Archiwa tagu: Kościół Mariacki

Odc. 21. O św. Wojciechu i jego kościółku na Rynku

Była już opowieść o świętym Florianie, który rzekomo chroni od pożarów, było o Basi, która jest patronką niemal wszystkich znanych zawodów, a teraz będzie słów kilka o Wojciechu, także świętym i o kościółku, któremu ów święty patronuje. Świątynia ta stoi na Rynku u wylotu ulicy Grodzkiej i, co może wielu z Was zdziwić, nie jest wcale najmniejszym kościołem Grodu Kraka.

O tym skąd się tam wzięła i dlaczego jest tak nisko dowiecie się za chwilę. Teraz skupmy się na jej patronie i legendzie z nim związanej.

Przez wiele wieków twierdzono, że św. Wojciech zanim świętym został, zanim miasto Kraków powstało, przybywał na teren obecnego Rynku, tu głosił swe kazania i chrzcił pogańskich mieszkańców. Ci z wdzięczności, w miejscu modłów, postawili niewielką świątynię, której patronem został Wojciech. No cóż, szansa na to, że Wojciech bywał w tym miejscu jest, ale raczej jest podobna do szansy na wygranie przez polski klub piłkarski Ligi Mistrzów.

Kim był ów święty? Sprawdźmy. Wojciech, a właściwie Vojtěch, bo ten gość był Czechem, jako młody kapłan został biskupem Pragi, ale długo nie nacieszył się stanowiskiem, bo go Pepiki szybko pogonili. Naraził się i wiernym, i możnowładcom. Mieli go dość wszyscy, później oprócz Czechów także mieszkańcy dzisiejszej Słowacji oraz Węgrzy. Podczas bierzmowania przyjął imię Adalbert, więc czasami znany jest też pod tym imieniem. W roku 997 wybrał się namawiać plemiona pruskie na zmianę wiary i… mu się nie udało. Prusowie zabili biednego Vojtěcha vel Adalberta. Misja już od samego początku miała niewielkie szanse powodzenia. Jak chcecie się przekonać jak taka wyprawa może wyglądać, to jeźdźcie na tereny zajęte przez tzw. Państwo Islamskie głosić wiarę w Chrystusa. Nie wiem czy zostaniecie świętymi, ale zapewne podobnie jak Wojciech wrócicie bez głowy. Za to, że tam pojechał i zginął został szybko okrzyknięty świętym, żadnych innych zasług w tej mierze nie odnotowano, a przynajmniej nie tyle żeby po wsze czasy wychwalać jego dokonania. Nie będę tu już nawiązywał do polityki i pewnej wyprawy sprzed kilku lat…
Ciało przyszłego świętego z rąk pogan wykupił Bolesław Chrobry. Na przełomie X i XI wieku Państwu Polskiemu bardziej był potrzebny martwy święty niż żywy misjonarz wędrujący wśród jezior i lasów. Po śmierci okazało się, że wszyscy chcą Wojciecha, a właściwie tego co z niego zostało. Pocięli go i teraz jego relikwie są i w Gnieźnie, i w Pradze, w Kleve koło Düsseldorfu i Akwizgranie. Tyle o patronie Polski, Czech oraz naszego niewielkiego kościółka na krakowskim Rynku.

Krakau_Adalbert
Zajmijmy się budowlą. Z daleka widać dominujący styl barokowy, jednak kościół jest sporo starszy. Można to poznać po licznych elementach romańskich np. wąskim okienku od prezbiterium, romańskim portalu wokół drzwi wychodzących na ulicę Grodzką, czy po tym, że jest on zbudowany w dużej mierze z wapienia wzmacnianego na rogach piaskowcem. Archeolodzy twierdzą, że pochodzi z drugiej połowy XI lub początków XII stulecia. Ponadto stoi na miejscu jeszcze starszej, drewnianej świątyni, która była tu w X wieku. To, że „bohater” tej opowieści jest znacznie starszy niż niemal cała zabudowa placu można poznać także po tym, że podobnie jak Bazylika Mariacka stoi pod innym kątem niż kamienice i Sukiennice. Podczas wytyczania Rynku Głównego w połowie XIII wieku oba kościoły więc już istniały.

Na początku XV wieku kościółek stał się prebendą Uniwersytetu Jagiellońskiego. Co to oznaczało? Proboszcz mógł liczyć na wsparcie władz uniwerku, np. część kar jakie wymierzał sąd rektorski była przekazywana na utrzymanie świątyni. W 1525 roku na przykład za obrazę nauczyciela (magistra) i studenta, na karę 200 grzywien zostali skazani Piotr z Krosna oraz Żyd Izaak. Połowa z tej niemałej sumy miała być wpłacona pro ecclesia Sancti Adalberti.
O ile szanse na to, że w tym miejscu przemawiał Wojciech są mizerne, to miejsce to stało się znane z kazań innego ważnego katolickiego świętego. Był nim Jan Kapistran (Giovanni da Capestrano), który na zaproszenie biskupa Oleśnickiego i króla Kazimierza Jagiellończyka przybył do Krakowa w sierpniu 1453 roku. Zamieszkał w kamienicy przy Rynku na rogu ulicy Wiślnej (dzisiaj pod numerem 28), która od tego wydarzenia zwana jest „Kamienicą pod Kapistranem”. Na jej rogu, na wysokości pierwszego piętra stoi figura przedstawiająca tego kaznodzieję. Jako że lubił przemawiać pod gołym niebem, to tuż przy kościele św. Wojciecha wybudowano mu specjalną trybunę. Więcej wizyt katolickich świętych (oprócz Karola Wojtyły), w tym miejscu nie odnotowano.

Zapewne zauważyliście, że nasza niewielka świątynia stoi poniżej obecnej płyty głównego placu miejskiego. Po opisywanym już pożarze Sukiennic w 1555 roku postanowiono przebudować Rynek oraz podnieść i wyrównać jego poziom. Trudno to sobie wyobrazić, ale jeszcze w I połowie XVI wieku nasz sakralny „bohater” stał na niewielkim wzniesieniu, wokół którego biegło szerokie zagłębienie. W tym zagłębieniu, podobnie jak na całym Rynku, stało wiele kramów. Było to powodem nieporozumień, bo właściciele kramów oraz klienci mocno zanieczyszczali ściany świątyni, a i zapachy nie należały do aromatów. Księżom przeszkadzał tylko smród jaki wydobywał się od bud, a nie przeszkadzały same stragany, bo czynsz z kramów otaczających kościół w całości otrzymywał właściciel terenów wokół kościoła. Właścicielem był uniwersytet, a część zebranej kwoty przeznaczano dla proboszcza od św. Wojciecha. Pecunia non olet! ;-)

Gdy w II połowie XVI wieku wyrównano rynkowe bruki okazało się, że wejście do świątyni jest odrobinę niżej. Niewielkiego kościółka nie dało się podnieść, więc pozostał w zagłębieniu. Takiego problemu nie było z okolicznymi kamienicami, które miały wysoko umiejscowione wejścia. Rozebrano wtedy tylko ich przedproża, zasypano także wejścia do piwnic usytuowane od frontów. Gdyby nie to, pewnie oczy turystów cieszyłyby przedproża takie jak w Gdańsku na ulicy Mariackiej, czy Długim Targu. Było, minęło, przedproży w kamienicach nie ma, a kościółek stoi niżej. Niedługo potem, pod koniec XVI wieku, gdy do kościoła św. Barbary wprowadzili się Jezuici, przeniesiono stamtąd do Wojciecha kazania niemieckie.

Na początku XVIII wieku kramów tuż przy murach kościoła już nie było, a był on otoczony płotem. Kramy oddalono od niego o kilka metrów. Jednocześnie wiadomo, że już wtedy Kraków miał problem ze zbieraczami złomu. Oto fragment tekstu z roku 1712 dotyczący otoczenia kościoła św. Wojciecha: „Za prowizorstwa Pana Gałeczki krata żelazna zepsowana y rozkradziona przez ultajów koło kościoła, de novo wystawiona sumptem jaśnie Wielmożnej Jej Mości Pani Domicelli z Kurozwęk Mięcińskiej wieluńskiej, ojcowskiej, radomskiej starościny z dołożeniem sumptu z percepty brackiej, jako patet z regestrów P. Gałeczki”. Jak widzicie „ultaje”, co to chętnie „zaopiekują się” każdym kawałkiem metalu istnieli już w dawnej Polsce i gdyby nie, zapewne mocno świątobliwa, Pani Domicella kraty byłyby jeszcze długo „zepsowane”.

Teraz krat już nie ma, a obecny wygląd kościół otrzymał podczas przebudów w XVII i XVIII wieku. Wtedy to znacznie go podwyższono dobudowując barokową kopułę, dostawiono także zakrystię oraz kaplicę Wincentego Kadłubka. Otaczający go murek zaś jest idealnym miejscem na chwilowy odpoczynek.

 

________________________________________________

Fot. „Krakau Adalbert”. Licensed under CC BY-SA 3.0 via Commons

Odc. 17. O Ratuszu i dekapitacji Andrzeja W.

Poprzednią opowieść zakończyliśmy na wiszącym w Sukiennicach nożu. Próbowaliśmy też dociec jaki był cel jego wywieszenia oraz jaka legenda w związku z tym powstanie za sto lub dwieście lat. Dzisiaj po części będziemy kontynuowali dywagacje na temat wszelkiego typu ostrzy, ścinanych głów, okaleczeń itp., ale o tym za chwilę.

Przenieście się do kwartału garncarskiego, gdzie samotnie stoi wysoka wieża.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

To siedemdziesięciometrowa pozostałość po Ratuszu oraz kilku innych „przyklejonych” do niej budowli. Ratusz został wybudowany na przełomie XIII i XIV wieku. Był to początkowo niewielki, zapewne drewniany budynek, który po pożarze w 1306 r. został przebudowany na jednopiętrowy, gotycki budynek z kamienia i czerwonej cegły. W średniowieczu przylegały do niego inne budynki. Od strony północnej, czyli obecnego wejścia do wieży były to: Smatruz (to rodzaj hali targowej przeznaczonej do drobnego handlu), Dom Ławników i Dom Notariusza oraz miejskie więzienie znajdujące się mniej więcej w miejscu „Głowy”, czyli rzeźby Mitoraja „Eros bendato”. Po pożarze w 1555 roku, w którym spłonęła spora część zabudowy istniejącej na Rynku, postanowiono przebudować nie tylko Sukiennice, ale także okolicę Ratusza. Budynki przy Ratuszu, oprócz więzienia (bo te przebudowano), zrównano z ziemią, Smatruz przeniesiono na pierwsze piętro Sukiennic, notariusz i ławnicy otrzymali pomieszczenia w nowym budynku postawionym na ich miejscu. Wtedy właśnie, w latach 1561-1563 wybudowano ogromny renesansowy Spichlerz Miejski, w którym oprócz magazynów mieściło się wiele pomieszczeń miejskiej administracji. Sam spichlerz w 1632 roku spłonął, ale już cztery lata później pojawił się nowy budynek, który przetrwał do zburzenia w XIX wieku. Jak połączenie tych budowli wyglądało możecie zobaczyć na makiecie stojącej tuż przy wejściu do wieży, która jest obecnie oddziałem Muzeum Historycznego Miasta Krakowa.

MakietaRatuszaKrakowskiego-POL,_Kraków

Jak widzicie, Spichlerz zdominował niewysoki Ratusz, który mimo dobudowania jednego piętra jeszcze w XIV wieku, a także rozbudowy w wieku XVIII wyglądał jak garaż przy dużym domu.

Ten kompleks budynków stanowił centrum zarządzania miastem, z siedzibą władz, skarbcem, sądem, aresztem i… knajpą. I właśnie tym wszystkim funkcjom się przyjrzymy, o każdej znajdziecie tu trochę informacji. Wrócimy do mrocznych czasów średniowiecza…

Sąd miejski swą siedzibę miał w Ratuszu, w którym też znajdowało się więzienie, a właściwie areszt, bo wówczas kary więzienia prawie w ogóle nie stosowano. Uważano, że utrzymywanie więźnia przez długi czas na koszt miasta nie ma sensu. Stosowano różne rodzaje kar, a wiele z nich wiązało się z publicznym wykonaniem i krakowianie chętnie przyglądali się egzekwowaniu wyroków. W średniowieczu krwawych rozrywek tak jak i dzisiaj nie brakowało, ale do tego wszystkie były naprawdę „Live”, a nie tylko na ekranie telewizora lub komputera. Z mieszczańskich, ogólnodostępnych rozrywek można było poleżeć krzyżem w świątyni, łupnąć browara lub właśnie obejrzeć jakąś egzekucję, jeśli akurat takowa była wykonywana. Do tego celu koło Ratusza wybudowano specjalne podwyższenie, aby każdy mógł dokładnie zobaczyć wyczyny kata, rozbryzgi krwi, śmierć lub okaleczenie. Na co można było popatrzeć? Zacznijmy od zbrodni i ciężkich przestępstw, do których zaliczano: morderstwo, rozbój, gwałt, fałszowanie monety, czary, albo kacerstwo, czyli herezję. Sprawca takich występków zapewne błagał o powieszenie na szubienicy, bo sądzący mieli do wyboru jeszcze ścięcie, spalenie na stosie, wplatanie na koło, wbijanie na pal lub ćwiartowanie. Wybór zaiste bogaty. Za lżejsze przestępstwa można było otrzymać „łagodne” wyroki: ucięcie ręki, języka, uszu (wspomniane już oszelmowywanie złodziei), obcięcie włosów (czasami wraz ze skórą), chłosta, a także np. wypalanie piętna na twarzy. Można było także zostać zakuty w kuny przy Kościele Mariackim, mieć zasądzoną karę ośmieszającą (np jazdę na ośle po Rynku), stracić majątek, zostać z miasta wydalonym czasowo lub na stałe.

Od I połowy XVI wieku, podejrzani o lżejsze występki mieli do dyspozycji tzw. kabaty i niech się warszawiacy nie podniecają, bo nie chodzi tu o ich Kabaty, a o jedno piętro budynku aresztu. Na rysunku poniżej widzicie po lewej stronie ratusz przed rozbudową i wejście do aresztu po prawej stronie.

Ratusz_krakowski_rysunek

Pod kabatami, w podziemiach, dla sprawców poważniejszych przestępstw znajdowały się kazamaty wraz z izbą „przesłuchań”. Te istniały dużo wcześniej niż kabaty, bo powstały wraz z budynkiem Ratusza. Z przesłuchań w średniowiecznym stylu, czyli zwyczajnych tortur byli zwolnieni księża (a jakże), dostojnicy, miejscy rajcy, dzieci do lat 14 oraz kobiety, ale tylko ciężarne. Szlachta była od sądownictwa miejskiego wolna i nimi opiekował się (trudno tu mówić o karaniu) sąd ziemski na Wawelu.

Pamiętacie Kaplicę Złoczyńców i dzwon Tenebrat z Kościoła NMP? Każdy skazany na śmierć spędzał tam ostatnią noc przed śmiercią, a Tenebrat ogłaszał zbliżanie się egzekucji. Pociecha to średnia, ale zawsze lepiej niż w podziemnej celi. Po egzekucji zaś zwłoki były wywożone poza mury i składane do grobu na Cmentarzu Skazańców, który znajdował się na terenie dzisiejszych Plant, między obecnym skrzyżowaniem Siennej i św. Gertrudy, a byłym już kinem Wanda w okolicy skrzyżowania św. Gertrudy i Dominikańskiej.

Z tortur zwolnieni byli miejscy dostojnicy, przeważnie też udawało im się wywinąć od kary za mniejsze, bądź większe występki, ale nie zawsze i taki przypadek Wam teraz opiszę. Na przełomie XIV i XV wieku do szkatuły z miejskimi pieniędzmi miało dostęp zawsze trzech wyznaczonych radnych. Każdy z nich posiadał jeden z trzech kluczy potrzebnych do jej otwarcia. W 1406 roku jednym z nich został Andrzej Wierzynek, człowiek bardzo bogaty z bardzo bogatej i znanej rodziny, właściciel wielu nieruchomości na terenie Krakowa, „lokalny biznesmen o wielu powiązaniach polityczno-gospodarczych”. Andrzej był typowym radnym jakich wielu jest w polskich miastach, samorządowiec „pełną gębą”. Lubił za miejskie pieniądze „reprezentować swój gród” i „nawiązywać stosunki” z innymi miastami w całej Europie. Teraz modne są „służbowe” wyjazdy do państw afrykańskich, Chin, czy Japonii, ale i możliwości podróżowania są większe. Wierzynek jeździł bliżej, ale nie żałował na to publicznego grosza. W podróż zabierał mniejszą, aczkolwiek pełną szkatułkę zamykaną na dwa klucze. Według zaleceń Rady Miejskiej w każdą taką podróż powinno wybierać się dwóch radnych, każdy ze swoim kluczem. „Obrotny” Andrzej szybko zakręcił się wokół drugiego klucza i jeździł samotnie, mając tylko dla siebie całą zawartość skarbczyka. Nie zdziwicie się pewnie, że „faktur” nie przywoził, a wydawał na takich wycieczkach zdecydowanie więcej niż jego koledzy z krakowskiej Rady Miasta. Jako, że księgowość miejska była prowadzona dosyć nieudolnie, Andrzej zawsze potrafił się z wydatków wytłumaczyć. W pewnym momencie jego zachłanność była tak wielka, że przestał się ograniczać. Pełnymi garściami z miejskiej kasy pobierał sobie „dietę” w czasie każdej wizyty w skarbcu Ratusza. Opuściło go jednak szczęście gdy inny radny spostrzegł kradzież. Postanowiono, więc zastawić pułapkę na nieuczciwego radnego. Odpowiednio zaznaczono sakwy z pieniędzmi. Tydzień później, Wierzynek pewny swego napełniał kieszenie wpychając do nich kolejne sakwy, a gdy jedna z nich wypadła na podłogę zaalarmowano odpowiednie osoby (radnych i ławników). Po przeszukaniu okazało się, że zdążył już schować niemałą kwotę. Kilka wrzuconych do kieszeni i rękawów woreczków zawierało w różnych monetach około 22 grzywien, a to kwota wtedy nieosiągalna dla zwykłego śmiertelnika. Złapany na kradzieży musiał się przyznać. Tłumaczył się tak: „[…] długo i wiernie służyłem miastu, a za to żadnej nie miałem zapłaty, a gdy widziałem, że nikt mi tego nagrodzić nie myśli, chciałem sam sobie zapłacić. Jak synowie Izraela zrobili Egipcjanom niechcącym nagradzać ich pracy, iż z rozkazu Boga sami sobie wzięli zapłatę, tak i ja zrobiłem i wyznaję, że i te tu pieniądze, i inne często brałem, nie by kraść, lecz za moje usługi. Gdyby moje trudy chciano wynagrodzić, mało by na to i tysiąca grzywien. A przecież jest napisane, że kto ołtarzowi służy, z ołtarza żyć powinien”. Tłumaczeniem przebił nawet przyłapanych na kłamstwie i przekrętach naszych (p)osłów „madryckich”.

Ci ostatni zostali wydaleni z partii, a krakowski rajca już jako Andrzej W. w trybie mocno przyspieszonym został skazany na śmierć. Dekapitacji dokonano w kazamatach, w chwilę po wydaniu wyroku. Nie doczekał się Andrzej nocy w Kaplicy Złoczyńców. Dlaczego tak szybko i tak drastycznie? Posiadający ogromne wpływy i wielkie pieniądze radny był obiektem zawiści większości kolegów z Rady i musiał mocno zaleźć za skórę ówczesnym władzom miasta. Rodzina skazańca wiele lat sądziła się z Radą Miasta przed sądem królewskim i za to otrzymała niemałe zadośćuczynienie od króla Władysława Jagiełły.

Po śmierci, jak każdy skazany na śmierć, Andrzej Wierzynek został pochowany poza murami miasta, na Cmentarzu Złoczyńców. Tam też, jego syn Mikołaj, w 1429 roku nabył kawałek ziemi i przed 1432 rokiem ufundował nieistniejący dziś kościół św. Gertrudy, ale o nim jeszcze będzie okazja napisać. A już niedługo zapraszam na kolejną część naszej wycieczki, bo to nie koniec opowieści o Ratuszu i jego okolicach. :)

___________________________

Fot. 1. „WieżaRatuszowa-POL, Kraków” autorstwa Mach240390 – Praca własna. Licencja CC BY-SA 3.0 na podstawie Wikimedia Commons

Fot. 2. „MakietaRatuszaKrakowskiego-POL, Kraków” autorstwa Mach240390 – Praca własna. Licencja CC BY-SA 3.0 na podstawie Wikimedia Commons

Fot. 3. „Ratusz krakowski rysunek” autorstwa J. Brodowski – http://www.wawel.net/images/myszka/dzieje/dzieje2/2.htm. Licencja Domena publiczna na podstawie Wikimedia Commons

Odc. 11. O Rynku i Mariackim kościele słów kilka.

Jesteście wreszcie na Rynku Głównym, przez przybyszów z „województwa londyńskiego” zwanym Main Market.

Na „Mejnmarkecie” spotkacie mieszkańców niemal każdego miasta świata oprócz… Krakowa. Cóż tu jest takiego ciekawego? Plac jest duży, kwadratowy o bokach mierzących 200 m. Do tego jest na nim oraz wokół niego kilka ciekawych budynków. Pośrodku znajdziecie Sukiennice, wieżę dawnego ratusza i romański kościółek świętego Wojciecha, ale o nich później. Rynek został wyznaczony w 1257 roku, gdy Kraków był lokowany na prawie magdeburskim. Co to oznaczało? Od tego czasu Kraków stał się oficjalnie miastem, jego obszar podzielono na kwartały, wytyczono ulice w układzie szachownicowym oraz wspomniany rynek, pojawiło się też stanowisko wójta i miejskich rajców. Upodobnił się do Magdeburga i innych miast niemieckich: Ordnung muss sein! No właśnie, niewiele wcześniej legendarna Wanda nie chciała Niemca, przez Niemca rzuciła się w nurt Wisły, a tu w jej mieście panoszą się Germanie. Jak na złość Wandzie, wraz z nowym, niemieckim prawem przybyli też jego niemieccy twórcy i wbrew pozorom nie przyjechali do obecnej stolicy Małopolski na wycieczkę. Oni przyjechali po to by tu zamieszkać. Oczywiście nie oni pierwsi i nie ostatni. Od średniowiecza do II wojny światowej z wizytą do Krakowa wpadały przecież jeszcze zorganizowane grupy Tatarów, Szwedów, Rosjan, czy Austriaków i to bynajmniej nie w celach turystycznych. Niemcy w średniowieczu nie przyjechali w zorganizowanej grupie, ale osiedliło się ich tu całkiem sporo i wcale nie okazało się to złe dla rozwoju Krakowa.

Teraz skupimy się nad jedną z najsłynniejszych budowli Grodu Kraka, a stojącą tuż przy Rynku, ale nie na Rynku, bo stoi na Placu Mariackim przyległym do Rynku Głównego. Ze względu na to, że jest tak słynna, poświęcimy jej trochę więcej miejsca i czasu. Dodatkowo wiążą się z nią dwie słynne krakowskie legendy, o których trzeba wspomnieć.

Wychodząc z ulicy Floriańskiej, po lewej stronie, czy jak kto woli po lewej ręce, zobaczycie Bazylikę Mariacką. To drugi po Katedrze na Wawelu, najważniejszy kościół Krakowa. Zważywszy na to, że wydaje się, iż w tym mieście jest więcej świątyń niż szkół, to oznacza, że jest naprawdę zajebiście ważny. Do tego jest stary, bo istniał już na pewno na początku XIII wieku. Wskazują na to nie tylko badania archeologiczne, odkryte fragmenty kamiennej świątyni w stylu romańskim, zapisy u Jana Długosza, ale też coś innego. Żeby to zauważyć musicie porównać położenie kościoła Mariackiego i widocznego w oddali kościoła św. Wojciecha z frontami kamienic po tej stronie Rynku. Zobaczcie, że obie świątynie są asymetryczne w stosunku do osi placu, czyli są ustawione pod innym kątem niż reszta budynków. Stąd wniosek: albo budowali po pijaku, albo wybudowali je zanim wyznaczono obszar głównego placu miejskiego. Zgodzicie się ze mną, że co prawda Polak nie wielbłąd, wypić musi, to jednak bardziej prawdopodobna jest druga opcja. Tak też sądzą archeolodzy i historycy.

Kosciol_mariacki_krakow

No dobra, obejrzyjmy go sobie z zewnątrz. Duży, gotycki, z elementami renesansu i baroku, z dwiema wieżami, jednak w przeciwieństwie do większości tego typu budowli, wieże różnią się od siebie. Pamiętacie z czasów szkolnych legendę o dwóch braciach je budujących? Każdy budował swoją. Żeby łatwiej było ich rozróżnić, nadajmy im tymczasowe imiona, np. Albin i Zenon. Nie da się ukryć, że ze sobą konkurowali. Budujący lewą wieżę Albin tak się przejął swoją rolą, że nożem zabił Zenona. Dzięki temu jego wieża była wyższa, piękniejsza, bo brat nieboszczyk swojej nie dokończył. Albin wygrał! Targany jednak wyrzutami sumienia przyznał się do winy i dokonał żywota tym samym nożem popełniając na szczycie swej wieży… harakiri.
Dlaczego doszło do przestępstwa z art. 148 k.k.? Dlaczego Albin zabił i dlaczego się przyznał? Może najpierw zabił, a potem podpisał „klauzulę sumienia” i zaczął się swym czynem martwić? Tego nie wiadomo. Historia jak z Hollywood, albo bliżej krajowego podwórka – „HollyŁódź”, coś jak Kain i Abel, tylko z dramatycznym, filmowym zakończeniem. Gdyby w średniowieczu były tabloidy, to mielibyśmy historię na pierwsze strony, a i telewizja miałaby pożywkę. Ich rolę jednakże spełniali ówcześni kapłani, straszący wszystkich mękami piekielnymi (robią to także dzisiaj, ale wywołują raczej uśmiech niż strach).

Wróćmy jednak do rzeczywistości. Bazylika Mariacka to mieszanka stylów, zarówno w środku, jak i na zewnątrz. Dolne części obu wież pochodzą z przełomu XIII i XIV wieku. Ta narośl między nimi z drzwiami wejściowymi zwana kruchtą, jest o ponad 450 lat młodsza. To późny barok z połowy XVIII wieku. Drzwi z kolei pochodzą z 1929 roku, więc przy wieku najstarszych elementów świątyni można stwierdzić, że są tak nowe, iż mogą być jeszcze na gwarancji. Nad „naroślą” (kruchtą) zobaczycie potężne ostrołukowe okno, w którym skrzą się w krakowskim słońcu witraże autorstwa Józefa Mehoffera i Stasia Witkiewicza. Zapamiętajcie te nazwiska, bo o nich jeszcze wspomnę.

A teraz wieże. Lewa, wyższa, osiemdziesięciojednometrowa jest najwyższą wieżą Krakowa. Od średniowiecza należała do miasta i pełniła rolę strażnicy, stąd też zwana jest Hejnalicą. Tak naprawdę to dlatego jest wyższa od drugiej wieży, bo wypatrywano z niej ognia oraz zbliżających się nieprzyjaciół. W razie zagrożenia, czuwający tam strażnik alarmował mieszkańców. Poza tym, grany hejnał dawał sygnał do porannego otwarcia i wieczornego zamknięcia bram miejskich. To był taki system wczesnego ostrzegania i zarządzania ruchem w jednym.
Jak jest system, to zawsze znajdzie się ktoś, kto chce ten system złamać. Teraz to są hakerzy, a w średniowieczu takimi „hakerami” byli Tatarzy. Podczas jednej z niezapowiedzianych wizyt doprowadzili do najsłynniejszego w historii Krakowa „wyłączenia” systemu. Na szczęście zanim go „wyłączyli” system zdążył zadziałać. Pamiątką po tym wydarzeniu jest przerywany hejnał. I to jest właśnie druga legenda związana z tą świątynią. Zbliżający się do Krakowa Tatarzy przestrzelili gardło biednemu hejnaliście, który mimo ostrzału grał melodię ostrzegającą Krakusów przed okrutnym najeźdźcą. Złożył swe życie na ołtarzu ojczyzny. Tak to jest, biednemu zawsze wiatr w oczy, na barykadach ginie głównie biedota. Jak podają źródła, zapewne dzielny hejnalista do krezusów nie należał, bo w 1392 roku z kasy miejskiej trębacz pobierał pół grosza tygodniowo, a strażnik groszy osiem. Fakt, ceny były inne, ale kawioru bohaterski obrońca miasta raczej nie jadał. Pewnie jeszcze za ten wyczyn hejnalisty nagrodę dostał… jego dowódca, miejski rajca, albo biskup. Taki je lajf! ;-)
Jak spojrzycie w górę, to na szczycie Hejnalicy zobaczycie złotą koronę, to element, który jako ostatni pojawił się na wieży. Pojawił się tam w roku „tysiąc szatańskim”, czyli 1666 (tysiąc \m/).

A co z drugą wieżą? Ta od początku należała do kościoła, w niej na pierwszym piętrze znajduje się, niestety niedostępna turystom, kaplica Kaufmanów. W tej wieży wiszą kościelne dzwony. Jest ich tam kilka, najstarszy pochodzi z XIII/XIV w., w późniejszych czasach pojawiały się następne: Misjonał, Tenebrat, Półzygmunt oraz dzwon zegarowy. Tenebrat ogłaszał igrzyska dla gawiedzi, czyli egzekucje skazańców. Teraz wystarczy włączyć telewizor lub komputer, aby zobaczyć morze krwi, podrzynane gardła i ucinane głowy, a w średniowieczu trzeba było czekać na sygnał z Tenebrata. Ciężki był los średniowiecznego człowieka, nie było internetu, nie było www.zwiedzajkrakow.pl. Dobrej rozrywki zawsze mało! Cdn. ;)

Fot.1: „Kosciol mariacki krakow” by Pgkos – Own work. Licensed under GFDL via Wikimedia Commons – http://commons.wikimedia.org/wiki/File:Kosciol_mariacki_krakow.jpg#/media/File:Kosciol_mariacki_krakow.jpg