Archiwa tagu: Brama Floriańska

Odc. 10. Od „Portae Gloriae” do „Etiopów”

Na temat krakowskich murów, baszt i bram wiecie już sporo. Reszty dowiecie się, gdy zrobimy sobie trasę po Plantach, ale nie wszystko na raz. Co prawda nasi wschodni sąsiedzi mawiają „mniej wiesz, krócej będziesz przesłuchiwany”, ale w tym przypadku dążymy do tego, aby wiedzieć jak najwięcej.

Przechodząc przez Bramę Floriańską możecie poczuć się jak królowie, księżniczki i książęta zmierzający na królewski dwór, możnowładcy udający się na przyjęcie do sal balowych ratusza, a także zwycięzcy wodzowie witani przez tłumy wiwatujących mieszkańców. Każdy uroczysty moment celebrowany był przejazdem orszaku „Drogą Królewską” (Via Regia) prowadzącą od kościoła św. Floriana na Kleparzu przez Bramę i ulicę Floriańską, Rynek Główny, a następnie Grodzką (nie Anną ;-) ) i Kanoniczą na Wawel.

Wchodzicie przez tzw. Bramę Chwały (Porta Gloriae) i wreszcie, po raz pierwszy w czasie naszej wspólnej wyprawy, jesteście na terenie średniowiecznego Krakowa. Przed Wami ulica Floriańska, której kamienice były świadkami wszystkich najważniejszych wydarzeń Krakowa i Polski od XIII wieku. Widziały wzloty i upadki, a i same padały, o czym jeszcze wspomnę.

Na początek trochę o ulicach. Teraz to reprezentacyjne deptaki z tłumami turystów, a kiedyś? Wiele dróg Krakowa i jego okolic było utwardzonych już w XIII wieku. Jak to robiono? Jako, że we okolicy jest sporo wzgórz wapiennych, to właśnie ten materiał był używany do tego celu. Drugim sposobem było tzw. burkowanie, czyli układanie burek – drewnianych kłód. Oczywiście z ich stanem bywało różnie. Wiosną w 1570 roku urzędnicy krakowscy postanowili sprawdzić stan dróg w mieście i okolicach. No cóż, kolorowo nie było, bo w przygotowanym raporcie zachwytów trudno szukać. Na Sławkowskiej – czytamy – „droga zła, bo nie wiem, jako od wiela czasów nie burkowano”. W tym czasie zwrócono uwagę także na inny problem. Ulicami płynęły nieczystości, które następnie spływały do rzeki Rudawy. Smród musiał być okropny skoro sam Król Jegomość wysłał list w tej sprawie do swych urzędników. Ci mieli obmyślić lepszy sposób odprowadzania ścieków. Król Zygmunt Stary w 1533 roku pisał: „Widzimy, że miasto Kraków jest wspaniałe i pierwsze wśród wszystkich miast Wielkiej i Małej Polski, a tymczasem jest w wielu swych częściach i prawie wszystkich ulicach tak niedbale i podle zarządzane i pielęgnowane, że nie tylko my, lecz zaprawdę również przybysze czują się w najwyższym stopniu urażeni z powodu zebranych na tychże ulicach nieczystości, które po większej części wylewają za okno”. Takoż i teraz w stuleciu XXI nie tylko „my, lecz zaprawdę również przybysze czują”, że w Krakowie smog się unosi, smród tęgi przez palenie w piecach nie tylko kopalinami, a i te często jakości lichej, jest powszechne. Jednakowoż umiłowanie pospólstwa dla wozów samojezdnych, z po wielokroć przekręcanym liczydłem, sprowadzanych od ludów germańskich jest nam znane i zaiste niezwykłe ;-) .

Dobra, koniec znęcania się nad drogami, smrodem i pospólstwem w „blachosmrodach”, czas na domostwa. Tu także różnie bywało i różnie bywa. W średniowiecznym Krakowie dbano o zabudowę głównych ulic, stały więc na nich domy murowane, jedno i dwupiętrowe. Okazałe ceglane kamienice były przy Floriańskiej, czy Grodzkiej, ale już boczne uliczki z chaotyczną, często drewnianą zabudową, z różnego typu przybudówkami, w których gnieździła się miejska biedota, trudno było nazwać ładnymi. Czego oczy nie widzą…
Floriańska była zadbana, bo była wizytówką. Każdy właściciel, pod karą konfiskaty, musiał dbać o wygląd swych domostw. W XVI wieku, gotyckie domy zaczęto przerabiać na nowy, modny styl renesansowy. Niewielkie budynki łączono, dzięki czemu powstawały okazałe rezydencje, na fasadach zaczęły pojawiać się portale z kolumnami, gzymsy, dachy przysłaniano widocznymi do dzisiaj rzeźbionymi attykami. Nastał „Złoty wiek”, to i powstały rozwiązania „złotowieczne”, jednak „złote wieki” mają to do siebie, że się kiedyś kończą. Zresztą także w czasie „Złotego Wieku” do ideału sporo brakowało, o czym przecież pisał król Zygmunt Stary. Kolejny wiek już tak szczęśliwy nie był, wojny XVII stulecia mocno nadwyrężyły miasto. I po tym wszystkim przyszedł XVIII wiek, przyszedł czas, gdy Gród Kraka „podupadłbył nielicho”. W pierwszej połowie stulecia krakowskie kamienice padały jak domki z kart. Coraz więcej było pustostanów. Na Floriańskiej zawaliły się kamienice pod numerami 8 i 28. Widząc co się dzieje, w 1732 roku Rada Miejska ogłosiła: „Raczcie WM wiedzieć, iż urząd radziecki krakowski, zabiegając takiemu oszpeceniu miasta stołecznego Krakowa, jakie się dzieje przez upadanie coraz kamienic tak w Rynku, jako i po ulicach, przestrzega wszystkich dziedziców, posesorów i jakikolwiek interes albo prawo do tychże kamienic spadłych, pustek i placów mających, aby się do reparacji onychże poczuwali, bez omieszkania oneż reparowali, murowali i budowali się, czego jeżeli nie uczynią, dziedzictwa i wszelkiego prawa odsądzeni będą i wszystkie kamienice spadłe pod konfiskatę na skarb JKM Pana Naszego Miłościwego”. Jak widzicie, nie było lekko.

Kolejne stulecie też nie do końca było dla ulicy Floriańskiej, ale i całego Krakowa, szczęśliwe. 18 lipca 1850 wybuchł pożar, który zniszczył znaczną część miasta. Z dymem poszło 160 domów i pałaców, a także 4 kościoły i 2 klasztory. Wiele tysięcy ludzi zostało bez dachu nad głową. Była to klęska, z której skutkami walczono jeszcze kilkanaście lat. Floriańska przestała być reprezentacyjną promenadą, a swój blask zaczęła odzyskiwać dopiero na przełomie XIX i XX wieku. W 1870 ceny parceli budowlanych na tej ulicy kształtowały się, zależnie od lokalizacji od 10-15 koron/m², a w 1900 roku od 120-160 koron/m². Musicie przyznać, nawet nie znając wartości ówczesnych pieniędzy, że to różnica znaczna i zdecydowanie warto było zainwestować w nieruchomości w latach siedemdziesiątych. Floriańska odżyła.

W 1882 roku, uruchomiono pierwszą linię tramwaju konnego, którą w 1901 zamieniono na tramwaj elektryczny. Omijając Barbakan, „Straßenbahn” wjeżdżał przez Bramę Floriańską i jechał w kierunku Rynku. Widząc tę bramę pewnie zastanawiacie się jak się tam mógł zmieścić tramwaj wraz z odbierakiem prądu i przewodami trakcyjnymi. Aby ją uratować, o kilkadziesiąt centymetrów obniżono poziom ulicy, a same wozy tramwajowe były dużo węższe niż na normalnych liniach. Tramwaje wąskotorowe przez Bramę Floriańską oraz Rynek Główny jeździły aż do 1953 roku kiedy ostatecznie je zlikwidowano. Co ciekawe, po Krakowie jednocześnie jeździły zarówno tramwaje wąskotorowe (o nietypowym rozstawie szyn 900 mm) oraz normalnotorowe, czyli takie jak obecnie, „śmigające” po torach o szerokości 1435 mm. Linie z szerszymi torami wprowadzono z kilku powodów, mogły po nich jeździć szersze, więc wygodniejsze tramwaje oraz, co ważne, takie wozy mogły przemieszczać się szybciej. Umówmy się, mimo wszystko szału prędkości na tych liniach nie było. Kilka lat temu Kraków stwierdził, że i tym razem przyspieszy tramwaje, lecz nie poprzez szersze tory, a budowę tunelu tzw. Krakowskiego Szybkiego Tramwaju. Wyszło… średnio, krakowianie zaczęli sobie żartować:
Dlaczego Krakowski Szybki Tramwaj jest szybki?
Bo ma z przodu szybki i z tyłu szybki.
W nowo wybudowanym tunelu, tramwaje się wloką, bo mają ograniczoną prędkość do 40 km/h. To i tak nieźle, gdyż jeszcze do niedawna musiały w tunelu zwalniać do 30. Zostawmy jednak krakowskie tramwaje, bo to temat rzeka.

Tramwaj na Floriańskiej

Torów już nie ma, jest szeroki deptak z turystami przechadzającymi się nieśpiesznie. Wy kierujecie się w stronę Rynku Głównego i jego atrakcji. Zerknijcie na zdobienia niektórych kamienic. Skąd się one wzięły? Numerację domów wprowadzono w Krakowie dopiero pod koniec XIX wieku. Do tej pory domy i kamienice nazywano od nazwiska właściciela lub szczegółu architektonicznego (najczęściej figurka lub płaskorzeźba wisząca nad wejściem, albo zdobiąca fasadę). Nie wszystkie zdobienia się zachowały, ale zachowały się nazwy. I tak, pojawiają nam się np.: „Dom Jana Matejki” (nr 41), kamienice „Pod Białym Orłem” (nr 42), „Podedzwony” (widocznymi do dzisiaj trzema dzwonami nad wejściem pod nr 24), „Pod koniem”, „Pod świętą Teklą” (nr 25), „Pod wiewiórką” (nr 15), „Pod Aniołkiem” (nr 11), „Pod Matką Boską” (nr 7), „Pod Okiem Opatrzności” (z okiem patrzącym na Was z attyki – nr 6), czy kamienica, którą ujrzycie po dotarciu na Rynek Główny, „Pod Etiopy” („Pod Murzynami”, na rogu Floriańskiej i Placu Mariackiego). Kamienic jest ponad pięćdziesiąt i każda ma ciekawą historię, większość swoje specyficzne nazwy. Zamiast oglądać każdą po kolei, skupcie się na klimacie tej ulicy i powoli zmierzajcie do krakowskiego Rynku. Tam zaczniemy następną część naszej wycieczki. Do zobaczenia!

Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Odc. 9. O murach, basztach i trochę o Plantach cz.3

Wciąż jesteśmy przy Barbakanie i Bramie Floriańskiej, które w wieku XVIII straciły swą wartość obronną. Coraz doskonalsze działa, inna taktyka zdobywania i obrony miast, a także coraz gorszy stan baszt, bram i murów Krakowa doprowadziły do żądań wyburzenia „reliktów przeszłości”. Gospodarczo i politycznie Gród Kraka sięgnął dna, a później zaczęto w tym dnie kopać. W osiemnastowiecznym Krakowie, wciąż ściśniętym wewnątrz rozsypujących się średniowiecznych murów, otoczonym bagienkiem, w które zmieniła się niepotrzebna do obrony fosa, mieście zniszczonym i zubożałym, którego mieszkańcy mogli jedynie wspominać czasy dawnej świetności nie było ani chęci, ani pieniędzy na ratowanie zabytkowych obwarowań. Nie było, tak jak teraz często nie ma świadomości, że trzeba zachować dorobek poprzednich pokoleń. Tak wtedy, jak i teraz „ciemny lud” żąda zburzenia niemodnych, zniszczonych budowli. Wtedy to były baszty, teraz to np. modernistyczny hotel Cracovia. Wróćmy jednak do Barbakanu i murów.

Pierwsze próby uporządkowania podupadłego miasta pojawiły się w 1775 roku, gdy powołano Komisję Dobrego Porządku. Komisja, tak jak i w innych miastach Królestwa Polskiego, miała za zadanie unowocześnienie gospodarki i finansów miejskich, przebudowę i rozbudowę ich obszarów. Po upadku Insurekcji Kościuszkowskiej (1794), do „Grodu Wandy co Niemca nie chciała” wkraczają najpierw Prusacy, a po III rozbiorze Polski (1795), Kraków znalazł się w granicach Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego, czyli późniejszego Cesarstwa Austrii. Pojawili się najeźdźcy, a jak najeźdźcy to chwila przerwy na znany i lubiany mały żarcik:
Kochanie, może dziś na jeźdźca?
Jaki najeźdźca?
Germański k… oprawca!!!
Na Wawelu rozpanoszyli się najeźdźcy, germańscy oprawcy. Legendarna córka Kraka byłaby niepocieszona!

Włażąc w „cztery litery” nowej władzy, w „Gazecie Krakowskiej” z 5 stycznia 1796 roku, pisano: „Spełnione na koniec marzenie. Miasto Kraków, panowaniu Najjaśniejszego Cesarza Jegomości Rzymskiego przeznaczone, dnia dzisiejszego, po ustąpieniu wojsk pruskich, z największym ukontentowaniem zobaczyło pośród murów swoich wojsko upragnionego monarchy”. Upragniony jak upragniony, zaledwie kilkanaście lat później, gdy nastały czasy Księstwa Warszawskiego (1807-1815, Kraków w jego skład wszedł w 1809), później Rzeczypospolitej Krakowskiej (1815-1846), już taki upragniony nie był. Po upadku powstania krakowskiego, w 1846 roku, krakowianie (w tym lokalni dziennikarze) znowu musieli pokochać cesarza z Wiednia, ale to opowieść na kiedy indziej.

Cofnijmy się do przełomu XVIII i XIX wieku. Nowa, austriacka władza kontynuowała prace Komisji Dobrego Porządku. W 1800 roku Kancelaria Nadworna Galicyjska wydała dekret o przyłączeniu miasta Kazimierz do Krakowa. Ludność byłej stolicy wzrosła do 25 -26 tysięcy, czyli Kraków miał mniej więcej tylu mieszkańców ilu dzisiaj mają np.: Pszczyna, Skawina, czy Wągrowiec.

Wciąż rozważane były możliwości usunięcia murów i uporządkowania zdewastowanego terenu w ich okolicach. W 1802 roku powstał projekt całkowitego wyburzenia baszt, murów oraz bram i dzięki temu pozyskania taniego materiału budowlanego. Rajcy miejscy kłócili się, wahali, nie do końca wiedzieli od czego zacząć i skąd wziąć na to kasę. W 1804 z Wiednia nadeszły monity, a rządzący Krakowem nadal zastanawiali się czy mury zburzyć, czy może tylko wystarczy je obniżyć? Burzyć wszystkie, czy tylko część? Wyraźnie poirytowani brakiem działań w tym zakresie urzędnicy cesarscy poprosili o pomoc swego władcę. W 1806 roku z łaski Bożej cesarz rzymski, król Niemiec, król Węgier i Czech, Galicji i Lodomerii, arcyksiążę Austrii, wielki książę Toskanii, wielki książę Siedmiogrodu, książę Mediolanu, Luksemburga, Cieszyna etc. Franciszek II stracił cierpliwość (stracił także tytuł cesarza rzymskiego w sierpniu 1806 roku :-) ) i do krakowskiego Rządu Gubernialnego nadesłał dekret nakazujący wyburzenie obwarowań miejskich. Uzasadniono to potrzebą poprawy warunków sanitarnych i względami zdrowotnymi. Trochę było w tym racji, bo teren dzisiejszych Plant stał się śmierdzącym wysypiskiem gruzu, ścieków i śmieci. Nie od razu Kraków zbudowano, tak i nie od razu mury zburzono. Kaiser musiał jeszcze wiele lat czekać na spełnienie swego życzenia. Pojedyncze wyłomy w murach trudno było uznać za dobrze zorganizowaną akcję. Gdy w 1809 roku miasto włączono do Księstwa Warszawskiego, Magistrat stwierdził, że nie ma na to pieniędzy i ma ważniejsze sprawy na głowie. Co prawda w latach 1813-1815 usunięto odcinek od bramy Sławkowskiej do Szewskiej (czyli między ulicami o takich samych nazwach), ale sporo fortyfikacji jeszcze zostało.

Po upadku Księstwa Warszawskiego nastał czas Rzeczypospolitej Krakowskiej. Nastał też czas rzezi dawnych umocnień Grodu Kraka. Senat Wolnego Miasta Krakowa podjął decyzję o uporządkowaniu terenów wokół średniowiecznych granic miasta. Gdyby w tamtych czasach żył i tworzył Jacek Kaczmarski, to tekst „a mury runą, runą, runą i pogrzebią stary świat” mógłby być nieoficjalnym hymnem ówczesnych władz byłej stolicy. W drugim i trzecim dziesięcioleciu XIX wieku pod uderzeniami młotów padały kolejne fragmenty murów, bramy, baszty, a nawet kościoły.

Na szczęście znaleźli się ludzie, którzy starali się powstrzymać to szaleństwo i choć trochę zostawić przyszłym pokoleniom. Jednym z nich był architekt, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, Feliks Radwański. Jako senator, w grudniu 1816 i styczniu 1817 roku, przed zniszczeniem zaczął bronić Barbakanu, Bramy Floriańskiej i fragmentu murów z basztami Pasamoników, Ciesielską i Stolarską.

radwa_f

Obrona ta jednak nie była łatwa. Jak widać na przykładach polskich miast, łatwiej, taniej i szybciej jest zburzyć niż wyremontować. Żeby wyremontować, to trzeba pomyśleć, trzeba się napracować, znaleźć środki, nowe zastosowanie wyremontowanych budynków, liczyć się z wytycznymi konserwatora, koszt wielki, a tak? Przyjdzie deweloper, teren wyrówna, postawi centrum handlowe albo blok, któremu nada idiotyczną nazwę, np. „Wawel Park”, „Nadwiślańskie tarasy”, „Niebiański zakątek”, ewentualnie coś z końcówką „Tower”, czy „Villa” i sprawa załatwiona. Jest „światowo”!

Ponownie się zapędziłem, więc wracamy do XIX wieku i senatora Radwańskiego. Jak przekonał miejskie władze do pozostawienia części fortyfikacji? Bramę Floriańską i Barbakan przyrównał do piramid i rzymskiego Colosseum, mówił, że mury te są symbolem potęgi Rzeczypospolitej oraz straszył senatorów północnym wiatrem. „Wiatry północny, północno-wschodni i północno-zachodni – twierdził – a z tych, pierwszy i ostatni niosą nam zwyczajnie śniegi zadymne, takowe miotałyby je gwałtownie ze samego Kleparza wsrzód Rynku i gdyby te panowały, ciężkoby się komu przyszło na nogach utrzymać tembardziej, że plac targowy kleparski potężny poziomem i po wielkiej części otoczony domami od ulicy Warszawskiej niczem nie zasłoniony przesyłałby wichry prostą ulicą wsrzód miasta. Przez wzgląd na zdrowie, pieszczeniem wychowane kobiety i dzieci byłyby wystawione na częste fluxye, reumatyzmy, a może i paraliże”. Jak widzicie zdrowie, to dobry argument zarówno za zburzeniem murów, jak i ich zostawieniem. Feliks Radwański wygrał. Wygrał rozsądek, wygrał Kraków, my wszyscy wygraliśmy. Dzięki Feliks!

Niestety nie był to ostatni bój o pozostawienie ww. fortyfikacji. Kolejne odbywały się w 1822, 1824 i w 1826 roku. Stosunek do zachowania lub zburzenia „rondla” i północnych murów tak rozpalił część społeczeństwa Krakowa, jak dzisiaj rozpalają zbliżające się lokalne piłkarskie derby. Generał Chłopicki, uczestnik Insurekcji Kościuszkowskiej, wojen napoleońskich i powstania listopadowego, podobno zerwał znajomość z senatorem, który był zwolennikiem zrównania z ziemią zabytkowych umocnień (!).

Do pierwszych prac konserwatorskich doszło dopiero w 1834, gdy zaczęto remontować Bramę Floriańską i był to początek końca problemów ocalałego zaledwie „ogryzka” dawnych murów miejskich. W kolejnych latach zasypano fosę, wyburzono „szyje” łączące Barbakan i bramę. Opracowano koncepcję ich zagospodarowania i od tamtego czasu kilkukrotnie już remontowano. Baszty, mury, brama i Barbakan cieszą dziś oczy turystów przemierzających Drogę Królewską. Idziemy w kierunku Rynku!

Rys.: Feliks Radwański – źródło encyklopedia.interia.pl

Odc. 7. O murach, basztach i trochę o Plantach cz.1

Opuszczamy Kleparz i przenosimy się do Krakowa, właściwie tuż pod mury średniowiecznego Krakowa. Po przejściu na drugą stronę ulicy Basztowej staniecie pod okrągłą budowlą, której nie muszę Wam przedstawiać. To Barbakan zwany też rondelą (rondlem) stanowiący część fortyfikacji, które broniły dostępu do byłej stolicy. O nim jednak będzie w drugiej części tej opowieści, bo w skład krakowskiego systemu obronnego wszedł najpóźniej i był jego uzupełnieniem. Zaczniemy od tego co znajduje się za nim, a tuż za nim stoi Brama Floriańska z fragmentem murów i trzema basztami: Pasamoników (szmuklerzy, wytwórców pasmanterii), Cieśli i Stolarzy. Patrząc od strony Barbakanu i Plant, Baszta Pasamoników to półokrągła baszta po lewej stronie Bramy Floriańskiej u wylotu ulicy Szpitalnej, po prawej zaś stronie bramy pierwsza to Baszta Stolarzy, a następnie za budynkiem Arsenału, Baszta Cieśli.

Początkowe niewysokie umocnienia z kamieni wokół Krakowa od połowy XIII wieku uzupełniano lub zastępowano ceglanymi. Te pierwsze nie okazały się zbyt przydatne, gdy w 1241 roku do Krakowa wpadli na chwilę Tatarzy. Nie wnikając w szczegóły (napiszę o tym przy innej okazji), po ich wizycie miasto trzeba było wybudować od nowa. Od nowa też trzeba było je zaludniać. Oprócz murów, w drugiej połowie XIII wieku i pierwszej XIV, zaczęły powstawać także bramy i baszty. Do Krakowa można było dostać się przez bramy: Grodzką (1298 r.), Floriańską (1307 r.), Wiślną (1310 r.), Sławkowską (1311 r.), Mikołajską (1312 r.), Szewską (1313 r.) oraz Nową (I połowa XIV w.). Do tego dochodziła Brama Rzeźnicza (z 1289 roku), która została zastąpiona wybudowaną tuż obok, niemal identyczną jak Brama Floriańska, Bramą Mikołajską (1312 r.). Ponadto istniała jeszcze tzw. Brama Poboczna, która właściwie była tylko furtą, dzięki której można było opuścić miasto od strony dzisiejszej ulicy Kanoniczej. Do naszych czasów zachowały się dwie bramy: Floriańska

0354_20100523_Krakow_Florian_Gate

i najstarsza, Rzeźnicza, która zamurowana stała się częścią murów obronnych (przy ul. Westerplatte, między Sienną i Mikołajską).

Pozostałości_Bramy_Rzeźniczej_w_Krakowie_(Gródek)

Bramami, basztami i odcinkami murów opiekowały się krakowskie cechy. Im bogatszy i większy cech, tym w razie potrzeby bronił większej liczby baszt, a rzeźnicy, szewcy, złotnicy, kuśnierze, krawcy, białoskórnicy (garbarze, którzy przy pomocy roztworu ałunu wyprawiali cienkie, delikatne skóry np. na rękawiczki), piekarze, kotlarze i ślusarze pod opieką mieli bramy. Na przykład Bramą Floriańską opiekowali się kuśnierze. Oprócz wspomnianych baszt Pasamoników, Cieśli i Stolarzy, w wieku XVI istniały jeszcze: dwie baszty karczmarzy (Karczmarzy I i II), dwie szewskie, trzy prochowe pełniące rolę arsenałów (Baszta Prochowa III zwana też była Kupiecką lub Rzeźników) oraz inne baszty, które podlegały cechom: kowali, grzebieniarzy, przekupniów, sadelników i słoniniarzy, barchanników (tych od barchanowych gaci), czapników, paśników (nie chodzi tu o posłów i senatorów przy korycie, paśniku, lecz wytwórców pasów), kurdybaników (tzw. czarni garbarze wyrabiający skóry barwione np. na buty, do obicia mebli), kaletników, nożowników, miechowników, łaziebników (pracujących w łaźniach miejskich), cyrulików, pierścienników, piekarzy, siodlarzy, rymarzy, iglarzy, solarzy, malarzy, murarzy i kamieniarzy, bednarzy, blacharzy, rusznikarzy, czerwonych garbarzy (garbarzy, którzy wyprawiali skórę przy pomocy kory dębowej, która pozostawiała skórze czerwony odcień), krupników (sprzedawców kasz) i śledziarzy, mieczników i mydlarzy, garncarzy, introligatorów i stelmachów (kołodziejów), ceklarzy (pachołkowie miejscy do prostych zadań porządkowych dzisiaj zwani dumnie Strażą Miejską) oraz katów.

Przy okazji mamy załatwiony temat cechów miejskich średniowiecznego i nowożytnego Krakowa. Gdy za jakiś czas wybierzemy się na wycieczkę wokół Plant, zlokalizujemy miejsca, w których stały bramy i baszty (a nie jest to trudne ;-) ).

Gdyby w dzisiejszym Krakowie wprowadzić taki obowiązek jak w XV i XVI wieku, to najwięcej baszt mieliby karczmarze i hotelarze, a bramami opiekowaliby się handlowcy z super i hipermarketów. I co by było? Brama Biedronki? Baszta Tesco? A może Brama Barmanów? Baszta Przedstawicieli Handlowych? Wolę jednak tradycyjne nazwy.

Jak widzicie baszt i bram w Krakowie było sporo i przedstawiciele wszystkich ówczesnych zawodów mieli wyznaczone swoje miejsce. Najwięcej możliwości pokazania swej odwagi mieli obrońcy właśnie bramy i baszty przed Wami. Dlaczego? Bo najłatwiej było Kraków atakować od północy, gdyż z innych stron był otoczony przez bagna, Wisłę lub silnie bronione wzgórze wawelskie. Nie wiem na jakich zasadach przyznano opiekę nad najbardziej narażoną na ataki Bramą Floriańską kuśnierzom, ale np. złotnicy opiekowali się Bramą Grodzką od strony starego koryta Wisły i nadwiślańskich bagien? Przypadek? ;) Aż do Potopu Szwedzkiego w 1655 roku, kiedy ich brama została dosyć mocno ostrzelana, złotnicy mieli święty spokój.

Bramy były zamykane na noc i kto nie zdążył wjechać przed zmrokiem, musiał nocować poza murami. Domofonów nie było, a otwarcie takiej kutej, dębowej bramy to była duża operacja i nikt spóźnialskich nie miał zamiaru wpuszczać, ani wypuszczać. W przypadku gdy ktoś nie wszedł na czas do Krakowa, zbawieniem okazywał się np. Kleparz, który jak wiecie nie był otoczony murami. Miał za to zajazdy i gospody, w których można było przy kufelku lub szklanicy czegoś mocniejszego przeczekać do otwarcia bram.

Do tego dochodziły mosty zwodzone nad fosą, która od XIV wieku była kolejnym zabezpieczeniem przed niepowołanymi gośćmi. Zlecenie na jej wybudowanie dostał i z zadania się wywiązał „molendinator” królewski Gerlach. Fosę wypełniały wody rzeki Rudawy. Gdy pod koniec XV wieku przed Bramą Floriańską wybudowano Barbakan, fosę poszerzono do 6-8 metrów przy murach, a w okolicy Barbakanu aż do około 24 metrów. Jako, że miała 3,5 metra głębokości, to widzicie, że do Grodu Kraka nie było łatwo się dostać.

A kto bronił miasta? Oprócz opłacanych przez radę miejską oddziałów, na murach stawić się musiał każdy mieszkaniec zdolny do noszenia broni. Miasto zaś miało obowiązek dostarczać broń i żywność obrońcom. Miało też utrzymywać w dobrym stanie mury oraz fortyfikacje, a z tym było różnie, szczególnie w latach pokoju i braku zagrożeń. Na królewskie ponaglenia w tej sprawie rajcy wymyślali najróżniejsze powody, aby nie wydawać na to pieniędzy. Próbowali też na władcach wymusić jakieś przywileje, dzięki którym wzrastały wpływy do miejskiej kasy i wtedy łaskawie godzili się na wysupłanie pewnych kwot na naprawę murów. Także fosa, gdy krakowianie nie odczuwali niebezpieczeństwa, szybko stawała się płytkim, zamulonym bagienkiem zasypanym odpadkami, czy gruzem. Cdn. :-)

Fot.1. Brama Floriańska – Jakub Hałun (wikipedia)

Fot. 2 Brama Rzeźnicza – Grzegorz B. (wikipedia)