Archiwa tagu: mobilny przewodnik po Krakowie

Odc. 24. O Klaryskach u Andrzeja.

Tuż obok monumentalnej świątyni p.w. ś.ś. Piotra i Pawła, stoi wysunięta w kierunku osi ulicy Grodzkiej inna budowla.

Jest to znacznie starszy od barokowego sąsiada kościół św. Andrzeja. Jego początki sięgają końca XI wieku. Ufundował go Sieciech, potężny palatyn księcia Władysława Hermana, a budowa trwała od roku 1079 do 1098. Na początku XII wieku stał się kolegiatą, czyli mniej niż katedra, więcej niż zwykły kościół i z większymi od niego prawami.

800px-Kraków,_St._Andrew

Wybudowany w stylu romańskim spełniał nie tylko rolę sakralną, ale także obronną, co kilkukrotnie okazało się wybawieniem dla wielu okolicznych mieszkańców. Pamiętacie historię o średniowiecznych „hakerach” i hejnaliście? W XIII wieku przynajmniej dwukrotnie (1241 i 1260) wpadali do nas przedstawiciele ludności zamieszkującej azjatycki Wielki Step, w skrócie zwani Tatarami. Jako że cel ich wypraw był w znacznej mierze ukierunkowany na grabieże, a poznanie obcych kultur i kontakty z nimi ograniczali do gwałtów i mordów, to nie byli mile widzianymi gośćmi. Wtedy też przydawały się takie budowle jak nasz romański bohater. Jednym ze znaków rozpoznawczych charakteryzujących styl romański są bardzo małe, wysoko umieszczone okna, które w przypadku zagrożenia spełniały funkcję otworów strzelniczych. Ponadto grube mury, w przypadku kościoła św. Andrzeja aż 1,6 metra, dawały poczucie bezpieczeństwa. Dzięki temu, m.in. podczas najazdu tatarskiego w roku 1241, mimo że większość Krakowa i okolicznych osad została zniszczona, wielu mieszkańców straciło życie, to część ludności, która schroniła się w środku głównej świątyni Okołu, przetrwała.

Prawdopodobnie w czasie tej drugiej tatarskiej wizyty w 1260 r. kościół został częściowo zniszczony, a następnie przebudowany.

W 1318 roku do kościoła wprowadziły się mniszki franciszkańskiego zakonu św. Klary.

chiara

Klara to postać niezwykła i niezwykła jest o niej legenda, bo dzięki niej jest patronką radia i telewizji. Co prawda zmarła ponad 640 lat przed doświadczeniami Marconiego i Tesli z przesyłem fal radiowych, ale… jako pierwsza widziała obraz telewizyjny wraz z dźwiękiem. Tak przynajmniej twierdzi Kościół Katolicki i zaświadczają o tym wszystkie żeńskie zakony franciszkańskie. Było to w noc Bożego Narodzenia 1252 roku, gdy w bazylice św. Franciszka w Asyżu odbywała się świąteczna msza. Klara z powodu choroby nie mogła uczestniczyć w nabożeństwie, ale „z Bożej łaski na odległość doskonale widziała jakby na ekranie i słyszała wszystko jakby była obecna na uroczystości […]”. Widziała, nie widziała, jej sprawa, papież Pius XII w 1953 roku, czyli w 700 rocznicę śmierci uznał, że widziała i ustanowił patronat Klary nad tymi dwoma mediami. Oprócz tego potrafiła tak żarliwie się modlić, że Saraceni, którzy oblegali Asyż zrezygnowali z ataku na miasto w 1240 i 1241 roku. Szkoda, że nie mieszkała w tym czasie w Krakowie, bo by pewnie Tatarzy zrezygnowali z ataku na Gród Wandy. Oczywiście nie umniejszam zasług Klary dla katolików, bo zebrało się tego na tyle dużo, że sława dokonań dotarła „z ziemi włoskiej do Polski”, lub jak kto woli nawet „z ziemi polskiej do Wolski”. :)

Wielką fanką Klary z Asyżu była Salomea, siostra krakowskiego księcia Bolesława Wstydliwego (tego samego co to do wyra z własną żoną nie chadzał, a i książęca małżonka do uciech cielesnych nie była skora).

bł-Salomea

Siostra Bolesława, po śmierci małżonka w 1241 roku postanowiła dokończyć żywota w zakonnej celi. Podobała się jej franciszkańska reguła zakonu św. Klary, jednak ta wprowadzała znaczne ograniczenia w zakresie posiadania dóbr doczesnych. Salomea chciała się umartwiać i leżeć krzyżem, ale niekoniecznie w biednym klasztorze. W związku z tym postanowiono wykorzystać pewne kruczki prawne. Teraz to się nazywa „kreatywna księgowość”, dzięki czemu można obejść pewne ograniczenia podatkowe, czy prawne zakładając fundację lub dzieląc firmę na wiele spółek. Tak też postąpili wdowa i jej brat. Książę Bolesław w 1255 roku przy klasztorze (wtedy jeszcze nie w Krakowie, a w Zawichoście) ufundował szpital, do majątku dorzucił (na dobry początek) jedenaście wsi. Zakonnice dzięki temu miały zapewniony byt. Zanim siostrzyczki trafiły do stolicy Małopolski około 1316 roku, na chwilę, ze względów bezpieczeństwa, przeniesiono je do podkrakowskiej wsi Skała. Później część z nich zamieszkała w Starym Sączu. I tu, i tu również nie odmówiły przyjęcia wielu kolejnych wsi. Oczywiście oznaczało to dochody z dziesięcin, służebności, ceł, karczm, młynów, łąk, lasów itd. Ponadto zapisano im niemałe coroczne datki w srebrze i złocie z książęcych żup solnych w Bochni i Wieliczce, kopalni ołowiu w Olkuszu, a także wypłatę z dochodów komory celnej w Krakowie! Zostały także zwolnione niemal z każdej daniny i podatku na rzecz Państwa. Uzyskały jednocześnie władzę sądowniczą na całym swym terenie. Nadania w ziemi, kruszcach, czy zwolnieniach podatkowych zostały dokładnie opisane w dokumentach książęcych oraz… kilku, wykonanych przez zakonnice falsyfikatach. Wszystko na chwałę Pana!

W 1268 r. zmarła pierwsza polska ksieni, założycielka klasztoru, Salomea. Nie da się ukryć, że zadbała o podstawy organizacyjne i finansowe działalności zakonu w Polsce. Jak podają dobrze poinformowane źródła zbliżone do Klarysek, gdy umierała z jej ust uszła do nieba gwiazda, więcej szczegółów tego wydarzenia nie znamy, ale na pewno miało to wpływ na ogłoszenie Salomei błogosławioną.

Obracanie sporym kapitałem i walka o niego także przed sądami przez wiele kolejnych dziesięcioleci były znakiem rozpoznawczym nowo powstałego klasztoru. W 1318, o czym wspomniałem, chociaż jeszcze nieoficjalnie, Klaryski zajmowały już kościół św. Andrzeja. Obieg dokumentów nie był tak sprawny jak dzisiaj, więc wszystkie formalności, łącznie z podpisem papieża, trwały aż do 1325 roku. Odtąd niezmiennie Klaryski zajmują tę jedną z najstarszych krakowskich świątyń.

W historii zakonu i świątyni bywało różnie, ale w późniejszych wiekach nie było tak „kolorowo” jak w XIII i XIV stuleciu. Znaczenie Klarysek znacznie zmalało. Mniszki dotykały także kłopoty dnia codziennego, wojny, pożary itp. Kościół płonął w latach 1455, 1473, 1658. Przez wieki zachował sporą część swojej romańskiej bryły, chociaż da się zauważyć elementy należące do innych epok. Na początku XIV w. dobudowano gotyckie oratorium, które obecnie pełni rolę zakrystii. W XVI wieku dobudowano przy fasadzie, nieistniejącą dziś przybudówkę mieszczącą kostnicę, podziemny grobowiec i kaplicę. Tę przybudówkę oraz płot, którym od strony ulicy Grodzkiej był odgrodzony kościół rozebrano w 1844 roku. W XVII w. wykuto trzy nowe okna, podwyższono wieże i zbudowano między nimi, w podziemiach, nowy grobowiec. W latach 1700-1703 gruntownie przebudowano wnętrze nadając mu charakter barokowy.

Do kościoła przylega zespół klasztorny, którego najstarsza, gotycka część została wybudowana za czasów króla Władysława Łokietka około 1325 roku. Klasztor znacznie rozbudowano w XVI i XVII wieku. Jeśli chcecie zobaczyć go od środka, to nie jest to łatwe, bo mogą to zrobić tylko kobiety i tylko wtedy gdy wstąpią do zakonu. Taka reguła, więc jest to Wasz, drogie Panie wybór. Panowie zaś, szanse na wstęp tam macie praktycznie zerowe.

Stojąc od ponad 900 lat przy głównym szlaku Krakowa, kościół św. Andrzeja jako jeden z niewielu przykładów romańskiej architektury sakralnej w Polsce wciąż zachwyca. Klaryski jako gospodynie kościoła i klasztoru bardzo niechętnie pozwalają np. na badania archeologiczne, nie wspominając o turystyce. Z tego względu jest to chyba wciąż najbardziej tajemnicza świątynia Grodu Kraka.

I w tym odcinku to by było na tyle.

_________________________________________________________

Foto: Kościół św. Andrzeja By Cancre – Praca własna, GFDL, wikipedia

Ryc. 1. Św. Klara (kapucynki.pl)

Ryc. 2. Błogosławiona Salomea (zyciezakonne.pl)

 

 

Odc. 21. O św. Wojciechu i jego kościółku na Rynku

Była już opowieść o świętym Florianie, który rzekomo chroni od pożarów, było o Basi, która jest patronką niemal wszystkich znanych zawodów, a teraz będzie słów kilka o Wojciechu, także świętym i o kościółku, któremu ów święty patronuje. Świątynia ta stoi na Rynku u wylotu ulicy Grodzkiej i, co może wielu z Was zdziwić, nie jest wcale najmniejszym kościołem Grodu Kraka.

O tym skąd się tam wzięła i dlaczego jest tak nisko dowiecie się za chwilę. Teraz skupmy się na jej patronie i legendzie z nim związanej.

Przez wiele wieków twierdzono, że św. Wojciech zanim świętym został, zanim miasto Kraków powstało, przybywał na teren obecnego Rynku, tu głosił swe kazania i chrzcił pogańskich mieszkańców. Ci z wdzięczności, w miejscu modłów, postawili niewielką świątynię, której patronem został Wojciech. No cóż, szansa na to, że Wojciech bywał w tym miejscu jest, ale raczej jest podobna do szansy na wygranie przez polski klub piłkarski Ligi Mistrzów.

Kim był ów święty? Sprawdźmy. Wojciech, a właściwie Vojtěch, bo ten gość był Czechem, jako młody kapłan został biskupem Pragi, ale długo nie nacieszył się stanowiskiem, bo go Pepiki szybko pogonili. Naraził się i wiernym, i możnowładcom. Mieli go dość wszyscy, później oprócz Czechów także mieszkańcy dzisiejszej Słowacji oraz Węgrzy. Podczas bierzmowania przyjął imię Adalbert, więc czasami znany jest też pod tym imieniem. W roku 997 wybrał się namawiać plemiona pruskie na zmianę wiary i… mu się nie udało. Prusowie zabili biednego Vojtěcha vel Adalberta. Misja już od samego początku miała niewielkie szanse powodzenia. Jak chcecie się przekonać jak taka wyprawa może wyglądać, to jeźdźcie na tereny zajęte przez tzw. Państwo Islamskie głosić wiarę w Chrystusa. Nie wiem czy zostaniecie świętymi, ale zapewne podobnie jak Wojciech wrócicie bez głowy. Za to, że tam pojechał i zginął został szybko okrzyknięty świętym, żadnych innych zasług w tej mierze nie odnotowano, a przynajmniej nie tyle żeby po wsze czasy wychwalać jego dokonania. Nie będę tu już nawiązywał do polityki i pewnej wyprawy sprzed kilku lat…
Ciało przyszłego świętego z rąk pogan wykupił Bolesław Chrobry. Na przełomie X i XI wieku Państwu Polskiemu bardziej był potrzebny martwy święty niż żywy misjonarz wędrujący wśród jezior i lasów. Po śmierci okazało się, że wszyscy chcą Wojciecha, a właściwie tego co z niego zostało. Pocięli go i teraz jego relikwie są i w Gnieźnie, i w Pradze, w Kleve koło Düsseldorfu i Akwizgranie. Tyle o patronie Polski, Czech oraz naszego niewielkiego kościółka na krakowskim Rynku.

Krakau_Adalbert
Zajmijmy się budowlą. Z daleka widać dominujący styl barokowy, jednak kościół jest sporo starszy. Można to poznać po licznych elementach romańskich np. wąskim okienku od prezbiterium, romańskim portalu wokół drzwi wychodzących na ulicę Grodzką, czy po tym, że jest on zbudowany w dużej mierze z wapienia wzmacnianego na rogach piaskowcem. Archeolodzy twierdzą, że pochodzi z drugiej połowy XI lub początków XII stulecia. Ponadto stoi na miejscu jeszcze starszej, drewnianej świątyni, która była tu w X wieku. To, że „bohater” tej opowieści jest znacznie starszy niż niemal cała zabudowa placu można poznać także po tym, że podobnie jak Bazylika Mariacka stoi pod innym kątem niż kamienice i Sukiennice. Podczas wytyczania Rynku Głównego w połowie XIII wieku oba kościoły więc już istniały.

Na początku XV wieku kościółek stał się prebendą Uniwersytetu Jagiellońskiego. Co to oznaczało? Proboszcz mógł liczyć na wsparcie władz uniwerku, np. część kar jakie wymierzał sąd rektorski była przekazywana na utrzymanie świątyni. W 1525 roku na przykład za obrazę nauczyciela (magistra) i studenta, na karę 200 grzywien zostali skazani Piotr z Krosna oraz Żyd Izaak. Połowa z tej niemałej sumy miała być wpłacona pro ecclesia Sancti Adalberti.
O ile szanse na to, że w tym miejscu przemawiał Wojciech są mizerne, to miejsce to stało się znane z kazań innego ważnego katolickiego świętego. Był nim Jan Kapistran (Giovanni da Capestrano), który na zaproszenie biskupa Oleśnickiego i króla Kazimierza Jagiellończyka przybył do Krakowa w sierpniu 1453 roku. Zamieszkał w kamienicy przy Rynku na rogu ulicy Wiślnej (dzisiaj pod numerem 28), która od tego wydarzenia zwana jest „Kamienicą pod Kapistranem”. Na jej rogu, na wysokości pierwszego piętra stoi figura przedstawiająca tego kaznodzieję. Jako że lubił przemawiać pod gołym niebem, to tuż przy kościele św. Wojciecha wybudowano mu specjalną trybunę. Więcej wizyt katolickich świętych (oprócz Karola Wojtyły), w tym miejscu nie odnotowano.

Zapewne zauważyliście, że nasza niewielka świątynia stoi poniżej obecnej płyty głównego placu miejskiego. Po opisywanym już pożarze Sukiennic w 1555 roku postanowiono przebudować Rynek oraz podnieść i wyrównać jego poziom. Trudno to sobie wyobrazić, ale jeszcze w I połowie XVI wieku nasz sakralny „bohater” stał na niewielkim wzniesieniu, wokół którego biegło szerokie zagłębienie. W tym zagłębieniu, podobnie jak na całym Rynku, stało wiele kramów. Było to powodem nieporozumień, bo właściciele kramów oraz klienci mocno zanieczyszczali ściany świątyni, a i zapachy nie należały do aromatów. Księżom przeszkadzał tylko smród jaki wydobywał się od bud, a nie przeszkadzały same stragany, bo czynsz z kramów otaczających kościół w całości otrzymywał właściciel terenów wokół kościoła. Właścicielem był uniwersytet, a część zebranej kwoty przeznaczano dla proboszcza od św. Wojciecha. Pecunia non olet! ;-)

Gdy w II połowie XVI wieku wyrównano rynkowe bruki okazało się, że wejście do świątyni jest odrobinę niżej. Niewielkiego kościółka nie dało się podnieść, więc pozostał w zagłębieniu. Takiego problemu nie było z okolicznymi kamienicami, które miały wysoko umiejscowione wejścia. Rozebrano wtedy tylko ich przedproża, zasypano także wejścia do piwnic usytuowane od frontów. Gdyby nie to, pewnie oczy turystów cieszyłyby przedproża takie jak w Gdańsku na ulicy Mariackiej, czy Długim Targu. Było, minęło, przedproży w kamienicach nie ma, a kościółek stoi niżej. Niedługo potem, pod koniec XVI wieku, gdy do kościoła św. Barbary wprowadzili się Jezuici, przeniesiono stamtąd do Wojciecha kazania niemieckie.

Na początku XVIII wieku kramów tuż przy murach kościoła już nie było, a był on otoczony płotem. Kramy oddalono od niego o kilka metrów. Jednocześnie wiadomo, że już wtedy Kraków miał problem ze zbieraczami złomu. Oto fragment tekstu z roku 1712 dotyczący otoczenia kościoła św. Wojciecha: „Za prowizorstwa Pana Gałeczki krata żelazna zepsowana y rozkradziona przez ultajów koło kościoła, de novo wystawiona sumptem jaśnie Wielmożnej Jej Mości Pani Domicelli z Kurozwęk Mięcińskiej wieluńskiej, ojcowskiej, radomskiej starościny z dołożeniem sumptu z percepty brackiej, jako patet z regestrów P. Gałeczki”. Jak widzicie „ultaje”, co to chętnie „zaopiekują się” każdym kawałkiem metalu istnieli już w dawnej Polsce i gdyby nie, zapewne mocno świątobliwa, Pani Domicella kraty byłyby jeszcze długo „zepsowane”.

Teraz krat już nie ma, a obecny wygląd kościół otrzymał podczas przebudów w XVII i XVIII wieku. Wtedy to znacznie go podwyższono dobudowując barokową kopułę, dostawiono także zakrystię oraz kaplicę Wincentego Kadłubka. Otaczający go murek zaś jest idealnym miejscem na chwilowy odpoczynek.

 

________________________________________________

Fot. „Krakau Adalbert”. Licensed under CC BY-SA 3.0 via Commons

Odc. 1. Kraków – pierwsze kroki

Do Krakowa najlepiej jest przyjechać pociągiem (lub przylecieć samolotem). Wiem, wiem, zapewne na tę myśl zjeżyły się Wam włosy na głowie, ale uwierzcie mi to naprawdę dobre rozwiązanie. Dlaczego? Bo Kraków to jedno z najbardziej zakorkowanych miast naszego kraju (a tym samym i Europy, bo pod tym względem jesteśmy europejską elitą). Po mieście najlepiej poruszać się pieszo, a także korzystając z, może nie najszybszej, ale dobrze rozwiniętej komunikacji miejskiej (szczególnie tramwajów, które dosłownie wjeżdżają do serca Starego Miasta). Zresztą do większości zabytków i tak nie dojedziecie autem, połowę czasu zarezerwowanego na pobyt stracicie na szukanie miejsca parkingowego, a duża część miejsc, do których warto trafić jest w zasięgu niezbyt męczącego marszu. I ostatni, najważniejszy argument, który powinien Was ostatecznie przekonać – możecie spędzić parę chwil w jednym z setek lokali i nie martwić się „promilami” w Waszym krwiobiegu. Oczywiście jeśli jedziecie z małżonką/małżonkiem, dwójką lub trójką małych dzieci i psem, to nasza kolej żelazna nie jest najlepszym rozwiązaniem. Wtedy odpada też argument dotyczący dłuższego „wypoczynku” w krakowskich lokalach. Jeżeli jednak czytacie ten „przewodnik”, to znaczy, że chcecie zwiedzać miasto, a kilkugodzinne spacery wśród zabytków to jest najczęściej ostatnia rzecz, której pragną Wasze latorośle.

No dobra, otwierają się drzwi wagonu i wychodzicie na peron. Jakie jest Wasze pierwsze wrażenie?

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pięć peronów, tłumy pasażerów…, nic dziwnego, w końcu przybyliście do wielkiego miasta, które oficjalnie ma przeszło 750 tysięcy mieszkańców, a doliczając do tego studentów oraz pracujących niezameldowanych przybyszów „spod samiuśkich Tater”, „Szkieletczyzny”, „Ślunska” i Rzeszowszczyzny to ponad „bańka”. Oczywiście dochodzi do tego cała aglomeracja ze wszystkimi Alwerniami, Zabierzowami, Wieliczkami, Pcimiami, Wadowicami etc. To daje już niemal półtora miliona, a jeszcze nie zaczęliśmy liczyć turystów. No właśnie, ilu ich jest? Sporo, bo jesteście jednymi z ponad 10 milionów turystów rocznie. To dużo, czy mało? Zdecydowanie nie mało. Wyobraźcie sobie, że co roku do Krakowa przeprowadzają się łącznie wszyscy Czesi, albo Grecy. W ciągu tylko jednego 2014 roku do Krakowa przyjechało trzykrotnie więcej turystów niż mieszkańców ma Berlin! Oczywiście w tym czasie krakowianie wcale się z miasta nie wynoszą, więc jak widzicie może być trochę tłoczno.
Witajcie w Krakowie!

Zanim jednak dumnym krokiem wkroczycie do królewskich komnat na Wawelu, zanim będziecie przechadzać się uliczkami Kazimierza, zanim Wasze stopy dotkną bruków Stradomia, a nad Wisłą dopadnie Was wawelski smok (chociaż pewnie szybciej to będzie smog), zwróćcie uwagę na to co ma do zaoferowania widok z dworcowego peronu.

Żeby jednak dojrzeć pierwszy obiekt, który chciałbym Wam opisać, musicie skierować się jak najbliżej południowego krańca platformy peronowej (jeśli przyjechaliście od strony Warszawy, czy Śląska, to na dworzec wjechaliście od północy, a jeśli od strony Zakopanego, Tarnowa i Rzeszowa, to właśnie od południa). Gdy miniecie ostatnie zejście, kierując wzrok w stronę tzw. dworca wschodniego oraz dworca PKS w tle zobaczycie nieukończony wysoki budynek.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

(poniżej w zbliżeniu)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Budowa jak budowa można by rzec. Dlaczego macie patrzeć na budowę? Po pierwsze, to nie jest zwykła budowa tylko jeden z symboli byłej stolicy, a obecnie także największy w kraju słup reklamowy. Po drugie, niemal za każdym razem gdy wdrapiecie się na jakiś punkt widokowy, a w trakcie naszej wycieczki będą takowe, to na pewno ten obiekt dojrzycie. Po trzecie, jeśli macie pewne specyficzne umiejętności, to możecie je zaoferować właścicielom tego obiektu. O co chodzi? O nietypowe rozwiązanie zastosowane w latach osiemdziesiątych XX wieku 300 kilometrów na północ, w obecnej stolicy, ale o tym za chwilę. Tak więc na początek wizyty w Krakowie będzie trochę o wieżowcach.

Pozwólcie, że Wam przedstawię „Szkieletora”. Dumnie patrzący na Gród Kraka młodszy, ale bardziej znany brat niedalekiego „Błękitka” z Ronda Grzegórzeckiego ma już 40 lat. „Szkieletor” to część pomysłu krakowskiego „Manhattanu”.

Szkieletor_in_Krakow

Sam pomysł wybudowania wysokościowca niedaleko Ronda Mogilskiego powstał jeszcze w latach sześćdziesiątych XX wieku. W 1968 r. zorganizowano konkurs na projekt architektoniczny. Zwycięzcami okazali się Zdzisław Arct, Ewa Dworzak i Krzysztof Leśnodorski, którzy zaproponowali 72 metrowy budynek Naczelnej Organizacji Technicznej. Ze względów „prestiżowych” dorzucono mu osiem kondygnacji, podwyższając go do 92 m i 60 cm. To sporo, wystarczy wspomnieć, że wyższa wieża Kościoła Mariackiego ma 82 metry i mamy odpowiedź dlaczego „Szkieletor” jest tak doskonale widoczny nawet z bardzo daleka. Projekt przerabiano i obracano w poziomie wielokrotnie, a nad jego realizacją miało czuwać 21 zespołów inżynierskich.
Władze ogłosiły, że Krakusy nie gęsi i swój Manhattan mają i w 1975 roku zabrano się do budowy. Nie było łatwo. Okazało się, że w naszej „ludowej ojczyźnie” nie ma odpowiedniego dźwigu i trzeba było takowy ściągać ze „zgniłego, kapitalistycznego zachodu”, a dokładnie znad Loary. „Niech się mury pną do góry”, marzyli przedstawiciele władz, mieszkańcy i architekci. Ich życzenia się spełniały i pięły się mury przez najbliższe niemal 4 lata. Aż w lutym 1979 r., zabrakło kasy i budowa stanęła. Pech! A taki miał być piękny i nowoczesny. W 2005 r. miało zakończyć się budowanie całego „Manhattanu” z dużą liczbą wieżowców. Jest 2015, więc Kraków powinien już od 10 lat być Dubajem Północy, Nowym Jorkiem „Lechistanu” i Europy Środkowo-Wschodniej. Towarzysz Edward Gierek miał być takim „socjalistycznym Kazimierzem Wielkim”, co to zastał Kraków murowany, a zostawił szklany. Sam Żeromski byłby usatysfakcjonowany widząc tyle szklanych domów.
Jeszcze w latach siedemdziesiątych w dalekiej Italii kupiono mu ubranko. Budynek NOT miał być ubrany we włoskie ściany osłonowe, ale zaraz po zakupie je odsprzedano. I tak od końca lat siedemdziesiątych nagi „Szkieletor” wrósł w pejzaż „miasta Wandy co nie chciała Niemca”.
Co z nim robić? – głowiły się tęgie urzędnicze, architektoniczne i urbanistyczne głowy. W 1984 r. stwierdzono, że zostanie obudowany wielką płytą i tak powstaną mieszkania dla pracowników Kombinatu z Nowej Huty. Na szczęście nie zrealizowano tego „znakomitego” pomysłu, ale nie zrealizowano także następnych. Trzykrotnie miały być w nim hotele, raz Centrum Nauki i Techniki, innym razem centrum biznesu, a raz omal nie stał się własnością sąsiada, czyli ówczesnej Akademii Ekonomicznej.
Nad „Szkieletorem” zawisło fatum! A może ktoś rzucił na „Szkieletora” klątwę? A na ten temat wiedzą sporo budowniczowie innego, tym razem warszawskiego wieżowca. Chodzi tu oczywiście o Klątwę Rabina i budowę Błękitnego (początkowo złotego) Wieżowca na placu Bankowym. Pierwsze plany wybudowania wysokościowca na skrzyżowaniu Marszałkowskiej i Al. Solidarności (wtedy Świerczewskiego) powstały już w latach 50-tych, czyli przynajmniej kilkanaście lat wcześniej niż „Szkieletora”. Miejscówka, przy ówczesnym placu Dzierżyńskiego wydawała się znakomita. Niezbyt zadowoleni z tego faktu byli jednak wyznawcy judaizmu, gdyż było to miejsce po zburzonej w 1943 r. przez Niemców Wielkiej Synagodze na ulicy Tłomackie 7. Budowa rozpoczęła się dopiero w latach siedemdziesiątych i trwała prawie dwadzieścia lat. Wszystko jednak szło nie tak jak zakładano, aż w końcu, prezydent Warszawy Jerzy Bolesławski złapał się ostatniej deski ratunku, przyszedł do prezesa Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów, Szymona Szurmieja. Szurmiej dwukrotnie wzywał do Warszawy najbardziej ortodoksyjnych rabinów z Brooklynu, którzy kilkudniowymi nieustannymi modlitwami mieli „odświęcić” miejsce po synagodze. I wreszcie się udało. Budowę ukończono w 1991 r.
Ale wróćmy do Krakowa i klątwy (?), fatum (?) wiszącymi nad „Szkieletorem”. Trzeba to koniecznie sprawdzić! Jest klątwa, czy jej nie ma? Co prawda, nowy właściciel zapowiedział już przebudowę „Szkieletora” na Treimorfa, czy jakoś tak, ale chciałbym przypomnieć, że plany były już sporządzane wielokrotnie, a nasz czcigodny i coraz starszy bohater jak stał, tak nieukończony stoi. Trzeba koniecznie odczynić zło, albo przegonić stamtąd duchy, ewentualnie odprawić modły. Jeśli potraficie pomóc, to zgłoście się do obecnych właścicieli „Szkieletora” i zaproponujcie swe usługi. Jeśli tylko przyspieszy to zagospodarowanie całego terenu, to pewnie chętnie się na to zgodzą, a być może pojawi się także jakieś zadośćuczynienie.

Fot.1, 2.: Tomek „Papug”

Fot.3.: Wikipedia „Szkieletor in Krakow” autorstwa Janusz Klimek, Kraków