Archiwa tagu: krakowskie knajpy

Odc. 20. „Wiśniówka” na torcie. Część 2. Indyjanie w Krakowie.

Człowiek od zawsze szukał sposobów na oderwanie się od codzienności i często temu służył alkohol. Są tacy, co twierdzą, że jest on zgubą ludzkości. Może i tak, ale ja go lubię. Oprócz rozrywki, od wieków topi się w nim smutki i problemy. No cóż, zgodzicie się, że alkohol nie rozwiązuje problemów, ale mleko w sumie też nie. To będzie kontynuacja opowieści tylko dla dorosłych, opowieści o spożywaniu napojów procentowych w dawnym Krakowie oraz o najsłynniejszej przez wieki knajpie Grodu Wandy co Niemca nie chciała. Nadal zwiedzamy Rynek Główny.

W piwnicach krakowskiego ratusza, o którym pisałem tu i tu, przez wiele wieków znajdowała się knajpa, którą jedni wychwalali pod niebiosa, inni zaś przeklinali. Przez ścianę sąsiadowała z kazamatami, w których przetrzymywano więźniów oraz dokonywano ich przesłuchań (zadawano pytania i dzięki pomocy kata otrzymywano szybkie, zadowalające sędziów odpowiedzi). Czy aresztanci mieli dodatkowe katusze w postaci słuchania świetnie bawiących się w piwiarni kolegów? Tego nie wiem, mury były dosyć grube.

1024px-WWII_Krakow_-_09

Piwnica ta, zwana Piwnicą Świdnicką, oferowała najlepsze piwa sprowadzane ze Śląska. Piwko ze Świdnicy bardzo smakowało Krakusom, więc w drugiej połowie XV wieku spadł popyt na lokalne napitki, a co za tym idzie spadły też dochody z mielenia słodu w podkrakowskich młynach należących do króla. Piwnica należała do Rady Miasta i przysparzała jej w niektórych latach całkiem sporych dochodów, ale na tym interesie tracił dwór królewski. W 1456 roku decyzją króla Władysława Jagiellończyka zakazano importu piwa. Nad fanami dobrego piwa zebrały się ciemne chmury. Oczywiście zawsze byli równi i równiejsi, co oznaczało, że zakaz nie obejmował pewnych grup i poszczególnych osób, które mogły sprowadzać je na własny użytek. Przeciętnym Krakusom pozostały do wyboru:

a) jedynie piwka krakowskie, którym daleko było do tych sprowadzanych,

b) przerzucenie się na inne, wysokoprocentowe trunki lub…

c) rezygnacja z dostarczania do organizmu alkoholu.

Większość zdecydowanie wybrała jedną z dwóch pierwszych opcji, zapewne także łącząc je w nowym lokalu, który przyjął nazwę Szynk Indie, a zwany był powszechnie Indyja.

„Piwniczanie”, „Hindusi” lub też „Indianie” ;-) , czyli stali bywalcy odetchnęli z ulgą dopiero w 1501 roku, gdy po 45 latach cofnięto zakaz importu „browarków” ze Śląska. Zrobił to Jan Olbracht zapewne pod naciskiem krakowskich rajców. Piwnica Świdnicka vel Indyja znowu zaczęła serwować wyśmienite trunki z importu.

Szybko jednak z lokalu oferującego droższe i lepsze trunki, Piwnica Świdnicka stała się miejscem zwanym spelunca latronum, czyli jaskinią zbójców. Stąd też określa się lokale o nienajlepszej reputacji jako speluny. Nasza spelunca zaczęła być schronieniem dla pijaczków, złodziejaszków, a także dziewcząt, o których dzisiaj mówi się, że tylko pod tramwajem nie leżały. Andrzej Frycz Modrzewski, pisarz, sekretarz królewski atmosferę XVI-wiecznych szynków opisał tak:

Ludzie próżnujący cały dzień tam leżą, piją a żywią się z nierządnicami bardzo rozpustnie: dzieweczek i niewiast uczciwych pod zasłoną tańca
albo jakiej innej gry do siebie proszą, a w ten czas
o ich stateczność pilno starają. A gdzież swarów,
guzów, ran, ochronienia, zabijania, przytrafia się
jako w karczmach.

Nie da się ukryć, że Piwnica Świdnicka, nie należała do lokali najwyższej kategorii. Gdy w 1757 roku przesłuchiwano podejrzanego o kradzież krakowianina, ten zeznał, że mieszkał w Piwnicy Świdnickiej pięć tygodni, więc jak widzicie dla wielu był to drugi, a czasami nawet pierwszy dom.

Piwnica Świdnicka, czy jak kto woli Indyja swój żywot zakończyła w 1820 roku wraz z budynkami ratusza, pod którymi się znajdowała i razem z nim przeszła do historii. Zdecydowanie nie był to lokal na miarę gwiazdek w Przewodniku Michelina, nie była to urokliwa kawiarenka dla matek z dziećmi, ale jeśli nie zwiedzacie Krakowa z pociechami, jeśli nie szukacie romantycznych kafejek, a chcecie poznać specyfikę miasta, porozmawiać z ciekawymi ludźmi, to unikajcie lokali dla turystów, wejdźcie w boczne uliczki na Starym Mieście, Kleparzu, Kazimierzu, Stradomiu, czy na Podgórzu, do knajpek w podwórkach, poszukajcie miejsc, do których chodzą „lokalsi”, nawet „żuliki”, którzy za piwko lub banię „Wiśniówki” opowiedzą Wam ciekawe historie o swojej dzielnicy, swoim mieście i jego mieszkańcach. Warto.

__________________________________

Fot. Piwnice pod dawanym ratuszem. Źródło „WWII Krakow – 09” autorstwa S. Kolowca – Jan Dąbrowski (1946) Kraków pod Rządami Wroga 1939-1945, Kraków: Drukarnia Uniwersytetu Jagiellońskiego, ss. 56 no ISBN. Licencja Domena publiczna na podstawie Wikimedia Commons

Odc. 19. „Wiśniówka” na torcie. Część 1.

Rozpoczęło się lato, dla większości z Was nastał okres urlopów i odpoczynku. Niezależnie gdzie spędzacie ten czas, często towarzyszy Wam piwko, winko lub destylaty wszelakie. Oczywiście nikogo nie namawiam do spożywania w różnym stężeniu alkoholu etylowego (C₂H₅OH). Zawsze możecie odmówić, ale możecie też stwierdzić: „jestem nieśmiały (nieśmiała) i nie śmiem odmawiać” i skusić się na kufelek, lampkę lub kieliszeczek czegoś dobrego. Prawie jak w żarcie o studentach:

- Cześć, gdzie idziesz?

- Na wódkę.

- Namawiał, namawiał i namówił…

Przestrzegam kierowców przed spożywaniem piwka oraz innych „procentowych smakołyków” i, jeśli zwiedzacie (nie tylko Gród Wandy), to proponuję robić to bez kierowania pojazdem mechanicznym. Powody już przedstawiłem we wstępie. Należy też zachować umiar tak, aby nie trafiła się Wam „rozrywka” na ulicy Rozrywka. W razie jakby co, to jest jeszcze urlop na żądanie, przecież każdemu może się zdarzyć nagła „choroba dnia wczorajszego” lub diagnozowana najczęściej u polityków „choroba filipińska”. Powód nieprzyjścia do pracy musicie wymyślić sami. Książę Leszek Biały, który zobowiązał się do wyjazdu na wyprawę krzyżową do Ziemi Świętej, napisał do papieża Innocentego III prośbę o zwolnienie go z tej roboty, bo na południu piwa nie znają, a on niczego oprócz piwa nie pije. Można? Można.

Schłodzony, poddany fermentacji alkoholowej efekt enzymatycznej hydrolizy skrobi i białek z ziaren zbóż wypity w klimatycznym lokalu, albo na dworze/polu* (* wersja dla Krakusów) na pewno zaszkodzić nie zaszkodzi, a pomóc może. Do tego w każdej napotkanej knajpie „bania” smakowitego, zmrożonego destylatu i pozostaje tylko stwierdzenie: „dziękuję za uwagę, oddaję głos do studia…;-) . Kraków wielu turystom kojarzy się głównie z knajpami i alkoholem. Coś w tym jest, bo w Grodzie Kraka co roku wydaje się 2500 koncesji na sprzedaż napojów o zawartości ponad 4,5% alkoholu. W całej Norwegii na sprzedaż takich produktów w 2013 r. wydano 252 (!) pozwolenia. W obu przypadkach nie wlicza się do tej liczby punktów, w których można kupić tylko piwo, trzeba więc doliczyć także lokale i sklepy typowo „piwne” i wtedy ta liczba jeszcze trochę się zwiększy. U Norwegów jeden sklep z wódą przypada na 18 tysięcy mieszkańców, a w stolicy Małopolski na około 300 (słownie: trzystu). Jak widzicie, szczególnie w Krakowie, jest w czym wybierać i problem z dostępnością nie istnieje. A jak było kiedyś? Jak ten problem rozwiązywano w dawnych wiekach? Przecież alkohol to nie wymysł ostatnich dziesięcioleci, nie zaczęto go sprzedawać wraz z najazdem na Kraków knajpianych turystów z „Warszawki”, czy hord pijanych „Synów Albionu”. No właśnie, jak?

Już w średniowiecznym Krakowie pijano duże ilości piwa, co widzicie na przykładzie naszego księcia Leszka żyjącego na przełomie XII i XIII wieku. Wino pito rzadziej, bo było mniej dostępne, droższe i na miejscu raczej go nie wyrabiano. Gorzałki właściwie nie spożywano, a mocniejsze doznania oferowane były przez wytwórców i sprzedawców miodów pitnych. W czasach późniejszych te proporcje zaczęły się zmieniać na korzyść okowity, a i win pijano coraz więcej, jednak wciąż niekwestionowanym liderem było piwo.

Piwo w tamtych czasach było nie tylko, tak jak obecnie, źródłem przyjemności. Pracownicy mieli zagwarantowane „ustawowo” odpowiednią dzienną ilość piwa lub jego ekwiwalent w postaci tzw. piwnego. Z czego to wynikało? Z jakości wody dostępnej w mieście. Zamiast niezbyt czystej wody, mogącej doprowadzić do wielu chorób, pito w ciągu dnia lekkie, niskoprocentowe piwko, które często bardziej przypominało podpiwek niż dzisiejsze 5-6% lagery. Oczywiście kto miał na to ochotę, mógł się po robocie „sponiewierać” mocniejszymi browarkami. Trzeba było jednak uważać, żeby za pijaństwo nie zostać skazanym np. na karę kuny.

Jeśli porównamy liczbę dostępnych lokali, w których można było kupić piwo, to czternasto, czy piętnastowieczne miasto Wandy i Kraka nie ustępowało niczym obecnemu Krakowowi. Tak jak i teraz można było dostać piwa różnej jakości i różnej ceny, różnica była przede wszystkim taka, że większość piw było wyrabiane na miejscu. Teraz oprócz browarów restauracyjnych, które policzymy na palcach jednej ręki, w Krakowie od lat nie ma żadnego browaru (od niedawna jest jeden, niewielki tuż przy granicach miasta). Zlikwidowany w 2001 roku browar przy ulicy Lubicz (dawny Browar Johna, a później Götza) przez wiele ostatnich lat swego istnienia był tylko rozlewnią piw produkowanych poza Krakowem.

Krakowianie w wiekach średnich mieli naprawdę duży wybór złocistych trunków. Oferowano tanie piwo białe (cerevisia alba), piwo lekkie zwane schayte, nieco droższe piwo langwelle oraz czarne, jęczmienne piwo marcowe. Najpowszechniejsze zaś było piwo pszeniczne (cerevisia triticea).

W XIV-wiecznym grodzie, w którym mieszkało niewiele ponad 10 tysięcy ludzi, działało co najmniej 25 browarów, a tylko na ulicy św. Marka było ich 5. Aby chronić interes browarników i oczywiście interes miasta, w 1358 roku Kazimierz Wielki wydał zarządzenie, w którym zapisano, że na pół mili wokół Krakowa nikt nie ma prawa mieć browaru i wyszynku. Starano się ściśle kontrolować jakość wytwarzanych i sprzedawanych płynów, a za nadużycia surowo karano. Powstało specjalne stanowisko tzw. mensuratores, którzy mierzyli ilość piwa, jakie powstawało z dostarczonych składników. Piwowar za oszustwo tracił na pół roku prawo do wyrabiania trunków, a gdy go złapano powtórnie, mógł być nawet wygnany z miasta.

Pilnowano też szynkarzy, bo notorycznie kombinowali. Najczęściej używali zbyt małych miar, albo do dobrego piwa dolewali piw gorszej jakości. W tym celu zatrudniono kilku tzw. affusores, którzy mieli czuwać nad prawami konsumentów. Gdy zobaczyli, że barman nie trzyma miar, albo robi dolewki, płacił karę pieniężną oraz mógł mieć lokal zamknięty nawet na miesiąc. Nie były to wyjątkowe sytuacje, gdyż już na początku XV wieku, w miejskim budżecie roczne wpływy z kar dwukrotnie przewyższały koszt zatrudnienia i wyposażenia kontrolerów.

Kraków, podobnie jak inne średniowieczne miasta, posiadał wiele lepszych i gorszych lokali, podających różne rodzaje napitków. Były takie, których sława przekraczała bramy ówczesnej stolicy, o których pisano mniej, lub bardziej chwalebne opinie. I to właśnie jest jeszcze jeden powód, poza hobbystycznym spożywaniem, dla którego opisuję Wam rozrywki dawnych mieszczan Grodu Kraka. W piwnicach krakowskiego ratusza, tuż obok kazamat, przez kilka stuleci funkcjonowała knajpa przez jednych wielbiona, przez innych przeklinana, mająca kilka formalnych i nieformalnych nazw, z których moja ulubiona to spelunca latronum. O niej, o jej nazwach, bywalcach, a nawet o dziewkach wszetecznych już niedługo przeczytacie w kolejnej części mojej opowieści. Niech to będzie taka… „Wiśniówka” na torcie ;-)