Archiwa tagu: kościół św. Wojciecha

Odc. 21. O św. Wojciechu i jego kościółku na Rynku

Była już opowieść o świętym Florianie, który rzekomo chroni od pożarów, było o Basi, która jest patronką niemal wszystkich znanych zawodów, a teraz będzie słów kilka o Wojciechu, także świętym i o kościółku, któremu ów święty patronuje. Świątynia ta stoi na Rynku u wylotu ulicy Grodzkiej i, co może wielu z Was zdziwić, nie jest wcale najmniejszym kościołem Grodu Kraka.

O tym skąd się tam wzięła i dlaczego jest tak nisko dowiecie się za chwilę. Teraz skupmy się na jej patronie i legendzie z nim związanej.

Przez wiele wieków twierdzono, że św. Wojciech zanim świętym został, zanim miasto Kraków powstało, przybywał na teren obecnego Rynku, tu głosił swe kazania i chrzcił pogańskich mieszkańców. Ci z wdzięczności, w miejscu modłów, postawili niewielką świątynię, której patronem został Wojciech. No cóż, szansa na to, że Wojciech bywał w tym miejscu jest, ale raczej jest podobna do szansy na wygranie przez polski klub piłkarski Ligi Mistrzów.

Kim był ów święty? Sprawdźmy. Wojciech, a właściwie Vojtěch, bo ten gość był Czechem, jako młody kapłan został biskupem Pragi, ale długo nie nacieszył się stanowiskiem, bo go Pepiki szybko pogonili. Naraził się i wiernym, i możnowładcom. Mieli go dość wszyscy, później oprócz Czechów także mieszkańcy dzisiejszej Słowacji oraz Węgrzy. Podczas bierzmowania przyjął imię Adalbert, więc czasami znany jest też pod tym imieniem. W roku 997 wybrał się namawiać plemiona pruskie na zmianę wiary i… mu się nie udało. Prusowie zabili biednego Vojtěcha vel Adalberta. Misja już od samego początku miała niewielkie szanse powodzenia. Jak chcecie się przekonać jak taka wyprawa może wyglądać, to jeźdźcie na tereny zajęte przez tzw. Państwo Islamskie głosić wiarę w Chrystusa. Nie wiem czy zostaniecie świętymi, ale zapewne podobnie jak Wojciech wrócicie bez głowy. Za to, że tam pojechał i zginął został szybko okrzyknięty świętym, żadnych innych zasług w tej mierze nie odnotowano, a przynajmniej nie tyle żeby po wsze czasy wychwalać jego dokonania. Nie będę tu już nawiązywał do polityki i pewnej wyprawy sprzed kilku lat…
Ciało przyszłego świętego z rąk pogan wykupił Bolesław Chrobry. Na przełomie X i XI wieku Państwu Polskiemu bardziej był potrzebny martwy święty niż żywy misjonarz wędrujący wśród jezior i lasów. Po śmierci okazało się, że wszyscy chcą Wojciecha, a właściwie tego co z niego zostało. Pocięli go i teraz jego relikwie są i w Gnieźnie, i w Pradze, w Kleve koło Düsseldorfu i Akwizgranie. Tyle o patronie Polski, Czech oraz naszego niewielkiego kościółka na krakowskim Rynku.

Krakau_Adalbert
Zajmijmy się budowlą. Z daleka widać dominujący styl barokowy, jednak kościół jest sporo starszy. Można to poznać po licznych elementach romańskich np. wąskim okienku od prezbiterium, romańskim portalu wokół drzwi wychodzących na ulicę Grodzką, czy po tym, że jest on zbudowany w dużej mierze z wapienia wzmacnianego na rogach piaskowcem. Archeolodzy twierdzą, że pochodzi z drugiej połowy XI lub początków XII stulecia. Ponadto stoi na miejscu jeszcze starszej, drewnianej świątyni, która była tu w X wieku. To, że „bohater” tej opowieści jest znacznie starszy niż niemal cała zabudowa placu można poznać także po tym, że podobnie jak Bazylika Mariacka stoi pod innym kątem niż kamienice i Sukiennice. Podczas wytyczania Rynku Głównego w połowie XIII wieku oba kościoły więc już istniały.

Na początku XV wieku kościółek stał się prebendą Uniwersytetu Jagiellońskiego. Co to oznaczało? Proboszcz mógł liczyć na wsparcie władz uniwerku, np. część kar jakie wymierzał sąd rektorski była przekazywana na utrzymanie świątyni. W 1525 roku na przykład za obrazę nauczyciela (magistra) i studenta, na karę 200 grzywien zostali skazani Piotr z Krosna oraz Żyd Izaak. Połowa z tej niemałej sumy miała być wpłacona pro ecclesia Sancti Adalberti.
O ile szanse na to, że w tym miejscu przemawiał Wojciech są mizerne, to miejsce to stało się znane z kazań innego ważnego katolickiego świętego. Był nim Jan Kapistran (Giovanni da Capestrano), który na zaproszenie biskupa Oleśnickiego i króla Kazimierza Jagiellończyka przybył do Krakowa w sierpniu 1453 roku. Zamieszkał w kamienicy przy Rynku na rogu ulicy Wiślnej (dzisiaj pod numerem 28), która od tego wydarzenia zwana jest „Kamienicą pod Kapistranem”. Na jej rogu, na wysokości pierwszego piętra stoi figura przedstawiająca tego kaznodzieję. Jako że lubił przemawiać pod gołym niebem, to tuż przy kościele św. Wojciecha wybudowano mu specjalną trybunę. Więcej wizyt katolickich świętych (oprócz Karola Wojtyły), w tym miejscu nie odnotowano.

Zapewne zauważyliście, że nasza niewielka świątynia stoi poniżej obecnej płyty głównego placu miejskiego. Po opisywanym już pożarze Sukiennic w 1555 roku postanowiono przebudować Rynek oraz podnieść i wyrównać jego poziom. Trudno to sobie wyobrazić, ale jeszcze w I połowie XVI wieku nasz sakralny „bohater” stał na niewielkim wzniesieniu, wokół którego biegło szerokie zagłębienie. W tym zagłębieniu, podobnie jak na całym Rynku, stało wiele kramów. Było to powodem nieporozumień, bo właściciele kramów oraz klienci mocno zanieczyszczali ściany świątyni, a i zapachy nie należały do aromatów. Księżom przeszkadzał tylko smród jaki wydobywał się od bud, a nie przeszkadzały same stragany, bo czynsz z kramów otaczających kościół w całości otrzymywał właściciel terenów wokół kościoła. Właścicielem był uniwersytet, a część zebranej kwoty przeznaczano dla proboszcza od św. Wojciecha. Pecunia non olet! ;-)

Gdy w II połowie XVI wieku wyrównano rynkowe bruki okazało się, że wejście do świątyni jest odrobinę niżej. Niewielkiego kościółka nie dało się podnieść, więc pozostał w zagłębieniu. Takiego problemu nie było z okolicznymi kamienicami, które miały wysoko umiejscowione wejścia. Rozebrano wtedy tylko ich przedproża, zasypano także wejścia do piwnic usytuowane od frontów. Gdyby nie to, pewnie oczy turystów cieszyłyby przedproża takie jak w Gdańsku na ulicy Mariackiej, czy Długim Targu. Było, minęło, przedproży w kamienicach nie ma, a kościółek stoi niżej. Niedługo potem, pod koniec XVI wieku, gdy do kościoła św. Barbary wprowadzili się Jezuici, przeniesiono stamtąd do Wojciecha kazania niemieckie.

Na początku XVIII wieku kramów tuż przy murach kościoła już nie było, a był on otoczony płotem. Kramy oddalono od niego o kilka metrów. Jednocześnie wiadomo, że już wtedy Kraków miał problem ze zbieraczami złomu. Oto fragment tekstu z roku 1712 dotyczący otoczenia kościoła św. Wojciecha: „Za prowizorstwa Pana Gałeczki krata żelazna zepsowana y rozkradziona przez ultajów koło kościoła, de novo wystawiona sumptem jaśnie Wielmożnej Jej Mości Pani Domicelli z Kurozwęk Mięcińskiej wieluńskiej, ojcowskiej, radomskiej starościny z dołożeniem sumptu z percepty brackiej, jako patet z regestrów P. Gałeczki”. Jak widzicie „ultaje”, co to chętnie „zaopiekują się” każdym kawałkiem metalu istnieli już w dawnej Polsce i gdyby nie, zapewne mocno świątobliwa, Pani Domicella kraty byłyby jeszcze długo „zepsowane”.

Teraz krat już nie ma, a obecny wygląd kościół otrzymał podczas przebudów w XVII i XVIII wieku. Wtedy to znacznie go podwyższono dobudowując barokową kopułę, dostawiono także zakrystię oraz kaplicę Wincentego Kadłubka. Otaczający go murek zaś jest idealnym miejscem na chwilowy odpoczynek.

 

________________________________________________

Fot. „Krakau Adalbert”. Licensed under CC BY-SA 3.0 via Commons