drastycznie? Posiadający ogromne wpływy i wielkie pieniądze radny był obiektem zawiści większości kolegów z Rady i musiał mocno zaleźć za skórę ówczesnym władzom miasta. Rodzina skazańca wiele lat sądziła się z Radą Miasta przed sądem królewskim i za to otrzymała niemałe zadośćuczynienie od króla Władysława Jagiełły.

Po śmierci, jak każdy skazany na śmierć, Andrzej Wierzynek został pochowany poza murami miasta, na Cmentarzu Złoczyńców. Tam też, jego syn Mikołaj, w 1429 roku nabył kawałek ziemi i przed 1432 rokiem ufundował nieistniejący dziś kościół św. Gertrudy, ale o nim jeszcze będzie okazja napisać. A już niedługo zapraszam na kolejną część naszej wycieczki, bo to nie koniec opowieści o Ratuszu i jego okolicach. :)

___________________________

Fot. 1. „WieżaRatuszowa-POL, Kraków” autorstwa Mach240390 – Praca własna. Licencja CC BY-SA 3.0 na podstawie Wikimedia Commons

Fot. 2. „MakietaRatuszaKrakowskiego-POL, Kraków” autorstwa Mach240390 – Praca własna. Licencja CC BY-SA 3.0 na podstawie Wikimedia Commons

Fot. 3. „Ratusz krakowski rysunek” autorstwa J. Brodowski – http://www.wawel.net/images/myszka/dzieje/dzieje2/2.htm. Licencja Domena publiczna na podstawie Wikimedia Commons

Odc. 14. Stoi sobie Adaś na Rynku…

Spojrzyj-no na to miasto nieszczęsne! Widzisz, jak niby skrzydła orle rozciąga nad Wisłą swe wielkie przedmieścia? Wygląda stąd jak ranny nasz orzeł biały, spadły na ziemię, dogorywający! Dostojny grodzie! Kolebko naszej Rzeczypospolitej, grobowce naszych bohaterów, Rzymie słowiański! Oto od lat sześciu jesteś u nóg cudzoziemca, w okowach zdeptany! A my tak ciebie blisko!” Tak o Krakowie w dramacie „Konfederaci Barscy” pisał Adam Mickiewicz.

Wieszcz Adam, który za życia nigdy w Krakowie nie był, ale który po 35 latach od swej śmierci złożony został do grobu w Katedrze Wawelskiej doczekał się wdzięczności Krakusów za swą twórczość. Wdzięczność mierzącą 10 m wysokości. Zanim jednak na krakowskim Rynku postawiono mu pomnik, bo właśnie o pomniku Adasia będzie kolejna część mojej opowieści, także minęło niemało lat, a sporów nie było końca…


Pomysł upamiętnienia Adama Mickiewicza zrodził się w głowach krakowskich studentów i profesorów w końcu lat sześćdziesiątych XIX w. Uznali, że Rynek to dobre miejsce uczczenia zmarłego w 1855 roku narodowego wieszcza. Do tego połączenie idei pomnika i sprowadzenia zwłok do katedry na wzgórzu wawelskim mogło być wielkim patriotycznym czynem. Propozycja wydawała się rozsądna i powinna być szybko zrealizowana. No właśnie… powinna. Okazało się jednak, że Mickiewicz przegrał rywalizację z królem Kazimierzem Wielkim, którego szczątki właśnie w tym czasie oficjalnie zidentyfikowano i z wielką pompą w lipcu 1869 roku ponownie na Wawelu do grobu złożono. Sztuka jest sztuka, msza, przemówienia, nagrody, uściski dłoni i wystarczy. Król pochowany, poeta poczekać musi. O Adasiu zapomniano na dziesięć lat, ani nie sprowadzono jego zwłok, ani nie postawiono dzieła rzeźbiarskiego ku jego czci.

W 1879 roku odżył pomysł wystawienia pomnika wielkiemu poecie. Powstał komitet organizacyjny, który „już” pod koniec 1881 roku ogłosił konkurs na posąg. Według założeń, m.in. pomnik miał być w stylu renesansowym, a koszt nie powinien przekroczyć 100 tysięcy florenów austro-węgierskich zwanych w Krakowie złotymi reńskimi. Na zwycięzcę czekała nagroda w wysokości 1000 franków, ale niekoniecznie realizacja własnego, zwycięskiego projektu! W Kraju Polan bez zmian, tak jak i wtedy, tak teraz ogłasza się konkurs, a potem i tak realizuje swoją (czyt. urzędniczą) wizję, czyli miało być pięknie, a wyszło jak zawsze.

Artystom dano zaledwie półtora miesiąca na zaprojektowanie posągu i dostarczenie rysunków. W nadziei na wygraną przysłano 27 prac. Niestety nie było z czego wybierać, co zgodnie stwierdzano po wizycie w Sukiennicach, w których w kwietniu 1882 roku wystawiono nadesłane dzieła. Jury uznało, że zaledwie pięć prac miało jakąkolwiek wartość artystyczną. Wśród nich był jeden projekt, który zdaniem komisji powinien wygrać konkurs, ale nie wygrał, bo był zbyt duży i zbyt drogi w realizacji. Jurorzy w głosowaniu uznali, że spośród pozostałych czterech, najlepszy jest projekt autorstwa Tomasza Dykasa, ale czy na tyle dobry żeby go realizować? Delikatnie rzecz ujmując – zachwytów nie wzbudził.

Ogłoszenie wyników odłożono, bo oto zaczęła się dyskusja na temat lokalizacji podobizny wieszcza. Skąd my to znamy? Dokładnie jak w przypadku Pomnika Grunwaldzkiego (i nie tylko, o czym jeszcze się przekonacie), gdzie dwóch Polaków tam trzy zdania. Plac Dominikański, Plac Szczepański, Plac Franciszkański, zachodni narożnik Rynku (koło Pałacu Spiskiego), a może Planty przed nowym budynkiem Straży Pożarnej (ówczesna ulica Kolejowa, teraz Westerplatte)? Nie tylko nie zdecydowali się na żaden z proponowanych wariantów, ale pojawiły się kolejne propozycje: na nieistniejącym jeszcze placu przed budowanym właśnie Collegium Novum, albo… na Rynku u wylotu ulicy Siennej. Zaczęła się kłótnia, pojawiały się liczne artykuły w prasie wszystkich zaborów, o tym, które miejsce ma więcej zwolenników, którą opcję popiera syn poety, którą córka, a którą jego przyjaciel, czy lepiej mu będzie na Plantach wśród zieleni, czy może na Rynku, a jeśli na Rynku, to czy nie będzie przytłoczony przez Sukiennice i kościół Mariacki? W końcu w głosowaniu przeszła opcja ostatnia, ustalająca miejsce pomnika na Rynku przed Sukiennicami w osi ulic Sienna-Szewska. Uff… Udało się, miejsce jest, a gdzie pomnik? Nie ma i jeszcze długo nie będzie!

W 1883 roku ogłoszono nowy konkurs. Tym razem dano artystom dużo więcej czasu stwierdzając, że nie ma co się śpieszyć. Gdy 1 marca 1885 roku zebrała się komisja konkursowa okazało się, że znowu ciężko spośród nadesłanych prac wybrać tę jedną, jedyną, wyjątkową. 4 marca pracę, poprzez swojego ucznia, złożył także Jan Matejko (członek komisji), ale że wpłynęła po terminie oficjalnie nie brano jej pod uwagę. Czyżby? Tylko oficjalnie i przez chwilę…

No i cóż robić? Wielce Szanowna Komisya ponownie nie przyznała pierwszej nagrody! Ogłoszono, że nie będzie realizowana żadna z ponad 30 nadesłanych prac! Ogólnokrajowa dyskusja nabrała rozmiarów histerii, niemal wszystkie większe krakowskie, lwowskie i warszawskie gazety opisywały projekty i ich autorów. Jurorzy stwierdzili, że skoro wszystkie prace są słabe, to oni umywają ręce, niech się martwi Matejko. Uznali, że do dalszych prac rekomendują jego projekt i to on jest odpowiedzialny za dalsze działania. Jednak także rysunek pomnika autorstwa dyrektora ówczesnej Szkoły Sztuk Pięknych, autora „Bitwy pod Grunwaldem” nie znalazł poklasku wśród Polaków. Bolesław Prus projekt Matejki opisał tak: „Nagi wariat siedzi w fotelu, przed nim skrzydlaty wariat pokazuje mu orła… a obok nich jakaś baba czesze włosy…” Zauważono także, że siedzący w fotelu Mickiewicz nie ma butów, więc pewnie okradziono wieszcza, może to ten ze skrzydłami podprowadził mu obuwie?

full_matejko_projekt_pomnika_adama_mickiewicza_770

Wyszło jak zawsze, więc… w 1886 roku ogłoszono konkurs ponownie! Dwa lata później (1888), na posiedzeniu „komitetu mickiewiczowskiego” za najlepszy uznano projekt Cypriana Godebskiego, a wyróżniono projekty Teodora Rygiera i Walerego Gadomskiego. Po burzliwych obradach stwierdzono, że realizowany będzie… jednak inny, nie wyróżniony w konkursie projekt autorstwa Teodora Rygiera. Postanowiono, iż po wprowadzeniu poprawek do projektu pomnik powinien stanąć… No właśnie, gdzie? Pomnik stanie na Plantach u wylotu ulicy Sławkowskiej! Znakomite kolegium tym samym wywołało kolejną burzę. Po licznych protestach Komitet zgodził się na zatwierdzoną przecież już dużo wcześniej lokalizację, czyli Rynek Główny.

Mając wybrany projekt, zdecydowano się wreszcie na jego realizację. Po pięciu latach, w 1893 roku, na Rynku stał tylko granitowy cokół. Reszta, odlewana w Rzymie miała dotrzeć wiosną 1894, miała… Po kolejnym opóźnieniu, odlane figury dotarły do Krakowa we wrześniu i wzbudziły kolejną porcję drwin. Oczom zdumionych mieszkańców ukazała się karykatura Adama Mickiewicza. Nieforemnego Adasia szybko zakryto, a komitet organizacyjny zdecydował o odlaniu nowej, poprawionej figury, która naszego wielkiego poetę będzie przypominała.

Mijały kolejne lata, a przed Sukiennicami stała tylko niedokończona podstawa pomnika. W sierpniu 1897 roku podczas obrad krakowskiej Rady Miejskiej pojawił się wniosek żeby zakończyć tę farsę i usunąć cokół z Rynku. Wniosek został odrzucony. Nowe, poprawione odlewy przybyły z Italii w marcu 1898 roku, a w czerwcu, po dziewiętnastu latach od powstania komitetu organizacyjnego oficjalnie odsłonięto ten oto pomnik narodowego wieszcza Adama Mickiewicza. Po pokazaniu całości posąg wzbudził raczej ulgę, że to koniec wieloletnich dyskusji i przepychanek, niż zachwyt. Na górze jest wieszcz, a na cokole cztery alegorie: Ojczyzna, Męstwo, Nauka i Poezja.

640px-Kraków_-_Pomnik_Mickiewicza_01

Krakowianie uznali, że skoro już jest, to niech sobie Adaś na Rynku stoi. Odmienne zdanie w tej kwestii mieli jednak nasi zachodni sąsiedzi, którzy po ponad czterdziestu latach od odsłonięcia pomnika stwierdzili, że jednak nie pasuje do tego miejsca. W sierpniu 1940 roku, okupujący Gród Kraka naziści, zniszczyli i wywieźli Adasia razem z figurami z cokołu.

1280px-Fall_of_Mickiewicz_Monument_(1940)
Po wojnie fragmenty pomnika odnaleziono na złomowisku w Hamburgu i przewieziono do kraju. Zaczęto go rekonstruować, ale nawet wtedy nie ominęła Krakowa dyskusja nad jego umiejscowieniem. Ówczesny wiceprezydent Krakowa Eugeniusz Tor, podobnie jak Pomnik Grunwaldzki, także Adama Mickiewicza proponował przenieść w inne miejsce. Jego zdaniem najlepszym miejscem dla tego pomnika byłyby Planty tuż przy skrzyżowaniu ulic Franciszkańskiej, Straszewskiego i Zwierzynieckiej. Również ta, kolejna próba zmiany lokalizacji nie udała się i ponownie od 1955 roku, gdy w setną rocznicę śmierci odsłonięto zrekonstruowanego Mickiewicza stoi na wywalczonym przez krakowskie środowisko akademickie miejscu. Czy na zawsze to zobaczymy.

1280px-Adam_Mickiewicz_monument,_Main_Market_square,_Old_Town,_Krakow,_Poland

Nie da się ukryć, że wybitnym dziełem nie jest, ale wpisał się Adaś w pejzaż Rynku. Dzięki umiejscowieniu jest najbardziej znanym pomnikiem Krakowa, pod którym spotykają się krakowianie i turyści, wokół którego na jednej nodze po studniówce skaczą maturzyści, a liczba wykonanych kółek oznacza ocenę na egzaminie. Z różnych okazji Adaś jest dekorowany, a w dniu swoich imienin dostaje kwiaty od krakowskich kwiaciarek.

A, i jeszcze jedno Adaś jest z brązu, bo jak wiadomo: „Dziewczyny lubią brąz;-)

_______________________________

Fot. 1. Culture.pl „Matejko-Mickiewiczowi”

Fot. 2. „Kraków – Pomnik Mickiewicza 01” autorstwa Lestat (Jan Mehlich) – Praca własna. Licencja CC BY-SA 3.0 na podstawie Wikimedia Commons

Fot. 3. „Fall of Mickiewicz Monument (1940)” autorstwa nieznany – Zdjęcie z kolekcji zdjęć z Drugiej Wojny Światowej Dr. Marka Tuszyńskiego. Odbitka z negatywu który w latach sześdziesiątych znajdował się w Archiwum Zakładu Historii Partii sygnatura A-622, obecnie w Archiwum Akt Nowych. Skan z 8 × 5 cm odbitki.. Licencja Domena publiczna na podstawie Wikimedia Commons

Fot. 4. „Adam Mickiewicz monument, Main Market square, Old Town, Krakow, Poland” autorstwa Zetpe0202 – Praca własna. Licencja GFDL na podstawie Wikimedia Commons

Odc. 9. O murach, basztach i trochę o Plantach cz.3

Wciąż jesteśmy przy Barbakanie i Bramie Floriańskiej, które w wieku XVIII straciły swą wartość obronną. Coraz doskonalsze działa, inna taktyka zdobywania i obrony miast, a także coraz gorszy stan baszt, bram i murów Krakowa doprowadziły do żądań wyburzenia „reliktów przeszłości”. Gospodarczo i politycznie Gród Kraka sięgnął dna, a później zaczęto w tym dnie kopać. W osiemnastowiecznym Krakowie, wciąż ściśniętym wewnątrz rozsypujących się średniowiecznych murów, otoczonym bagienkiem, w które zmieniła się niepotrzebna do obrony fosa, mieście zniszczonym i zubożałym, którego mieszkańcy mogli jedynie wspominać czasy dawnej świetności nie było ani chęci, ani pieniędzy na ratowanie zabytkowych obwarowań. Nie było, tak jak teraz często nie ma świadomości, że trzeba zachować dorobek poprzednich pokoleń. Tak wtedy, jak i teraz „ciemny lud” żąda zburzenia niemodnych, zniszczonych budowli. Wtedy to były baszty, teraz to np. modernistyczny hotel Cracovia. Wróćmy jednak do Barbakanu i murów.

Pierwsze próby uporządkowania podupadłego miasta pojawiły się w 1775 roku, gdy powołano Komisję Dobrego Porządku. Komisja, tak jak i w innych miastach Królestwa Polskiego, miała za zadanie unowocześnienie gospodarki i finansów miejskich, przebudowę i rozbudowę ich obszarów. Po upadku Insurekcji Kościuszkowskiej (1794), do „Grodu Wandy co Niemca nie chciała” wkraczają najpierw Prusacy, a po III rozbiorze Polski (1795), Kraków znalazł się w granicach Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego, czyli późniejszego Cesarstwa Austrii. Pojawili się najeźdźcy, a jak najeźdźcy to chwila przerwy na znany i lubiany mały żarcik:
Kochanie, może dziś na jeźdźca?
Jaki najeźdźca?
Germański k… oprawca!!!
Na Wawelu rozpanoszyli się najeźdźcy, germańscy oprawcy. Legendarna córka Kraka byłaby niepocieszona!

Włażąc w „cztery litery” nowej władzy, w „Gazecie Krakowskiej” z 5 stycznia 1796 roku, pisano: „Spełnione na koniec marzenie. Miasto Kraków, panowaniu Najjaśniejszego Cesarza Jegomości Rzymskiego przeznaczone, dnia dzisiejszego, po ustąpieniu wojsk pruskich, z największym ukontentowaniem zobaczyło pośród murów swoich wojsko upragnionego monarchy”. Upragniony jak upragniony, zaledwie kilkanaście lat później, gdy nastały czasy Księstwa Warszawskiego (1807-1815, Kraków w jego skład wszedł w 1809), później Rzeczypospolitej Krakowskiej (1815-1846), już taki upragniony nie był. Po upadku powstania krakowskiego, w 1846 roku, krakowianie (w tym lokalni dziennikarze) znowu musieli pokochać cesarza z Wiednia, ale to opowieść na kiedy indziej.

Cofnijmy się do przełomu XVIII i XIX wieku. Nowa, austriacka władza kontynuowała prace Komisji Dobrego Porządku. W 1800 roku Kancelaria Nadworna Galicyjska wydała dekret o przyłączeniu miasta Kazimierz do Krakowa. Ludność byłej stolicy wzrosła do 25 -26 tysięcy, czyli Kraków miał mniej więcej tylu mieszkańców ilu dzisiaj mają np.: Pszczyna, Skawina, czy Wągrowiec.

Wciąż rozważane były możliwości usunięcia murów i uporządkowania zdewastowanego terenu w ich okolicach. W 1802 roku powstał projekt całkowitego wyburzenia baszt, murów oraz bram i dzięki temu pozyskania taniego materiału budowlanego. Rajcy miejscy kłócili się, wahali, nie do końca wiedzieli od czego zacząć i skąd wziąć na to kasę. W 1804 z Wiednia nadeszły monity, a rządzący Krakowem nadal zastanawiali się czy mury zburzyć, czy może tylko wystarczy je obniżyć? Burzyć wszystkie, czy tylko część? Wyraźnie poirytowani brakiem działań w tym zakresie urzędnicy cesarscy poprosili o pomoc swego władcę. W 1806 roku z łaski Bożej cesarz rzymski, król Niemiec, król Węgier i Czech, Galicji i Lodomerii, arcyksiążę Austrii, wielki książę Toskanii, wielki książę Siedmiogrodu, książę Mediolanu, Luksemburga, Cieszyna etc. Franciszek II stracił cierpliwość (stracił także tytuł cesarza rzymskiego w sierpniu 1806 roku :-) ) i do krakowskiego Rządu Gubernialnego nadesłał dekret nakazujący wyburzenie obwarowań miejskich. Uzasadniono to potrzebą poprawy warunków sanitarnych i względami zdrowotnymi. Trochę było w tym racji, bo teren dzisiejszych Plant stał się śmierdzącym wysypiskiem gruzu, ścieków i śmieci. Nie od razu Kraków zbudowano, tak i nie od razu mury zburzono. Kaiser musiał jeszcze wiele lat czekać na spełnienie swego życzenia. Pojedyncze wyłomy w murach trudno było uznać za dobrze zorganizowaną akcję. Gdy w 1809 roku miasto włączono do Księstwa Warszawskiego, Magistrat stwierdził, że nie ma na to pieniędzy i ma ważniejsze sprawy na głowie. Co prawda w latach 1813-1815 usunięto odcinek od bramy Sławkowskiej do Szewskiej (czyli między ulicami o takich samych nazwach), ale sporo fortyfikacji jeszcze zostało.

Po upadku Księstwa Warszawskiego nastał czas Rzeczypospolitej Krakowskiej. Nastał też czas rzezi dawnych umocnień Grodu Kraka. Senat Wolnego Miasta Krakowa podjął decyzję o uporządkowaniu terenów wokół średniowiecznych granic miasta. Gdyby w tamtych czasach żył i tworzył Jacek Kaczmarski, to tekst „a mury runą, runą, runą i pogrzebią stary świat” mógłby być nieoficjalnym hymnem ówczesnych władz byłej stolicy. W drugim i trzecim dziesięcioleciu XIX wieku pod uderzeniami młotów padały kolejne fragmenty murów, bramy, baszty, a nawet kościoły.

Na szczęście znaleźli się ludzie, którzy starali się powstrzymać to szaleństwo i choć trochę zostawić przyszłym pokoleniom. Jednym z nich był architekt, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, Feliks Radwański. Jako senator, w grudniu 1816 i styczniu 1817 roku, przed zniszczeniem zaczął bronić Barbakanu, Bramy Floriańskiej i fragmentu murów z basztami Pasamoników, Ciesielską i Stolarską.

radwa_f

Obrona ta jednak nie była łatwa. Jak widać na przykładach polskich miast, łatwiej, taniej i szybciej jest zburzyć niż wyremontować. Żeby wyremontować, to trzeba pomyśleć, trzeba się napracować, znaleźć środki, nowe zastosowanie wyremontowanych budynków, liczyć się z wytycznymi konserwatora, koszt wielki, a tak? Przyjdzie deweloper, teren wyrówna, postawi centrum handlowe albo blok, któremu nada idiotyczną nazwę, np. „Wawel Park”, „Nadwiślańskie tarasy”, „Niebiański zakątek”, ewentualnie coś z końcówką „Tower”, czy „Villa” i sprawa załatwiona. Jest „światowo”!

Ponownie się zapędziłem, więc wracamy do XIX wieku i senatora Radwańskiego. Jak przekonał miejskie władze do pozostawienia części fortyfikacji? Bramę Floriańską i Barbakan przyrównał do piramid i rzymskiego Colosseum, mówił, że mury te są symbolem potęgi Rzeczypospolitej oraz straszył senatorów północnym wiatrem. „Wiatry północny, północno-wschodni i północno-zachodni – twierdził – a z tych, pierwszy i ostatni niosą nam zwyczajnie śniegi zadymne, takowe miotałyby je gwałtownie ze samego Kleparza wsrzód Rynku i gdyby te panowały, ciężkoby się komu przyszło na nogach utrzymać tembardziej, że plac targowy kleparski potężny poziomem i po wielkiej części otoczony domami od ulicy Warszawskiej niczem nie zasłoniony przesyłałby wichry prostą ulicą wsrzód miasta. Przez wzgląd na zdrowie, pieszczeniem wychowane kobiety i dzieci byłyby wystawione na częste fluxye, reumatyzmy, a może i paraliże”. Jak widzicie zdrowie, to dobry argument zarówno za zburzeniem murów, jak i ich zostawieniem. Feliks Radwański wygrał. Wygrał rozsądek, wygrał Kraków, my wszyscy wygraliśmy. Dzięki Feliks!

Niestety nie był to ostatni bój o pozostawienie ww. fortyfikacji. Kolejne odbywały się w 1822, 1824 i w 1826 roku. Stosunek do zachowania lub zburzenia „rondla” i północnych murów tak rozpalił część społeczeństwa Krakowa, jak dzisiaj rozpalają zbliżające się lokalne piłkarskie derby. Generał Chłopicki, uczestnik Insurekcji Kościuszkowskiej, wojen napoleońskich i powstania listopadowego, podobno zerwał znajomość z senatorem, który był zwolennikiem zrównania z ziemią zabytkowych umocnień (!).

Do pierwszych prac konserwatorskich doszło dopiero w 1834, gdy zaczęto remontować Bramę Floriańską i był to początek końca problemów ocalałego zaledwie „ogryzka” dawnych murów miejskich. W kolejnych latach zasypano fosę, wyburzono „szyje” łączące Barbakan i bramę. Opracowano koncepcję ich zagospodarowania i od tamtego czasu kilkukrotnie już remontowano. Baszty, mury, brama i Barbakan cieszą dziś oczy turystów przemierzających Drogę Królewską. Idziemy w kierunku Rynku!

Rys.: Feliks Radwański – źródło encyklopedia.interia.pl