Archiwa tagu: plac Jana Matejki

Odc. 6. Jak to pomnik na Kleparzu budowali… cz.2.

Wiosną 1910 roku Antoni Wiwulski w podparyskiej pracowni przygotowywał kolejne rzeźby Pominika Grunwaldzkiego. Atmosfera głębokiej konspiracji wzmagała ciekawość nie tylko krakowian, ale także kręgów artystycznych stolicy Francji. Jednak nie wszystko szło tak jak zakładano. Szanse na ukończenie na czas wszystkich figur były bliskie zeru. W takim wypadku podjęto jedynie słuszną decyzję… O niej jednak za chwilę.

Pech nie opuszczał naszych bohaterów i ich dzieła. Szwedzki granit na cokół, który dotarł drogą morską do portu w Szczecinie, przez pruskich celników został opisany jako marmur. Prawdopodobnie zrobili to specjalnie, aby na następnej granicy, ich C.K. koledzy po fachu zakwestionowali i zatrzymali ładunek. Wydawałoby się, że różnica niewielka, ale dla urzędników celnych „Österreichisch-ungarischen Monarchie” podczas odprawy na granicy prusko-austriackiej miało to kolosalne znaczenie. Chociaż i to, i to jest kamieniem, ale granit to granit, a marmur to marmur, – stwierdzili – to dwie inne skały. Ja bym na pewno ich nie odróżnił, ale też nie jestem celnikiem, ani kamieniarzem żeby potrzebować takiej wiedzy. Fakt jest taki, że aby wyjaśnić to nieporozumienie (nie wymyślono jeszcze e-maili), trzeba było wielu dni, nerwów i pism wyjaśniających, a czas naglił.

Tymczasem w związku z tym, iż przed obchodami rocznicy grunwaldzkiej nie było już możliwości odlania w brązie najważniejszej figury, króla Władysława Jagiełły, postanowiono, że tymczasowo na pomniku zostanie zainstalowany odpowiednio przygotowany odlew gipsowy. No cóż, lepszy Jagiełło z gipsu niż żaden…

22 kwietnia 1910 roku, na placu Matejki wmurowano kamień węgielny pod przyszły pomnik. Klamka zapadła, nie było odwrotu. Cały obszar, na którym miało stanąć dzieło rzeźbiarskie szczelnie ogrodzono, aby aż do oficjalnego odsłonięcia utrzymać tajemnicę. Do końca maja zakończono prace nad trzydziestotonowym cokołem, a w czerwcu z Francji przez Szwajcarię wyjechał pociąg specjalny wiozący wyglądającego na odlanego w brązie, tymczasowego gipsowego Jagiełłę oraz brązowe figury innych postaci. I tu nie obyło się bez niespodzianek, bowiem w okolicach Innsbrucka, powódź podmyła tory i trzeba było transport poprowadzić okrężną drogą. Po kilku dodatkowych dniach elementy pomnika dotarły do Krakowa.

W całym mieście trwały ostatnie, gorączkowe przygotowania do ogólnonarodowych obchodów, które miały trwać aż trzy dni od 15 do 17 lipca 1910 roku. Pełen przepych, goście, imprezy dla notabli i ludu. Nad wszystkim czuwał Krajowy Komitet dla Obchodu 500-lecia Zwycięstwa pod Grunwaldem, w którym wyodrębniono sekcje: aprowizacyjną, kwaterunkową, wydawniczo-prasową, artystyczno-pochodową, muzyczną, zabaw i przyjęć, wystawy zabytków jagiellońskich, medalu pamiątkowego, wykładów popularnych i oprowadzania po mieście. W ogłoszonym programie każdy mógł znaleźć dla siebie coś miłego. Było i „nabożeństwo dziękczynne w kościele N. Panny Maryi”, i „odczyty na temat pamiętnego dnia w dziejach Polski”, „przedstawienia teatralne i zabawy ludowe”, „pochód z Błoń na Wawel […], w którym wezmą udział zastępy Sokołów i reprezentacye wszystkich sfer społecznych”, „powszechna illuminacya miasta”, a nawet gimnastyczne „publiczne ćwiczenia Sokolstwa Polskiego” na Błoniach. Jednak wszyscy czekali głównie na najważniejszy punkt programu, czyli odsłonięcie pomnika na placu Matejki (poniżej zdjęcie zasłoniętego jeszcze pomnika).

Ods+éoni¦Öcie-Pomnika-Grunwaldzkiego-na-pl-Matejki-w_Krakowie

Do 140-tysięcznego Krakowa przybyło 150 tysięcy gości. Przyjechali Polacy z każdego zakątka zniewolonego kraju i zagranicy, a także delegacje wielu narodów słowiańskich. Dokładnie w południe 15 lipca 1910 roku pomnik został odsłonięty. Gipsowy Jagiełło na gipsowym koniu, na granitowym cokole, nad brązowymi postaciami Polaków i Litwinów, odświętnie przystrojony w biało-czerwone flagi wprawił w zachwyt zebrane tłumy. Narodowa ekstaza sięgała zenitu. Gdyby nie atmosfera wielkiego święta, manifestowania polskości i jedności mieszkańców wszystkich zaborów, na pewno skończyłoby się po polsku: awanturą o kształt, wielkość i miejsce. Na szczęście, aż do rozpoczęcia obchodów, cały pomnik był szczelnie zakryty przed ciekawskim tłumem, dziennikarzami, a także lokalnymi politykami i radnymi.

jagiello1910

Oczywiście już po zakończeniu uroczystości co rusz pojawiały się pojedyncze głosy krytykujące projekt pomnika, ale nawet Ci, którzy nie uważali go za wielkie dzieło, nie chcąc się narażać opinii publicznej zachwyconej atmosferą uroczystości, zamilkli. „Dziewczyny lubią brąz” ;-) , więc po pewnym czasie, tak jak zaplanowano, gipsowego króla zamieniono na brązowego, aby po wsze czasy chwalił polski triumf pod Grunwaldem.

Aż do 1939 roku, stał sobie pomnik na placu Jana Matejki, na byłym rynku Kleparza. Wtedy to zawitali do nas zachodni sąsiedzi, bynajmniej nie w celach turystycznych. W Krakowie utworzyli stolicę sztucznego tworu o nazwie Generalne Gubernatorstwo, a na Wawel wprowadził się Hans Frank. Nad Polską, Krakowem i pomnikiem zawisły ciemne chmury. Kilkuletnią wizytę Niemców przetrwała Polska, przetrwał Kraków, ale Pomnik Grunwaldzki już nie przetrwał. Wydano na niego wyrok i go wykonano! Znikał z pejzażu Krakowa między listopadem 1939, a początkiem kwietnia 1940 roku. Cokół pomnika wysadzono w powietrze, a brązowe figury zdemontowano i wywieziono do przetopienia. Wyciągnięto i zniszczono nawet akt erekcyjny. Dzięki odwadze, a nawet brawurze kilku mieszkańców Krakowa udało się uratować pojedyncze elementy oryginalnego pomnika (np. tarcze, miecz Jagiełły, czy berło).

WWII_Krakow_-_01

Po II wojnie światowej zaczęto dyskusję nad odbudową zniszczonych przez okupanta krakowskich pomników, w tym także tego autorstwa Antoniego Wiwulskiego. Znowu odżył spór nad najlepszym miejscem dla Jagiełły. Tużpowojenny wiceprezydent Krakowa Eugeniusz Tor proponował plac przed kościołem Św. Idziego obok Wawelu. Co tu jednak rozmawiać nad lokalizacją, jak nie ma decyzji o odbudowie i nie ma na to pieniędzy. Dopiero na początku lat siedemdziesiątych XX wieku ponownie pojawił się temat jego rekonstrukcji. W październiku 1972 roku zawiązał się Komitet Odbudowy Pomnika Grunwaldzkiego w Krakowie. Do odtworzenia cokołu zamiast szwedzkiego granitu z Vånevik użyto naszego, krajowego z okolic Szklarskiej Poręby. Brązowe odlewy zamiast za dewizy we Francji w firmie I. Mallesset et Cie zrobiono za złotówki w państwowych zakładach w Gliwicach. Cztery lata po utworzeniu Komitetu Odbudowy, w październiku 1976 roku, zrekonstruowany Jagiełło znowu patrzył na Barbakan, o którym będzie następna opowieść. :-)

Odc. 4. O kościach, kościele, Florianie i Florencji…

Rozpoczynamy zwiedzanie „Drogi Królewskiej”, trasy jaką pokonywały książęce i królewskie orszaki przechodzące przez bramę i ulicę Floriańską, Rynek Główny, aby ulicą Grodzką dotrzeć na Wawel. To właśnie w tym miejscu, na Placu Matejki zaczyna się nasza wycieczka po najwspanialszych zabytkach Krakowa. To trasa, od której trzeba zacząć zwiedzać, bez której nie poznacie tego miasta.

0364_20100523_Krakow_Plac_Jana_Matejki
Zacznijmy od początku, ale bez zbędnych szczegółów. Zajrzyjcie w mroczne czasy wieków średnich, przenieście się myślami do XII stulecia. Wtedy jeszcze nie było obecnego Placu Matejki. Miejsce to, we wspomnianym wieku było tylko bezładnie zabudowaną niewielką osadą położoną poza murami Krakowa, osadą, która zaczęła się rozwijać oraz spełniać funkcje mieszkaniowe i handlowe w kolejnych stuleciach, a do jej rozwoju przyczyniło się jedno bardzo ważne wydarzenie.

Gdy w 1177 roku na tronie krakowskim zasiadł Kazimierz II Sprawiedliwy, zaczął kombinować co by tu zrobić, aby podnieść status swojej siedziby na Wawelu, prestiż władzy oraz Krakowa. Skumał się z biskupem Gedko i stwierdzili, że dobrym zabiegiem może być sprowadzenie do katedry relikwii jakiegoś świetnego świętego. A kto ma w nadmiarze świętych i może się nimi podzielić? Tak jest, dobra odpowiedź – papież. Tam też swe prośby skierował nasz książę. Zabiegi trwały kilka lat i w końcu się udało. Nowy papież Lucjusz III zgodził się na wymianę i ubili interes.

Mogło to wyglądać tak:
- Dam Wam kości jakiegoś świętego, – usłyszał w Rzymie wysłannik polskiego księcia – a w zamian chętnie przyjmę „co łaska, nie mniej niż…”.

Po tej rozmowie, zapewne Lucjusza naszły jednak pewne wątpliwości i pytania:
- No dobra, święty obiecany, ale który z nich ma trafić do Grodu Kraka? Wybór ogromny, jak wybrać?

Pomoc przyszła z najmniej oczekiwanej strony, a mianowicie od jednego ze świętych (właściwie jego zwłok). Ten cud opisał prawie trzysta lat później Jan Długosz w swoich „Rocznikach, czyli kronikach sławnego Królestwa Polskiego”. Według naszego kronikarza papież Lucjusz III po wejściu do kaplicy, w której spoczywali święci, spytał się, który z nich chciałby przenieść się do Polski. Zgłosił się jedynie Florian, który uniesioną ręką dał znać, że może jechać. Cud! Jako że święty nie żył od jakichś 880 lat to zdecydowanie zasługuje na miano cudu. Poza tym zachodzi pytanie, dlaczego tylko on chciał przenieść się do Krakowa? Klimat? Pewnie nie było wtedy w Rzymie żadnych świętych z Wysp Brytyjskich, bo jakby byli, to na pewno także by się zgłosili. Synowie Albionu wyjątkowo lubią Kraków, co od lat widać w zapełnionych nimi krakowskich knajpach.

Saint_Florian
Wróćmy jednak do Floriana. W 1184 roku spakowano naszego bohatera i wyekspediowano do dalekiego kraju na Północy. Gdy wóz z relikwiami zbliżał się do Grodu Kraka, jego mieszkańcy, duchowni i niemal cały dwór książęcy udali się poza miasto, aby go przywitać. Jak głosi kolejna legenda, tuż przed wjazdem do miasta, na terenie dzisiejszego placu Matejki, woły ciągnące wóz zatrzymały się i nie chciały ruszyć dalej. Tłumacząc to cudem i w związku z nim, w tym miejscu po trzydziestu latach wzniesiono i konsekrowano kościół pod wezwaniem św. Floriana. Trzeba by się zastanowić, czy był to faktycznie cud. Są dwa wyjścia:

a) ponownie we własnej sprawie „palce maczał” św. Florian, czyli cud,
b) relikwie przybyły do Krakowa na przełomie października i listopada i po jesiennych opadach wóz utknął w błocie/śniegu, czyli jesień/zima jak co roku zaskoczyła „drogowców”.

Wybierzcie wersję bardziej prawdopodobną i Wam odpowiadającą. Fakt faktem, że dzięki temu wydarzeniu, w 1216 roku, biskup Wincenty Kadłubek konsekrował romański wtedy kościół.

Krakow_Saint_Florian_church_20060706_1646
Wraz ze wznoszonym kościołem, u wrót Krakowa zaczęła pojawiać się szybko rozrastająca się osada handlowa. Jeśli wyobrażacie sobie życie w niej jako podmiejską sielankę, to wyprowadzę Was z błędu. Wszyscy atakujący Kraków, starali się go zdobyć od strony północnej, czyli właśnie przez naszą osadę z kościołem św. Floriana. Niestety, nawet po 1366 roku, gdy uzyskała prawa miejskie, nie doczekała się żadnych umocnień broniących jej przed nieprzyjacielem. Sąsiedzi zaś (krakowianie), za każdym razem, gdy tylko zbliżało się zagrożenie, natychmiast palili jej wszystkie zabudowania, aby wróg nie miał gdzie się skryć. Tak też się działo np. w czasie niezapowiedzianych wizyt Tatarów w latach 1241 i 1259.

I tak funkcjonowała sobie nasza osada, a potem także jako miasto, tuż obok swojego większego brata – Krakowa. Nowe miasto, zostało lokowane przez Kazimierza Wielkiego i otrzymało nazwę Florencja (tak, tak, „niechaj narodowie wżdy postronni znają, iż Krakusy nie gęsi, iż swoją Florencję mają” ;-) ). Nazwa ta była w użyciu stosunkowo niedługo i została zastąpiona nazwą Kleparz (Clepardia). Kleparz przez wieki stanowił ośrodek handlu zbożem, bydłem i innymi niezbyt wyszukanymi towarami. Ze względu na wysokie i liczne opłaty dla handlowców spoza Krakowa, nie zawsze opłacało się wwozić towar do stolicy. Oczywiście jeśli komuś nie przeszkadzały różnego typu opłaty celne, mostowe, targowe, składne, czy czopowe (nie mylić z czopkami), albo miał na tyle drogi i poszukiwany towar, że mógł sobie na to pozwolić to bez mrugnięcia okiem płacił. Każdy obcy jednak aby np. skorzystać z miejskiej wagi, a to był przymus, musiał zapłacić dwa razy wyższą opłatę niż handlujący tubylcy. Lekko nie było, ale mieszkańcy Clepardii jakoś sobie radzili. Co prawda nie nazwałbym Kleparza rajem podatkowym, czy handlowym potentatem, ale jak się dało obejść drakońskie, krakowskie przepisy i opłaty, to wielu chętnie z tego korzystało.

Teraz na chwilę wróćmy do kościoła. Ten, przy którym stoicie, nie da się ukryć, nie jest zbudowany w stylu romańskim. Najstarsza budowla była niszczona m.in. przez wspomnianych wyżej Tatarów. W XIV wieku został przebudowany w stylu gotyckim, rozbudowywany następnie w XV i na początku XVI wieku. W 1528 roku, podczas wielkiego pożaru Kleparza został tylko uszkodzony, co przypisano znajdującym się w nim i chroniącym od ognia relikwiom św. Floriana. Co ciekawe, w 1580 i 1587 kościół płonął dwukrotnie i tu już Florian nie zechciał go ochronić. Brak takowej chęci zanotowano dwa razy także podczas potopu szwedzkiego w 1655 i 1656 roku. Po tych wydarzeniach, w latach 1657-1684 został przebudowany w stylu barokowym. Taki nowy i ładny wytrzymał tylko kilkadziesiąt lat, bo został uszkodzony podczas pożaru Kleparza w 1755, a następnie w 1768 podczas walk konfederatów barskich.

W latach 1902-14, a następnie w latach dziewięćdziesiątych XX wieku kościół odrestaurowano, by w 1999 roku papież Jan Paweł II podniósł go do godności bazyliki mniejszej. I tak stoi sobie od prawie 800 lat przyglądając się „Drodze Królewskiej” oraz zmieniającemu się Kleparzowi. Cdn.

Fot.1 (plac Matejki – widok od strony Barbakanu) i Fot.3 (bazylika św. Floriana) – autor Jakub Hałun (Wikipedia)

Fot. 2 (św. Florian) źródło Wikipedia