Odc. 11. O Rynku i Mariackim kościele słów kilka.

Jesteście wreszcie na Rynku Głównym, przez przybyszów z „województwa londyńskiego” zwanym Main Market.

Na „Mejnmarkecie” spotkacie mieszkańców niemal każdego miasta świata oprócz… Krakowa. Cóż tu jest takiego ciekawego? Plac jest duży, kwadratowy o bokach mierzących 200 m. Do tego jest na nim oraz wokół niego kilka ciekawych budynków. Pośrodku znajdziecie Sukiennice, wieżę dawnego ratusza i romański kościółek świętego Wojciecha, ale o nich później. Rynek został wyznaczony w 1257 roku, gdy Kraków był lokowany na prawie magdeburskim. Co to oznaczało? Od tego czasu Kraków stał się oficjalnie miastem, jego obszar podzielono na kwartały, wytyczono ulice w układzie szachownicowym oraz wspomniany rynek, pojawiło się też stanowisko wójta i miejskich rajców. Upodobnił się do Magdeburga i innych miast niemieckich: Ordnung muss sein! No właśnie, niewiele wcześniej legendarna Wanda nie chciała Niemca, przez Niemca rzuciła się w nurt Wisły, a tu w jej mieście panoszą się Germanie. Jak na złość Wandzie, wraz z nowym, niemieckim prawem przybyli też jego niemieccy twórcy i wbrew pozorom nie przyjechali do obecnej stolicy Małopolski na wycieczkę. Oni przyjechali po to by tu zamieszkać. Oczywiście nie oni pierwsi i nie ostatni. Od średniowiecza do II wojny światowej z wizytą do Krakowa wpadały przecież jeszcze zorganizowane grupy Tatarów, Szwedów, Rosjan, czy Austriaków i to bynajmniej nie w celach turystycznych. Niemcy w średniowieczu nie przyjechali w zorganizowanej grupie, ale osiedliło się ich tu całkiem sporo i wcale nie okazało się to złe dla rozwoju Krakowa.

Teraz skupimy się nad jedną z najsłynniejszych budowli Grodu Kraka, a stojącą tuż przy Rynku, ale nie na Rynku, bo stoi na Placu Mariackim przyległym do Rynku Głównego. Ze względu na to, że jest tak słynna, poświęcimy jej trochę więcej miejsca i czasu. Dodatkowo wiążą się z nią dwie słynne krakowskie legendy, o których trzeba wspomnieć.

Wychodząc z ulicy Floriańskiej, po lewej stronie, czy jak kto woli po lewej ręce, zobaczycie Bazylikę Mariacką. To drugi po Katedrze na Wawelu, najważniejszy kościół Krakowa. Zważywszy na to, że wydaje się, iż w tym mieście jest więcej świątyń niż szkół, to oznacza, że jest naprawdę zajebiście ważny. Do tego jest stary, bo istniał już na pewno na początku XIII wieku. Wskazują na to nie tylko badania archeologiczne, odkryte fragmenty kamiennej świątyni w stylu romańskim, zapisy u Jana Długosza, ale też coś innego. Żeby to zauważyć musicie porównać położenie kościoła Mariackiego i widocznego w oddali kościoła św. Wojciecha z frontami kamienic po tej stronie Rynku. Zobaczcie, że obie świątynie są asymetryczne w stosunku do osi placu, czyli są ustawione pod innym kątem niż reszta budynków. Stąd wniosek: albo budowali po pijaku, albo wybudowali je zanim wyznaczono obszar głównego placu miejskiego. Zgodzicie się ze mną, że co prawda Polak nie wielbłąd, wypić musi, to jednak bardziej prawdopodobna jest druga opcja. Tak też sądzą archeolodzy i historycy.

Kosciol_mariacki_krakow

No dobra, obejrzyjmy go sobie z zewnątrz. Duży, gotycki, z elementami renesansu i baroku, z dwiema wieżami, jednak w przeciwieństwie do większości tego typu budowli, wieże różnią się od siebie. Pamiętacie z czasów szkolnych legendę o dwóch braciach je budujących? Każdy budował swoją. Żeby łatwiej było ich rozróżnić, nadajmy im tymczasowe imiona, np. Albin i Zenon. Nie da się ukryć, że ze sobą konkurowali. Budujący lewą wieżę Albin tak się przejął swoją rolą, że nożem zabił Zenona. Dzięki temu jego wieża była wyższa, piękniejsza, bo brat nieboszczyk swojej nie dokończył. Albin wygrał! Targany jednak wyrzutami sumienia przyznał się do winy i dokonał żywota tym samym nożem popełniając na szczycie swej wieży… harakiri.
Dlaczego doszło do przestępstwa z art. 148 k.k.? Dlaczego Albin zabił i dlaczego się przyznał? Może najpierw zabił, a potem podpisał „klauzulę sumienia” i zaczął się swym czynem martwić? Tego nie wiadomo. Historia jak z Hollywood, albo bliżej krajowego podwórka – „HollyŁódź”, coś jak Kain i Abel, tylko z dramatycznym, filmowym zakończeniem. Gdyby w średniowieczu były tabloidy, to mielibyśmy historię na pierwsze strony, a i telewizja miałaby pożywkę. Ich rolę jednakże spełniali ówcześni kapłani, straszący wszystkich mękami piekielnymi (robią to także dzisiaj, ale wywołują raczej uśmiech niż strach).

Wróćmy jednak do rzeczywistości. Bazylika Mariacka to mieszanka stylów, zarówno w środku, jak i na zewnątrz. Dolne części obu wież pochodzą z przełomu XIII i XIV wieku. Ta narośl między nimi z drzwiami wejściowymi zwana kruchtą, jest o ponad 450 lat młodsza. To późny barok z połowy XVIII wieku. Drzwi z kolei pochodzą z 1929 roku, więc przy wieku najstarszych elementów świątyni można stwierdzić, że są tak nowe, iż mogą być jeszcze na gwarancji. Nad „naroślą” (kruchtą) zobaczycie potężne ostrołukowe okno, w którym skrzą się w krakowskim słońcu witraże autorstwa Józefa Mehoffera i Stasia Witkiewicza. Zapamiętajcie te nazwiska, bo o nich jeszcze wspomnę.

A teraz wieże. Lewa, wyższa, osiemdziesięciojednometrowa jest najwyższą wieżą Krakowa. Od średniowiecza należała do miasta i pełniła rolę strażnicy, stąd też zwana jest Hejnalicą. Tak naprawdę to dlatego jest wyższa od drugiej wieży, bo wypatrywano z niej ognia oraz zbliżających się nieprzyjaciół. W razie zagrożenia, czuwający tam strażnik alarmował mieszkańców. Poza tym, grany hejnał dawał sygnał do porannego otwarcia i wieczornego zamknięcia bram miejskich. To był taki system wczesnego ostrzegania i zarządzania ruchem w jednym.
Jak jest system, to zawsze znajdzie się ktoś, kto chce ten system złamać. Teraz to są hakerzy, a w średniowieczu takimi „hakerami” byli Tatarzy. Podczas jednej z niezapowiedzianych wizyt doprowadzili do najsłynniejszego w historii Krakowa „wyłączenia” systemu. Na szczęście zanim go „wyłączyli” system zdążył zadziałać. Pamiątką po tym wydarzeniu jest przerywany hejnał. I to jest właśnie druga legenda związana z tą świątynią. Zbliżający się do Krakowa Tatarzy przestrzelili gardło biednemu hejnaliście, który mimo ostrzału grał melodię ostrzegającą Krakusów przed okrutnym najeźdźcą. Złożył swe życie na ołtarzu ojczyzny. Tak to jest, biednemu zawsze wiatr w oczy, na barykadach ginie głównie biedota. Jak podają źródła, zapewne dzielny hejnalista do krezusów nie należał, bo w 1392 roku z kasy miejskiej trębacz pobierał pół grosza tygodniowo, a strażnik groszy osiem. Fakt, ceny były inne, ale kawioru bohaterski obrońca miasta raczej nie jadał. Pewnie jeszcze za ten wyczyn hejnalisty nagrodę dostał… jego dowódca, miejski rajca, albo biskup. Taki je lajf! ;-)
Jak spojrzycie w górę, to na szczycie Hejnalicy zobaczycie złotą koronę, to element, który jako ostatni pojawił się na wieży. Pojawił się tam w roku „tysiąc szatańskim”, czyli 1666 (tysiąc \m/).

A co z drugą wieżą? Ta od początku należała do kościoła, w niej na pierwszym piętrze znajduje się, niestety niedostępna turystom, kaplica Kaufmanów. W tej wieży wiszą kościelne dzwony. Jest ich tam kilka, najstarszy pochodzi z XIII/XIV w., w późniejszych czasach pojawiały się następne: Misjonał, Tenebrat, Półzygmunt oraz dzwon zegarowy. Tenebrat ogłaszał igrzyska dla gawiedzi, czyli egzekucje skazańców. Teraz wystarczy włączyć telewizor lub komputer, aby zobaczyć morze krwi, podrzynane gardła i ucinane głowy, a w średniowieczu trzeba było czekać na sygnał z Tenebrata. Ciężki był los średniowiecznego człowieka, nie było internetu, nie było www.zwiedzajkrakow.pl. Dobrej rozrywki zawsze mało! Cdn. ;)

Fot.1: „Kosciol mariacki krakow” by Pgkos – Own work. Licensed under GFDL via Wikimedia Commons – http://commons.wikimedia.org/wiki/File:Kosciol_mariacki_krakow.jpg#/media/File:Kosciol_mariacki_krakow.jpg

Odc. 10. Od „Portae Gloriae” do „Etiopów”

Na temat krakowskich murów, baszt i bram wiecie już sporo. Reszty dowiecie się, gdy zrobimy sobie trasę po Plantach, ale nie wszystko na raz. Co prawda nasi wschodni sąsiedzi mawiają „mniej wiesz, krócej będziesz przesłuchiwany”, ale w tym przypadku dążymy do tego, aby wiedzieć jak najwięcej.

Przechodząc przez Bramę Floriańską możecie poczuć się jak królowie, księżniczki i książęta zmierzający na królewski dwór, możnowładcy udający się na przyjęcie do sal balowych ratusza, a także zwycięzcy wodzowie witani przez tłumy wiwatujących mieszkańców. Każdy uroczysty moment celebrowany był przejazdem orszaku „Drogą Królewską” (Via Regia) prowadzącą od kościoła św. Floriana na Kleparzu przez Bramę i ulicę Floriańską, Rynek Główny, a następnie Grodzką (nie Anną ;-) ) i Kanoniczą na Wawel.

Wchodzicie przez tzw. Bramę Chwały (Porta Gloriae) i wreszcie, po raz pierwszy w czasie naszej wspólnej wyprawy, jesteście na terenie średniowiecznego Krakowa. Przed Wami ulica Floriańska, której kamienice były świadkami wszystkich najważniejszych wydarzeń Krakowa i Polski od XIII wieku. Widziały wzloty i upadki, a i same padały, o czym jeszcze wspomnę.

Na początek trochę o ulicach. Teraz to reprezentacyjne deptaki z tłumami turystów, a kiedyś? Wiele dróg Krakowa i jego okolic było utwardzonych już w XIII wieku. Jak to robiono? Jako, że we okolicy jest sporo wzgórz wapiennych, to właśnie ten materiał był używany do tego celu. Drugim sposobem było tzw. burkowanie, czyli układanie burek – drewnianych kłód. Oczywiście z ich stanem bywało różnie. Wiosną w 1570 roku urzędnicy krakowscy postanowili sprawdzić stan dróg w mieście i okolicach. No cóż, kolorowo nie było, bo w przygotowanym raporcie zachwytów trudno szukać. Na Sławkowskiej – czytamy – „droga zła, bo nie wiem, jako od wiela czasów nie burkowano”. W tym czasie zwrócono uwagę także na inny problem. Ulicami płynęły nieczystości, które następnie spływały do rzeki Rudawy. Smród musiał być okropny skoro sam Król Jegomość wysłał list w tej sprawie do swych urzędników. Ci mieli obmyślić lepszy sposób odprowadzania ścieków. Król Zygmunt Stary w 1533 roku pisał: „Widzimy, że miasto Kraków jest wspaniałe i pierwsze wśród wszystkich miast Wielkiej i Małej Polski, a tymczasem jest w wielu swych częściach i prawie wszystkich ulicach tak niedbale i podle zarządzane i pielęgnowane, że nie tylko my, lecz zaprawdę również przybysze czują się w najwyższym stopniu urażeni z powodu zebranych na tychże ulicach nieczystości, które po większej części wylewają za okno”. Takoż i teraz w stuleciu XXI nie tylko „my, lecz zaprawdę również przybysze czują”, że w Krakowie smog się unosi, smród tęgi przez palenie w piecach nie tylko kopalinami, a i te często jakości lichej, jest powszechne. Jednakowoż umiłowanie pospólstwa dla wozów samojezdnych, z po wielokroć przekręcanym liczydłem, sprowadzanych od ludów germańskich jest nam znane i zaiste niezwykłe ;-) .

Dobra, koniec znęcania się nad drogami, smrodem i pospólstwem w „blachosmrodach”, czas na domostwa. Tu także różnie bywało i różnie bywa. W średniowiecznym Krakowie dbano o zabudowę głównych ulic, stały więc na nich domy murowane, jedno i dwupiętrowe. Okazałe ceglane kamienice były przy Floriańskiej, czy Grodzkiej, ale już boczne uliczki z chaotyczną, często drewnianą zabudową, z różnego typu przybudówkami, w których gnieździła się miejska biedota, trudno było nazwać ładnymi. Czego oczy nie widzą…
Floriańska była zadbana, bo była wizytówką. Każdy właściciel, pod karą konfiskaty, musiał dbać o wygląd swych domostw. W XVI wieku, gotyckie domy zaczęto przerabiać na nowy, modny styl renesansowy. Niewielkie budynki łączono, dzięki czemu powstawały okazałe rezydencje, na fasadach zaczęły pojawiać się portale z kolumnami, gzymsy, dachy przysłaniano widocznymi do dzisiaj rzeźbionymi attykami. Nastał „Złoty wiek”, to i powstały rozwiązania „złotowieczne”, jednak „złote wieki” mają to do siebie, że się kiedyś kończą. Zresztą także w czasie „Złotego Wieku” do ideału sporo brakowało, o czym przecież pisał król Zygmunt Stary. Kolejny wiek już tak szczęśliwy nie był, wojny XVII stulecia mocno nadwyrężyły miasto. I po tym wszystkim przyszedł XVIII wiek, przyszedł czas, gdy Gród Kraka „podupadłbył nielicho”. W pierwszej połowie stulecia krakowskie kamienice padały jak domki z kart. Coraz więcej było pustostanów. Na Floriańskiej zawaliły się kamienice pod numerami 8 i 28. Widząc co się dzieje, w 1732 roku Rada Miejska ogłosiła: „Raczcie WM wiedzieć, iż urząd radziecki krakowski, zabiegając takiemu oszpeceniu miasta stołecznego Krakowa, jakie się dzieje przez upadanie coraz kamienic tak w Rynku, jako i po ulicach, przestrzega wszystkich dziedziców, posesorów i jakikolwiek interes albo prawo do tychże kamienic spadłych, pustek i placów mających, aby się do reparacji onychże poczuwali, bez omieszkania oneż reparowali, murowali i budowali się, czego jeżeli nie uczynią, dziedzictwa i wszelkiego prawa odsądzeni będą i wszystkie kamienice spadłe pod konfiskatę na skarb JKM Pana Naszego Miłościwego”. Jak widzicie, nie było lekko.

Kolejne stulecie też nie do końca było dla ulicy Floriańskiej, ale i całego Krakowa, szczęśliwe. 18 lipca 1850 wybuchł pożar, który zniszczył znaczną część miasta. Z dymem poszło 160 domów i pałaców, a także 4 kościoły i 2 klasztory. Wiele tysięcy ludzi zostało bez dachu nad głową. Była to klęska, z której skutkami walczono jeszcze kilkanaście lat. Floriańska przestała być reprezentacyjną promenadą, a swój blask zaczęła odzyskiwać dopiero na przełomie XIX i XX wieku. W 1870 ceny parceli budowlanych na tej ulicy kształtowały się, zależnie od lokalizacji od 10-15 koron/m², a w 1900 roku od 120-160 koron/m². Musicie przyznać, nawet nie znając wartości ówczesnych pieniędzy, że to różnica znaczna i zdecydowanie warto było zainwestować w nieruchomości w latach siedemdziesiątych. Floriańska odżyła.

W 1882 roku, uruchomiono pierwszą linię tramwaju konnego, którą w 1901 zamieniono na tramwaj elektryczny. Omijając Barbakan, „Straßenbahn” wjeżdżał przez Bramę Floriańską i jechał w kierunku Rynku. Widząc tę bramę pewnie zastanawiacie się jak się tam mógł zmieścić tramwaj wraz z odbierakiem prądu i przewodami trakcyjnymi. Aby ją uratować, o kilkadziesiąt centymetrów obniżono poziom ulicy, a same wozy tramwajowe były dużo węższe niż na normalnych liniach. Tramwaje wąskotorowe przez Bramę Floriańską oraz Rynek Główny jeździły aż do 1953 roku kiedy ostatecznie je zlikwidowano. Co ciekawe, po Krakowie jednocześnie jeździły zarówno tramwaje wąskotorowe (o nietypowym rozstawie szyn 900 mm) oraz normalnotorowe, czyli takie jak obecnie, „śmigające” po torach o szerokości 1435 mm. Linie z szerszymi torami wprowadzono z kilku powodów, mogły po nich jeździć szersze, więc wygodniejsze tramwaje oraz, co ważne, takie wozy mogły przemieszczać się szybciej. Umówmy się, mimo wszystko szału prędkości na tych liniach nie było. Kilka lat temu Kraków stwierdził, że i tym razem przyspieszy tramwaje, lecz nie poprzez szersze tory, a budowę tunelu tzw. Krakowskiego Szybkiego Tramwaju. Wyszło… średnio, krakowianie zaczęli sobie żartować:
Dlaczego Krakowski Szybki Tramwaj jest szybki?
Bo ma z przodu szybki i z tyłu szybki.
W nowo wybudowanym tunelu, tramwaje się wloką, bo mają ograniczoną prędkość do 40 km/h. To i tak nieźle, gdyż jeszcze do niedawna musiały w tunelu zwalniać do 30. Zostawmy jednak krakowskie tramwaje, bo to temat rzeka.

Tramwaj na Floriańskiej

Torów już nie ma, jest szeroki deptak z turystami przechadzającymi się nieśpiesznie. Wy kierujecie się w stronę Rynku Głównego i jego atrakcji. Zerknijcie na zdobienia niektórych kamienic. Skąd się one wzięły? Numerację domów wprowadzono w Krakowie dopiero pod koniec XIX wieku. Do tej pory domy i kamienice nazywano od nazwiska właściciela lub szczegółu architektonicznego (najczęściej figurka lub płaskorzeźba wisząca nad wejściem, albo zdobiąca fasadę). Nie wszystkie zdobienia się zachowały, ale zachowały się nazwy. I tak, pojawiają nam się np.: „Dom Jana Matejki” (nr 41), kamienice „Pod Białym Orłem” (nr 42), „Podedzwony” (widocznymi do dzisiaj trzema dzwonami nad wejściem pod nr 24), „Pod koniem”, „Pod świętą Teklą” (nr 25), „Pod wiewiórką” (nr 15), „Pod Aniołkiem” (nr 11), „Pod Matką Boską” (nr 7), „Pod Okiem Opatrzności” (z okiem patrzącym na Was z attyki – nr 6), czy kamienica, którą ujrzycie po dotarciu na Rynek Główny, „Pod Etiopy” („Pod Murzynami”, na rogu Floriańskiej i Placu Mariackiego). Kamienic jest ponad pięćdziesiąt i każda ma ciekawą historię, większość swoje specyficzne nazwy. Zamiast oglądać każdą po kolei, skupcie się na klimacie tej ulicy i powoli zmierzajcie do krakowskiego Rynku. Tam zaczniemy następną część naszej wycieczki. Do zobaczenia!

Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Odc. 9. O murach, basztach i trochę o Plantach cz.3

Wciąż jesteśmy przy Barbakanie i Bramie Floriańskiej, które w wieku XVIII straciły swą wartość obronną. Coraz doskonalsze działa, inna taktyka zdobywania i obrony miast, a także coraz gorszy stan baszt, bram i murów Krakowa doprowadziły do żądań wyburzenia „reliktów przeszłości”. Gospodarczo i politycznie Gród Kraka sięgnął dna, a później zaczęto w tym dnie kopać. W osiemnastowiecznym Krakowie, wciąż ściśniętym wewnątrz rozsypujących się średniowiecznych murów, otoczonym bagienkiem, w które zmieniła się niepotrzebna do obrony fosa, mieście zniszczonym i zubożałym, którego mieszkańcy mogli jedynie wspominać czasy dawnej świetności nie było ani chęci, ani pieniędzy na ratowanie zabytkowych obwarowań. Nie było, tak jak teraz często nie ma świadomości, że trzeba zachować dorobek poprzednich pokoleń. Tak wtedy, jak i teraz „ciemny lud” żąda zburzenia niemodnych, zniszczonych budowli. Wtedy to były baszty, teraz to np. modernistyczny hotel Cracovia. Wróćmy jednak do Barbakanu i murów.

Pierwsze próby uporządkowania podupadłego miasta pojawiły się w 1775 roku, gdy powołano Komisję Dobrego Porządku. Komisja, tak jak i w innych miastach Królestwa Polskiego, miała za zadanie unowocześnienie gospodarki i finansów miejskich, przebudowę i rozbudowę ich obszarów. Po upadku Insurekcji Kościuszkowskiej (1794), do „Grodu Wandy co Niemca nie chciała” wkraczają najpierw Prusacy, a po III rozbiorze Polski (1795), Kraków znalazł się w granicach Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego, czyli późniejszego Cesarstwa Austrii. Pojawili się najeźdźcy, a jak najeźdźcy to chwila przerwy na znany i lubiany mały żarcik:
Kochanie, może dziś na jeźdźca?
Jaki najeźdźca?
Germański k… oprawca!!!
Na Wawelu rozpanoszyli się najeźdźcy, germańscy oprawcy. Legendarna córka Kraka byłaby niepocieszona!

Włażąc w „cztery litery” nowej władzy, w „Gazecie Krakowskiej” z 5 stycznia 1796 roku, pisano: „Spełnione na koniec marzenie. Miasto Kraków, panowaniu Najjaśniejszego Cesarza Jegomości Rzymskiego przeznaczone, dnia dzisiejszego, po ustąpieniu wojsk pruskich, z największym ukontentowaniem zobaczyło pośród murów swoich wojsko upragnionego monarchy”. Upragniony jak upragniony, zaledwie kilkanaście lat później, gdy nastały czasy Księstwa Warszawskiego (1807-1815, Kraków w jego skład wszedł w 1809), później Rzeczypospolitej Krakowskiej (1815-1846), już taki upragniony nie był. Po upadku powstania krakowskiego, w 1846 roku, krakowianie (w tym lokalni dziennikarze) znowu musieli pokochać cesarza z Wiednia, ale to opowieść na kiedy indziej.

Cofnijmy się do przełomu XVIII i XIX wieku. Nowa, austriacka władza kontynuowała prace Komisji Dobrego Porządku. W 1800 roku Kancelaria Nadworna Galicyjska wydała dekret o przyłączeniu miasta Kazimierz do Krakowa. Ludność byłej stolicy wzrosła do 25 -26 tysięcy, czyli Kraków miał mniej więcej tylu mieszkańców ilu dzisiaj mają np.: Pszczyna, Skawina, czy Wągrowiec.

Wciąż rozważane były możliwości usunięcia murów i uporządkowania zdewastowanego terenu w ich okolicach. W 1802 roku powstał projekt całkowitego wyburzenia baszt, murów oraz bram i dzięki temu pozyskania taniego materiału budowlanego. Rajcy miejscy kłócili się, wahali, nie do końca wiedzieli od czego zacząć i skąd wziąć na to kasę. W 1804 z Wiednia nadeszły monity, a rządzący Krakowem nadal zastanawiali się czy mury zburzyć, czy może tylko wystarczy je obniżyć? Burzyć wszystkie, czy tylko część? Wyraźnie poirytowani brakiem działań w tym zakresie urzędnicy cesarscy poprosili o pomoc swego władcę. W 1806 roku z łaski Bożej cesarz rzymski, król Niemiec, król Węgier i Czech, Galicji i Lodomerii, arcyksiążę Austrii, wielki książę Toskanii, wielki książę Siedmiogrodu, książę Mediolanu, Luksemburga, Cieszyna etc. Franciszek II stracił cierpliwość (stracił także tytuł cesarza rzymskiego w sierpniu 1806 roku :-) ) i do krakowskiego Rządu Gubernialnego nadesłał dekret nakazujący wyburzenie obwarowań miejskich. Uzasadniono to potrzebą poprawy warunków sanitarnych i względami zdrowotnymi. Trochę było w tym racji, bo teren dzisiejszych Plant stał się śmierdzącym wysypiskiem gruzu, ścieków i śmieci. Nie od razu Kraków zbudowano, tak i nie od razu mury zburzono. Kaiser musiał jeszcze wiele lat czekać na spełnienie swego życzenia. Pojedyncze wyłomy w murach trudno było uznać za dobrze zorganizowaną akcję. Gdy w 1809 roku miasto włączono do Księstwa Warszawskiego, Magistrat stwierdził, że nie ma na to pieniędzy i ma ważniejsze sprawy na głowie. Co prawda w latach 1813-1815 usunięto odcinek od bramy Sławkowskiej do Szewskiej (czyli między ulicami o takich samych nazwach), ale sporo fortyfikacji jeszcze zostało.

Po upadku Księstwa Warszawskiego nastał czas Rzeczypospolitej Krakowskiej. Nastał też czas rzezi dawnych umocnień Grodu Kraka. Senat Wolnego Miasta Krakowa podjął decyzję o uporządkowaniu terenów wokół średniowiecznych granic miasta. Gdyby w tamtych czasach żył i tworzył Jacek Kaczmarski, to tekst „a mury runą, runą, runą i pogrzebią stary świat” mógłby być nieoficjalnym hymnem ówczesnych władz byłej stolicy. W drugim i trzecim dziesięcioleciu XIX wieku pod uderzeniami młotów padały kolejne fragmenty murów, bramy, baszty, a nawet kościoły.

Na szczęście znaleźli się ludzie, którzy starali się powstrzymać to szaleństwo i choć trochę zostawić przyszłym pokoleniom. Jednym z nich był architekt, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, Feliks Radwański. Jako senator, w grudniu 1816 i styczniu 1817 roku, przed zniszczeniem zaczął bronić Barbakanu, Bramy Floriańskiej i fragmentu murów z basztami Pasamoników, Ciesielską i Stolarską.

radwa_f

Obrona ta jednak nie była łatwa. Jak widać na przykładach polskich miast, łatwiej, taniej i szybciej jest zburzyć niż wyremontować. Żeby wyremontować, to trzeba pomyśleć, trzeba się napracować, znaleźć środki, nowe zastosowanie wyremontowanych budynków, liczyć się z wytycznymi konserwatora, koszt wielki, a tak? Przyjdzie deweloper, teren wyrówna, postawi centrum handlowe albo blok, któremu nada idiotyczną nazwę, np. „Wawel Park”, „Nadwiślańskie tarasy”, „Niebiański zakątek”, ewentualnie coś z końcówką „Tower”, czy „Villa” i sprawa załatwiona. Jest „światowo”!

Ponownie się zapędziłem, więc wracamy do XIX wieku i senatora Radwańskiego. Jak przekonał miejskie władze do pozostawienia części fortyfikacji? Bramę Floriańską i Barbakan przyrównał do piramid i rzymskiego Colosseum, mówił, że mury te są symbolem potęgi Rzeczypospolitej oraz straszył senatorów północnym wiatrem. „Wiatry północny, północno-wschodni i północno-zachodni – twierdził – a z tych, pierwszy i ostatni niosą nam zwyczajnie śniegi zadymne, takowe miotałyby je gwałtownie ze samego Kleparza wsrzód Rynku i gdyby te panowały, ciężkoby się komu przyszło na nogach utrzymać tembardziej, że plac targowy kleparski potężny poziomem i po wielkiej części otoczony domami od ulicy Warszawskiej niczem nie zasłoniony przesyłałby wichry prostą ulicą wsrzód miasta. Przez wzgląd na zdrowie, pieszczeniem wychowane kobiety i dzieci byłyby wystawione na częste fluxye, reumatyzmy, a może i paraliże”. Jak widzicie zdrowie, to dobry argument zarówno za zburzeniem murów, jak i ich zostawieniem. Feliks Radwański wygrał. Wygrał rozsądek, wygrał Kraków, my wszyscy wygraliśmy. Dzięki Feliks!

Niestety nie był to ostatni bój o pozostawienie ww. fortyfikacji. Kolejne odbywały się w 1822, 1824 i w 1826 roku. Stosunek do zachowania lub zburzenia „rondla” i północnych murów tak rozpalił część społeczeństwa Krakowa, jak dzisiaj rozpalają zbliżające się lokalne piłkarskie derby. Generał Chłopicki, uczestnik Insurekcji Kościuszkowskiej, wojen napoleońskich i powstania listopadowego, podobno zerwał znajomość z senatorem, który był zwolennikiem zrównania z ziemią zabytkowych umocnień (!).

Do pierwszych prac konserwatorskich doszło dopiero w 1834, gdy zaczęto remontować Bramę Floriańską i był to początek końca problemów ocalałego zaledwie „ogryzka” dawnych murów miejskich. W kolejnych latach zasypano fosę, wyburzono „szyje” łączące Barbakan i bramę. Opracowano koncepcję ich zagospodarowania i od tamtego czasu kilkukrotnie już remontowano. Baszty, mury, brama i Barbakan cieszą dziś oczy turystów przemierzających Drogę Królewską. Idziemy w kierunku Rynku!

Rys.: Feliks Radwański – źródło encyklopedia.interia.pl

Odc. 8. O murach, basztach i trochę o Plantach cz.2

Wiecie już co nieco na temat murów obronnych Krakowa, więc przyszedł czas na najważniejszy i najpóźniejszy ich element. Spójrzcie teraz na Barbakan zwany też Rondlem, a przez historyków opisywanym jako „dzieło kluczowe”. Cóż, jak kto chce, niech tak go nazywa. To arcydzieło sztuki militarnej i najmocniejsza część krakowskich fortyfikacji. W skrócie: jest zajebisty! Skąd tam się wziął i po co?

1280px-Krakau_-_Barbakan

Został wybudowany w latach 1498-1499. Na jego budowę 100 grzywien (czyli niemało) przeznaczył król Jan Olbracht, który też położył kamień węgielny. Barbakan miał za zadanie osłaniać najbardziej narażone na atak północne mury Krakowa. Otoczony z każdej strony głęboką fosą był właściwie nie do zdobycia. Teraz to budowla wolnostojąca, ale w czasach gdy służył obronie miasta, był połączony z Bramą Floriańską poprzez „szyję” i „wycieczkę” („wycieczka” to także „szyja” ;-) ). O co chodzi? Już wyjaśniam. Od początku swego istnienia, Brama Floriańska miała dodatek w postaci wysuniętego korytarza zwanego właśnie „wycieczka” lub „szyja”. Na rysunku poniżej widzicie tę właśnie część między bramą a zwodzonym mostem. To rekonstrukcja wyglądu Bramy Floriańskiej z I połowy XIV wieku, czyli tuż po jej wybudowaniu, a przed XV-wieczną przebudową:

Barbakan rek. Bogdanowski2

Z tą właśnie czternastowieczną „wycieczką” lub „szyją” Bramy Floriańskiej, Barbakan był połączony swoją „szyją”, czyli także obudowanym korytarzem nad fosą. Dzięki temu, w czasie obrony miasta, można było swobodnie się przemieszczać między Barbakanem, a innymi częściami krakowskich fortyfikacji. Aby dostać się do Krakowa, trzeba było przejść przez most zwodzony nad fosą do Barbakanu, a następnie przez obie „szyje” lub jak wolicie „szyję” Barbakanu oraz „wycieczkę” Bramy Floriańskiej i samą bramę. Jak widzicie, wejście do Krakowa nie było wiele prostsze niż obecnie dostanie się przez odprawy, bramki, rękawy i inne korytarze do samolotu na lotnisku. Względy bezpieczeństwa.

Barbakan Schoenborn

A teraz trochę o wymiarach naszego ceglanego bohatera. Średnica wewnątrz murów wynosi 24,40 m, a jeśli doliczymy do tego mury i machikuły (o nich za chwilę), to się zbierze metrów trzydzieści. Na parterze mur ma grubość około 3 metrów. Na pierwszej kondygnacji jest to 1,75, a tam gdzie jest kryty chodnik pod wieżyczkami już „tylko” 45 cm. Na tej ostatniej kondygnacji, po zewnętrznej stronie muru biegną tzw. machikuły. To nic innego jak wystający ganek biegnący wokół murów, który miał w podłodze otwory, przez które w przypadku przedostania się nieprzyjaciela bezpośrednio pod mur nie wychylając się można było do niego strzelać, ale też wylewać na niego wrzątek lub gorącą smołę. Barbakan powstał w momencie, gdy coraz częściej do obrony stosowano broń palną. Dlatego też w murach jest 130 otworów strzelniczych, dzięki którym cały obszar aż do kościoła „świetnego” Floriana można było pokryć ogniem z kusz, hakownic, arkebuzów czy bombard, czyli wszystkim tym, co ówcześnie wypluwało z siebie jakiekolwiek pociski.

Pierwszą okazję do sprawdzenia możliwości obronnych Barbakan otrzymał dopiero 88 lat po wybudowaniu, czyli w 1587 roku. Wtedy to udał się do Krakowa arcyksiążę Maksymilian III Habsburg, który stwierdził, że zostanie królem Polski. Nie był sam, bo zabrał ze sobą około 8 tysięcy żołnierzy, którzy oblegali miasto od 14 października do 25 listopada 1587 roku. Obroną Grodu Kraka kierował Jan Zamoyski i zrobił to znakomicie, bo habsburski pretendent do władzy na Wawelu uciekł w kierunku Śląska. Dwa miesiące później, w styczniu 1588 roku, arcyksiążę otrzymuje pod Byczyną ostateczny łomot od ścigającego go dzielnego obrońcy Krakowa i tym samym rezygnuje z pretensji do krakowskiego tronu. W 1587 roku Maksymilian chciał zostać polskim królem, a jak mu się nie udało, to w 1590 został wielkim mistrzem zakonu krzyżackiego. Chyba jednak dobrze, że nie został naszym władcą.

Zamiast Maksymiliana III, w grudniu 1587 roku triumfalnie wjechał do Krakowa i w katedrze wawelskiej został koronowany Zygmunt III (ten od kolumny). Dziewięć lat później król Zygmunt Waza stwierdził, że niekoniecznie chce mieszkać na Wawelu i swoją siedzibę przeniósł na mazowieckie piachy, do Warszawy. Co ważne, Kraków aż do 1795 roku, czyli do III rozbioru Polski formalnie był stolicą Polski, od czasów Zygmunta III Wazy funkcje stołeczne tylko dzieląc z Warszawą. Ta ostatnia była miastem rezydencjalnym króla od 1596 do 1795.

Kolejną próbę zdobycia Barbakanu podjęli rodacy Zygmunta III Wazy, czyli Szwedzi. Zrobili to podczas potopu szwedzkiego w 1655 roku (zapamiętajcie tę datę, bo będzie się pojawiała jeszcze wielokrotnie). Kraków broniony przez zaledwie trzytysięczną załogę pod wodzą Stefana Czarnieckiego musiał stawić czoła szwedzkiej potędze z wielokrotnie większą liczbą żołnierzy i ogromną liczbą dział. Oblężenie miasta trwało przez 24 dni (od 25 września do 18 października). I tym razem Barbakan wytrzymał, ale pozbawiony nadziei na odsiecz Czarniecki musiał skapitulować. Dwa lata później z kolei, w 1657 roku, przed, tym razem sprzymierzonymi z Polakami, wojskami Habsburgów kapituluje nieliczna już wtedy załoga szwedzka.

Ostatni raz Barbakan był używany do obrony miasta w czasie konfederacji barskiej (1768-1772). W czerwcu 1768 roku oparł się wojskom rosyjskim, chociaż nie na długo, bo w sierpniu atakując bramy Sławkowską, Nową (ul. Sienna) i Mikołajską Rosjanie wdarli się do miasta. Niemal przez cztery lata, z krótkimi przerwami, Krakowem rządzili oficerowie carscy. Jeszcze wiele lat po wydarzeniach konfederacji barskiej opowiadano w Krakowie legendy o Marcinie Oracewiczu, bohaterskim obrońcy murów w rejonie Barbakanu i Bramy Floriańskiej, który celnym strzałem zabił dowodzącego atakiem na miasto generała Panina. Jedna z wersji mówiła nawet o tym, że ten właśnie cechmistrz cechu pasamoników, gdy skończyły mu się kule, zabił русского генерала guzem od żupana. Jedno jest pewne, na pewno nie zabił generała, na pewno też nie o nazwisku Panin, bo atakiem dowodził pułkownik o nazwisku Bock, który podczas szturmu został… ranny, więc jak widzicie, może być w tej legendzie ziarno prawdy. Zabił, czy ranił, Panina, czy też Bocka, dzielny Marcin Oracewicz doczekał się na murach Barbakanu tablicy oraz niewielkiego pomnika w parku Strzeleckim.

I na tym skończyła się militarna rola krakowskiego Rondla broniącego miasta od strony Kleparza, chociaż jeszcze nie raz musiał się oprzeć nieprzyjaciołom, ale o tym następnym razem.

Fot. Taxiarchos228 (wiki)

Grafika 1: aut. Janusz Bogdanowski. Rys. zamieszczony w: M. Borowiejska-Birkenmajerowa, Barbakan krakowski, Kraków 1979, s. 35.

Grafika 2: aut. Bronisław Schönborn, Rys. zamieszczony w: M. Borowiejska-Birkenmajerowa, Barbakan krakowski, Kraków 1979, s. 17.

Odc. 7. O murach, basztach i trochę o Plantach cz.1

Opuszczamy Kleparz i przenosimy się do Krakowa, właściwie tuż pod mury średniowiecznego Krakowa. Po przejściu na drugą stronę ulicy Basztowej staniecie pod okrągłą budowlą, której nie muszę Wam przedstawiać. To Barbakan zwany też rondelą (rondlem) stanowiący część fortyfikacji, które broniły dostępu do byłej stolicy. O nim jednak będzie w drugiej części tej opowieści, bo w skład krakowskiego systemu obronnego wszedł najpóźniej i był jego uzupełnieniem. Zaczniemy od tego co znajduje się za nim, a tuż za nim stoi Brama Floriańska z fragmentem murów i trzema basztami: Pasamoników (szmuklerzy, wytwórców pasmanterii), Cieśli i Stolarzy. Patrząc od strony Barbakanu i Plant, Baszta Pasamoników to półokrągła baszta po lewej stronie Bramy Floriańskiej u wylotu ulicy Szpitalnej, po prawej zaś stronie bramy pierwsza to Baszta Stolarzy, a następnie za budynkiem Arsenału, Baszta Cieśli.

Początkowe niewysokie umocnienia z kamieni wokół Krakowa od połowy XIII wieku uzupełniano lub zastępowano ceglanymi. Te pierwsze nie okazały się zbyt przydatne, gdy w 1241 roku do Krakowa wpadli na chwilę Tatarzy. Nie wnikając w szczegóły (napiszę o tym przy innej okazji), po ich wizycie miasto trzeba było wybudować od nowa. Od nowa też trzeba było je zaludniać. Oprócz murów, w drugiej połowie XIII wieku i pierwszej XIV, zaczęły powstawać także bramy i baszty. Do Krakowa można było dostać się przez bramy: Grodzką (1298 r.), Floriańską (1307 r.), Wiślną (1310 r.), Sławkowską (1311 r.), Mikołajską (1312 r.), Szewską (1313 r.) oraz Nową (I połowa XIV w.). Do tego dochodziła Brama Rzeźnicza (z 1289 roku), która została zastąpiona wybudowaną tuż obok, niemal identyczną jak Brama Floriańska, Bramą Mikołajską (1312 r.). Ponadto istniała jeszcze tzw. Brama Poboczna, która właściwie była tylko furtą, dzięki której można było opuścić miasto od strony dzisiejszej ulicy Kanoniczej. Do naszych czasów zachowały się dwie bramy: Floriańska

0354_20100523_Krakow_Florian_Gate

i najstarsza, Rzeźnicza, która zamurowana stała się częścią murów obronnych (przy ul. Westerplatte, między Sienną i Mikołajską).

Pozostałości_Bramy_Rzeźniczej_w_Krakowie_(Gródek)

Bramami, basztami i odcinkami murów opiekowały się krakowskie cechy. Im bogatszy i większy cech, tym w razie potrzeby bronił większej liczby baszt, a rzeźnicy, szewcy, złotnicy, kuśnierze, krawcy, białoskórnicy (garbarze, którzy przy pomocy roztworu ałunu wyprawiali cienkie, delikatne skóry np. na rękawiczki), piekarze, kotlarze i ślusarze pod opieką mieli bramy. Na przykład Bramą Floriańską opiekowali się kuśnierze. Oprócz wspomnianych baszt Pasamoników, Cieśli i Stolarzy, w wieku XVI istniały jeszcze: dwie baszty karczmarzy (Karczmarzy I i II), dwie szewskie, trzy prochowe pełniące rolę arsenałów (Baszta Prochowa III zwana też była Kupiecką lub Rzeźników) oraz inne baszty, które podlegały cechom: kowali, grzebieniarzy, przekupniów, sadelników i słoniniarzy, barchanników (tych od barchanowych gaci), czapników, paśników (nie chodzi tu o posłów i senatorów przy korycie, paśniku, lecz wytwórców pasów), kurdybaników (tzw. czarni garbarze wyrabiający skóry barwione np. na buty, do obicia mebli), kaletników, nożowników, miechowników, łaziebników (pracujących w łaźniach miejskich), cyrulików, pierścienników, piekarzy, siodlarzy, rymarzy, iglarzy, solarzy, malarzy, murarzy i kamieniarzy, bednarzy, blacharzy, rusznikarzy, czerwonych garbarzy (garbarzy, którzy wyprawiali skórę przy pomocy kory dębowej, która pozostawiała skórze czerwony odcień), krupników (sprzedawców kasz) i śledziarzy, mieczników i mydlarzy, garncarzy, introligatorów i stelmachów (kołodziejów), ceklarzy (pachołkowie miejscy do prostych zadań porządkowych dzisiaj zwani dumnie Strażą Miejską) oraz katów.

Przy okazji mamy załatwiony temat cechów miejskich średniowiecznego i nowożytnego Krakowa. Gdy za jakiś czas wybierzemy się na wycieczkę wokół Plant, zlokalizujemy miejsca, w których stały bramy i baszty (a nie jest to trudne ;-) ).

Gdyby w dzisiejszym Krakowie wprowadzić taki obowiązek jak w XV i XVI wieku, to najwięcej baszt mieliby karczmarze i hotelarze, a bramami opiekowaliby się handlowcy z super i hipermarketów. I co by było? Brama Biedronki? Baszta Tesco? A może Brama Barmanów? Baszta Przedstawicieli Handlowych? Wolę jednak tradycyjne nazwy.

Jak widzicie baszt i bram w Krakowie było sporo i przedstawiciele wszystkich ówczesnych zawodów mieli wyznaczone swoje miejsce. Najwięcej możliwości pokazania swej odwagi mieli obrońcy właśnie bramy i baszty przed Wami. Dlaczego? Bo najłatwiej było Kraków atakować od północy, gdyż z innych stron był otoczony przez bagna, Wisłę lub silnie bronione wzgórze wawelskie. Nie wiem na jakich zasadach przyznano opiekę nad najbardziej narażoną na ataki Bramą Floriańską kuśnierzom, ale np. złotnicy opiekowali się Bramą Grodzką od strony starego koryta Wisły i nadwiślańskich bagien? Przypadek? ;) Aż do Potopu Szwedzkiego w 1655 roku, kiedy ich brama została dosyć mocno ostrzelana, złotnicy mieli święty spokój.

Bramy były zamykane na noc i kto nie zdążył wjechać przed zmrokiem, musiał nocować poza murami. Domofonów nie było, a otwarcie takiej kutej, dębowej bramy to była duża operacja i nikt spóźnialskich nie miał zamiaru wpuszczać, ani wypuszczać. W przypadku gdy ktoś nie wszedł na czas do Krakowa, zbawieniem okazywał się np. Kleparz, który jak wiecie nie był otoczony murami. Miał za to zajazdy i gospody, w których można było przy kufelku lub szklanicy czegoś mocniejszego przeczekać do otwarcia bram.

Do tego dochodziły mosty zwodzone nad fosą, która od XIV wieku była kolejnym zabezpieczeniem przed niepowołanymi gośćmi. Zlecenie na jej wybudowanie dostał i z zadania się wywiązał „molendinator” królewski Gerlach. Fosę wypełniały wody rzeki Rudawy. Gdy pod koniec XV wieku przed Bramą Floriańską wybudowano Barbakan, fosę poszerzono do 6-8 metrów przy murach, a w okolicy Barbakanu aż do około 24 metrów. Jako, że miała 3,5 metra głębokości, to widzicie, że do Grodu Kraka nie było łatwo się dostać.

A kto bronił miasta? Oprócz opłacanych przez radę miejską oddziałów, na murach stawić się musiał każdy mieszkaniec zdolny do noszenia broni. Miasto zaś miało obowiązek dostarczać broń i żywność obrońcom. Miało też utrzymywać w dobrym stanie mury oraz fortyfikacje, a z tym było różnie, szczególnie w latach pokoju i braku zagrożeń. Na królewskie ponaglenia w tej sprawie rajcy wymyślali najróżniejsze powody, aby nie wydawać na to pieniędzy. Próbowali też na władcach wymusić jakieś przywileje, dzięki którym wzrastały wpływy do miejskiej kasy i wtedy łaskawie godzili się na wysupłanie pewnych kwot na naprawę murów. Także fosa, gdy krakowianie nie odczuwali niebezpieczeństwa, szybko stawała się płytkim, zamulonym bagienkiem zasypanym odpadkami, czy gruzem. Cdn. :-)

Fot.1. Brama Floriańska – Jakub Hałun (wikipedia)

Fot. 2 Brama Rzeźnicza – Grzegorz B. (wikipedia)

Odc. 6. Jak to pomnik na Kleparzu budowali… cz.2.

Wiosną 1910 roku Antoni Wiwulski w podparyskiej pracowni przygotowywał kolejne rzeźby Pominika Grunwaldzkiego. Atmosfera głębokiej konspiracji wzmagała ciekawość nie tylko krakowian, ale także kręgów artystycznych stolicy Francji. Jednak nie wszystko szło tak jak zakładano. Szanse na ukończenie na czas wszystkich figur były bliskie zeru. W takim wypadku podjęto jedynie słuszną decyzję… O niej jednak za chwilę.

Pech nie opuszczał naszych bohaterów i ich dzieła. Szwedzki granit na cokół, który dotarł drogą morską do portu w Szczecinie, przez pruskich celników został opisany jako marmur. Prawdopodobnie zrobili to specjalnie, aby na następnej granicy, ich C.K. koledzy po fachu zakwestionowali i zatrzymali ładunek. Wydawałoby się, że różnica niewielka, ale dla urzędników celnych „Österreichisch-ungarischen Monarchie” podczas odprawy na granicy prusko-austriackiej miało to kolosalne znaczenie. Chociaż i to, i to jest kamieniem, ale granit to granit, a marmur to marmur, – stwierdzili – to dwie inne skały. Ja bym na pewno ich nie odróżnił, ale też nie jestem celnikiem, ani kamieniarzem żeby potrzebować takiej wiedzy. Fakt jest taki, że aby wyjaśnić to nieporozumienie (nie wymyślono jeszcze e-maili), trzeba było wielu dni, nerwów i pism wyjaśniających, a czas naglił.

Tymczasem w związku z tym, iż przed obchodami rocznicy grunwaldzkiej nie było już możliwości odlania w brązie najważniejszej figury, króla Władysława Jagiełły, postanowiono, że tymczasowo na pomniku zostanie zainstalowany odpowiednio przygotowany odlew gipsowy. No cóż, lepszy Jagiełło z gipsu niż żaden…

22 kwietnia 1910 roku, na placu Matejki wmurowano kamień węgielny pod przyszły pomnik. Klamka zapadła, nie było odwrotu. Cały obszar, na którym miało stanąć dzieło rzeźbiarskie szczelnie ogrodzono, aby aż do oficjalnego odsłonięcia utrzymać tajemnicę. Do końca maja zakończono prace nad trzydziestotonowym cokołem, a w czerwcu z Francji przez Szwajcarię wyjechał pociąg specjalny wiozący wyglądającego na odlanego w brązie, tymczasowego gipsowego Jagiełłę oraz brązowe figury innych postaci. I tu nie obyło się bez niespodzianek, bowiem w okolicach Innsbrucka, powódź podmyła tory i trzeba było transport poprowadzić okrężną drogą. Po kilku dodatkowych dniach elementy pomnika dotarły do Krakowa.

W całym mieście trwały ostatnie, gorączkowe przygotowania do ogólnonarodowych obchodów, które miały trwać aż trzy dni od 15 do 17 lipca 1910 roku. Pełen przepych, goście, imprezy dla notabli i ludu. Nad wszystkim czuwał Krajowy Komitet dla Obchodu 500-lecia Zwycięstwa pod Grunwaldem, w którym wyodrębniono sekcje: aprowizacyjną, kwaterunkową, wydawniczo-prasową, artystyczno-pochodową, muzyczną, zabaw i przyjęć, wystawy zabytków jagiellońskich, medalu pamiątkowego, wykładów popularnych i oprowadzania po mieście. W ogłoszonym programie każdy mógł znaleźć dla siebie coś miłego. Było i „nabożeństwo dziękczynne w kościele N. Panny Maryi”, i „odczyty na temat pamiętnego dnia w dziejach Polski”, „przedstawienia teatralne i zabawy ludowe”, „pochód z Błoń na Wawel […], w którym wezmą udział zastępy Sokołów i reprezentacye wszystkich sfer społecznych”, „powszechna illuminacya miasta”, a nawet gimnastyczne „publiczne ćwiczenia Sokolstwa Polskiego” na Błoniach. Jednak wszyscy czekali głównie na najważniejszy punkt programu, czyli odsłonięcie pomnika na placu Matejki (poniżej zdjęcie zasłoniętego jeszcze pomnika).

Ods+éoni¦Öcie-Pomnika-Grunwaldzkiego-na-pl-Matejki-w_Krakowie

Do 140-tysięcznego Krakowa przybyło 150 tysięcy gości. Przyjechali Polacy z każdego zakątka zniewolonego kraju i zagranicy, a także delegacje wielu narodów słowiańskich. Dokładnie w południe 15 lipca 1910 roku pomnik został odsłonięty. Gipsowy Jagiełło na gipsowym koniu, na granitowym cokole, nad brązowymi postaciami Polaków i Litwinów, odświętnie przystrojony w biało-czerwone flagi wprawił w zachwyt zebrane tłumy. Narodowa ekstaza sięgała zenitu. Gdyby nie atmosfera wielkiego święta, manifestowania polskości i jedności mieszkańców wszystkich zaborów, na pewno skończyłoby się po polsku: awanturą o kształt, wielkość i miejsce. Na szczęście, aż do rozpoczęcia obchodów, cały pomnik był szczelnie zakryty przed ciekawskim tłumem, dziennikarzami, a także lokalnymi politykami i radnymi.

jagiello1910

Oczywiście już po zakończeniu uroczystości co rusz pojawiały się pojedyncze głosy krytykujące projekt pomnika, ale nawet Ci, którzy nie uważali go za wielkie dzieło, nie chcąc się narażać opinii publicznej zachwyconej atmosferą uroczystości, zamilkli. „Dziewczyny lubią brąz” ;-) , więc po pewnym czasie, tak jak zaplanowano, gipsowego króla zamieniono na brązowego, aby po wsze czasy chwalił polski triumf pod Grunwaldem.

Aż do 1939 roku, stał sobie pomnik na placu Jana Matejki, na byłym rynku Kleparza. Wtedy to zawitali do nas zachodni sąsiedzi, bynajmniej nie w celach turystycznych. W Krakowie utworzyli stolicę sztucznego tworu o nazwie Generalne Gubernatorstwo, a na Wawel wprowadził się Hans Frank. Nad Polską, Krakowem i pomnikiem zawisły ciemne chmury. Kilkuletnią wizytę Niemców przetrwała Polska, przetrwał Kraków, ale Pomnik Grunwaldzki już nie przetrwał. Wydano na niego wyrok i go wykonano! Znikał z pejzażu Krakowa między listopadem 1939, a początkiem kwietnia 1940 roku. Cokół pomnika wysadzono w powietrze, a brązowe figury zdemontowano i wywieziono do przetopienia. Wyciągnięto i zniszczono nawet akt erekcyjny. Dzięki odwadze, a nawet brawurze kilku mieszkańców Krakowa udało się uratować pojedyncze elementy oryginalnego pomnika (np. tarcze, miecz Jagiełły, czy berło).

WWII_Krakow_-_01

Po II wojnie światowej zaczęto dyskusję nad odbudową zniszczonych przez okupanta krakowskich pomników, w tym także tego autorstwa Antoniego Wiwulskiego. Znowu odżył spór nad najlepszym miejscem dla Jagiełły. Tużpowojenny wiceprezydent Krakowa Eugeniusz Tor proponował plac przed kościołem Św. Idziego obok Wawelu. Co tu jednak rozmawiać nad lokalizacją, jak nie ma decyzji o odbudowie i nie ma na to pieniędzy. Dopiero na początku lat siedemdziesiątych XX wieku ponownie pojawił się temat jego rekonstrukcji. W październiku 1972 roku zawiązał się Komitet Odbudowy Pomnika Grunwaldzkiego w Krakowie. Do odtworzenia cokołu zamiast szwedzkiego granitu z Vånevik użyto naszego, krajowego z okolic Szklarskiej Poręby. Brązowe odlewy zamiast za dewizy we Francji w firmie I. Mallesset et Cie zrobiono za złotówki w państwowych zakładach w Gliwicach. Cztery lata po utworzeniu Komitetu Odbudowy, w październiku 1976 roku, zrekonstruowany Jagiełło znowu patrzył na Barbakan, o którym będzie następna opowieść. :-)

Odc. 5. Jak to pomnik na Kleparzu budowali… cz.1.

Po obejrzeniu kościoła św. Floriana, skierujcie się w stronę górującego nad Placem Jana Matejki pomnika.

Zanim jednak opowiem Wam historię jego powstania i odsłonięcia, pozwólcie, że napiszę jeszcze kilka słów na temat tego miejsca i jego mieszkańców. Jak pamiętacie, obecny plac to część miasta Kleparz (Clepardia) założonego w 1366 roku przez Kazimierza Wielkiego. Największy rozkwit tego „młodszego brata” Krakowa, przypadł na połowę XVII wieku. W lokalnych rejestrach większość ludności stanowili wtedy Polacy, ale nie brakuje też nazwisk włoskich, niemieckich, a nawet… szkockich. Na przełomie XVI i XVII wieku w Kleparzu istniała niewielka, lecz prężna kolonia szkockich kupców. Może stąd to uwielbienie Brytyjczyków dla weekendów w Polsce? Może to właśnie oni, a Szkoci uważani są za skąpców, doprowadzili do tego, że krakusów nazywa się „centusiami”. Podobną opinię mają poznaniacy, więc nic dziwnego, że znany jest żart o tym jak powstał drut miedziany: między krakowiaka i poznaniaka rzucono monetę jednogroszową ;-) . Oczywiście, jak pisał Kurt Vonnegut: „wszystko to zdarzyło się mniej więcej naprawdę”, więc mniej więcej, ale raczej zdecydowanie mniej niż więcej, możecie przyjąć, że mieszkańcy Krakowa to prawdziwi „centusie”. Znowu jednak odeszliśmy od tematu.

Clepardia była oddzielnym miastem do 1791 roku, kiedy to została przyłączona do Krakowa. Aż do lat siedemdziesiątych XIX wieku, gdy wytyczono obecny kształt Placu Jana Matejki, właściwie cały Kleparz był gigantycznych rozmiarów placem targowym otoczonym przez niewysokie budynki z niewielkim ratuszem pośrodku. Ucywilizowanie tej części miasta polegało na przedzieleniu targowiska monumentalnymi budynkami ówczesnej Szkoły Sztuk Pięknych i Szkoły Miejskiej (oba budynki wybudowano pod koniec lat 70. XIX w.), a także Dyrekcji Kolei (dziesięć lat później). Szkoła Sztuk Pięknych, która miała być tylko szkołą nauczycieli rysunku, dzięki zabiegom swojego dyrektora – Jana Matejki, stała się prawdziwą szkołą wyższą kształcącą wspaniałych artystów. W 1878 roku w uznaniu zasług dla ukochanego miasta, malarz-dyrektor otrzymał na Wawelu berło na znak panowania w sztuce, a w 1882 roku wręczono mu tytuł Honorowego Obywatela Krakowa i jego imieniem nazwano plac. I tak aż do śmierci w 1893 roku Jan Matejko pracował przy Placu Jana Matejki.

Tymczasem niepostrzeżenie zbliżyliśmy się do wielkiego pomnika stojącego na środku placu.

Grunwald_(Žalgiris)_monument_in_Krakow

To Pomnik Grunwaldzki z królem Władysławem Jagiełłą na szczycie. Jako, że jest to plac imienia Matejki, który malował dzieła obrazujące polską historię, wielu przybyszów (a i pewnie niejeden mieszkaniec) myśli, że pomnik ten jest jego autorstwa. Otóż nie, projekt pomnika zaczął powstawać niecałe dwanaście lat po śmierci patrona placu, więc nie on jest autorem. Co prawda w tej części miasta, o czym już wiecie, zdarzały się cuda, ale nie tym razem. Pomnik zaprojektował i za kasę Ignacego Jana Paderewskiego wykonał Antoni Wiwulski. To właśnie Paderewski, nasz genialny pianista wymyślił, że w ten sposób uczci 500 rocznicę bitwy pod Grunwaldem (15 lipca 1910 r.). Pomysł ten podobno powstał już w umyśle dziesięcioletniego Ignasia, czyli w roku 1870. Skoro Paderewski był Wielkim Polakiem, to i pewnie marzenia miał wielkie. Przeciętny dziesięciolatek myśli raczej o Jagience z II „c” niż o stawianiu pomników Jagielle, woli wystrugać drewniany miecz niż granitowy cokół, ale na szczęście w swoich wspomnieniach nasz rodak także opowiada o drewnianych mieczach i papierowych hełmach, więc nie tylko pomniki były mu w głowie. Na szczęście. Na dobre za realizację marzeń, Ignacy wziął się w wieku prawie 50 lat, gdy na ich realizację mógł sobie pozwolić. Był sławny i bogaty, a kraj rodzinny wciąż zniewolony.

Dlaczego Paderewski wybrał Kraków? Wyobrażacie sobie miny pruskich urzędników w momencie, gdy słyszą o pomyśle postawienia pomnika porażki niemieckiego zakonu na polach grunwaldzkich w okolicach wschodniopruskich wsi Tannenberg (Stębark) i Geyerswalde (Gierzwałd)? Ja sobie tego nie wyobrażam, chociaż mam całkiem niezłą wyobraźnię. Także w zaborze rosyjskim na taką ekstrawagancję nie można było sobie pozwolić. Za to w Galicji jak najbardziej. Była stolica z zamkiem królewskim pasowała idealnie do koncepcji przyszłego premiera. Tak też Ignacy postanowił. W 1908 roku znalazł odpowiedniego człowieka do tego zadania. Był to młody i zdolny artysta mieszkający w Paryżu, wspomniany wyżej – Antoni Wiwulski. Dlaczego akurat on?

- A dlaczego nie? Czas nagli, płacę i wymagam! – na pewno stwierdził fundator.

Dobrze, że tak zrobił, bo by pomnik nie stanął przed planowanym 15 lipca 1910. Ponadto w całkowitej tajemnicy utrzymywano projekt. Miejscowy światek artystyczny jeszcze w 1915 roku by się kłócił, która koncepcja jest słuszna, kto powinien to zrobić i za jakie honorarium. Być może Paderewski słyszał o tym jak kilkanaście lat wcześniej budowano w Krakowie inny pomnik i skończyło się to gigantyczną kłótnią, a w końcu śmiercią zawiedzionego artysty (o tym będzie w jednym z kolejnych wpisów). Chciał sobie i autorowi pomnika darować takich „rozrywek”. Wystarczy, że przeżyli dyskusję nad lokalizacją pomnika. W grudniu 1909 roku, prezydent Krakowa dr Juliusz Leo poinformowany o zamiarze słynnego pianisty przekazał tę informację miejskim radnym oraz członkom Komitetu Wykonawczego Krajowego Komitetu dla Obchodu 500-lecia Zwycięstwa pod Grunwaldem. I się zaczęło: Plac św. Ducha, Plac Bernardyński, Plac Szczepański, czy Planty u wylotu Sławkowskiej? Może Wawel? A jeśli Wawel, to w którym miejscu? Tam gdzie dwóch Polaków, tam trzy zdania. Spośród wszystkich propozycji nie wybrali żadnej, ale na szczęście pojawiła się kolejna: plac Jana Matejki. Plac był nowy, reprezentacyjny, tuż przy Barbakanie, bramie Floriańskiej i murach miejskich, blisko dworca, więc zadowolił (prawie) wszystkich.

W tym czasie Wiwulski wraz z zespołem pracował we Francji nad poszczególnymi częściami pomnika. Tempo było ogromne. Kilka miesięcy przed planowanym odsłonięciem zaczęto odlewać w brązie kolejne figury. Wszyscy z niecierpliwością czekali na efekty pracy, gdyż wciąż nikt oprócz niewielkiego kręgu osób skupionych wokół fundatora nie znał projektu. Pojawiły się przeszkody i pytanie: czy zdążą? Ciekawość sięgała zenitu…

Jeśli zastanawiacie się jak wyglądała dalsza część historii Jagiełły z brązu, jeśli Wasza ciekawość nie została jeszcze zaspokojona, to już niedługo część druga tej opowieści. A będzie się działo… Zapraszam :)

Fot. ARZ (Wikipedia)

Odc. 4. O kościach, kościele, Florianie i Florencji…

Rozpoczynamy zwiedzanie „Drogi Królewskiej”, trasy jaką pokonywały książęce i królewskie orszaki przechodzące przez bramę i ulicę Floriańską, Rynek Główny, aby ulicą Grodzką dotrzeć na Wawel. To właśnie w tym miejscu, na Placu Matejki zaczyna się nasza wycieczka po najwspanialszych zabytkach Krakowa. To trasa, od której trzeba zacząć zwiedzać, bez której nie poznacie tego miasta.

0364_20100523_Krakow_Plac_Jana_Matejki
Zacznijmy od początku, ale bez zbędnych szczegółów. Zajrzyjcie w mroczne czasy wieków średnich, przenieście się myślami do XII stulecia. Wtedy jeszcze nie było obecnego Placu Matejki. Miejsce to, we wspomnianym wieku było tylko bezładnie zabudowaną niewielką osadą położoną poza murami Krakowa, osadą, która zaczęła się rozwijać oraz spełniać funkcje mieszkaniowe i handlowe w kolejnych stuleciach, a do jej rozwoju przyczyniło się jedno bardzo ważne wydarzenie.

Gdy w 1177 roku na tronie krakowskim zasiadł Kazimierz II Sprawiedliwy, zaczął kombinować co by tu zrobić, aby podnieść status swojej siedziby na Wawelu, prestiż władzy oraz Krakowa. Skumał się z biskupem Gedko i stwierdzili, że dobrym zabiegiem może być sprowadzenie do katedry relikwii jakiegoś świetnego świętego. A kto ma w nadmiarze świętych i może się nimi podzielić? Tak jest, dobra odpowiedź – papież. Tam też swe prośby skierował nasz książę. Zabiegi trwały kilka lat i w końcu się udało. Nowy papież Lucjusz III zgodził się na wymianę i ubili interes.

Mogło to wyglądać tak:
- Dam Wam kości jakiegoś świętego, – usłyszał w Rzymie wysłannik polskiego księcia – a w zamian chętnie przyjmę „co łaska, nie mniej niż…”.

Po tej rozmowie, zapewne Lucjusza naszły jednak pewne wątpliwości i pytania:
- No dobra, święty obiecany, ale który z nich ma trafić do Grodu Kraka? Wybór ogromny, jak wybrać?

Pomoc przyszła z najmniej oczekiwanej strony, a mianowicie od jednego ze świętych (właściwie jego zwłok). Ten cud opisał prawie trzysta lat później Jan Długosz w swoich „Rocznikach, czyli kronikach sławnego Królestwa Polskiego”. Według naszego kronikarza papież Lucjusz III po wejściu do kaplicy, w której spoczywali święci, spytał się, który z nich chciałby przenieść się do Polski. Zgłosił się jedynie Florian, który uniesioną ręką dał znać, że może jechać. Cud! Jako że święty nie żył od jakichś 880 lat to zdecydowanie zasługuje na miano cudu. Poza tym zachodzi pytanie, dlaczego tylko on chciał przenieść się do Krakowa? Klimat? Pewnie nie było wtedy w Rzymie żadnych świętych z Wysp Brytyjskich, bo jakby byli, to na pewno także by się zgłosili. Synowie Albionu wyjątkowo lubią Kraków, co od lat widać w zapełnionych nimi krakowskich knajpach.

Saint_Florian
Wróćmy jednak do Floriana. W 1184 roku spakowano naszego bohatera i wyekspediowano do dalekiego kraju na Północy. Gdy wóz z relikwiami zbliżał się do Grodu Kraka, jego mieszkańcy, duchowni i niemal cały dwór książęcy udali się poza miasto, aby go przywitać. Jak głosi kolejna legenda, tuż przed wjazdem do miasta, na terenie dzisiejszego placu Matejki, woły ciągnące wóz zatrzymały się i nie chciały ruszyć dalej. Tłumacząc to cudem i w związku z nim, w tym miejscu po trzydziestu latach wzniesiono i konsekrowano kościół pod wezwaniem św. Floriana. Trzeba by się zastanowić, czy był to faktycznie cud. Są dwa wyjścia:

a) ponownie we własnej sprawie „palce maczał” św. Florian, czyli cud,
b) relikwie przybyły do Krakowa na przełomie października i listopada i po jesiennych opadach wóz utknął w błocie/śniegu, czyli jesień/zima jak co roku zaskoczyła „drogowców”.

Wybierzcie wersję bardziej prawdopodobną i Wam odpowiadającą. Fakt faktem, że dzięki temu wydarzeniu, w 1216 roku, biskup Wincenty Kadłubek konsekrował romański wtedy kościół.

Krakow_Saint_Florian_church_20060706_1646
Wraz ze wznoszonym kościołem, u wrót Krakowa zaczęła pojawiać się szybko rozrastająca się osada handlowa. Jeśli wyobrażacie sobie życie w niej jako podmiejską sielankę, to wyprowadzę Was z błędu. Wszyscy atakujący Kraków, starali się go zdobyć od strony północnej, czyli właśnie przez naszą osadę z kościołem św. Floriana. Niestety, nawet po 1366 roku, gdy uzyskała prawa miejskie, nie doczekała się żadnych umocnień broniących jej przed nieprzyjacielem. Sąsiedzi zaś (krakowianie), za każdym razem, gdy tylko zbliżało się zagrożenie, natychmiast palili jej wszystkie zabudowania, aby wróg nie miał gdzie się skryć. Tak też się działo np. w czasie niezapowiedzianych wizyt Tatarów w latach 1241 i 1259.

I tak funkcjonowała sobie nasza osada, a potem także jako miasto, tuż obok swojego większego brata – Krakowa. Nowe miasto, zostało lokowane przez Kazimierza Wielkiego i otrzymało nazwę Florencja (tak, tak, „niechaj narodowie wżdy postronni znają, iż Krakusy nie gęsi, iż swoją Florencję mają” ;-) ). Nazwa ta była w użyciu stosunkowo niedługo i została zastąpiona nazwą Kleparz (Clepardia). Kleparz przez wieki stanowił ośrodek handlu zbożem, bydłem i innymi niezbyt wyszukanymi towarami. Ze względu na wysokie i liczne opłaty dla handlowców spoza Krakowa, nie zawsze opłacało się wwozić towar do stolicy. Oczywiście jeśli komuś nie przeszkadzały różnego typu opłaty celne, mostowe, targowe, składne, czy czopowe (nie mylić z czopkami), albo miał na tyle drogi i poszukiwany towar, że mógł sobie na to pozwolić to bez mrugnięcia okiem płacił. Każdy obcy jednak aby np. skorzystać z miejskiej wagi, a to był przymus, musiał zapłacić dwa razy wyższą opłatę niż handlujący tubylcy. Lekko nie było, ale mieszkańcy Clepardii jakoś sobie radzili. Co prawda nie nazwałbym Kleparza rajem podatkowym, czy handlowym potentatem, ale jak się dało obejść drakońskie, krakowskie przepisy i opłaty, to wielu chętnie z tego korzystało.

Teraz na chwilę wróćmy do kościoła. Ten, przy którym stoicie, nie da się ukryć, nie jest zbudowany w stylu romańskim. Najstarsza budowla była niszczona m.in. przez wspomnianych wyżej Tatarów. W XIV wieku został przebudowany w stylu gotyckim, rozbudowywany następnie w XV i na początku XVI wieku. W 1528 roku, podczas wielkiego pożaru Kleparza został tylko uszkodzony, co przypisano znajdującym się w nim i chroniącym od ognia relikwiom św. Floriana. Co ciekawe, w 1580 i 1587 kościół płonął dwukrotnie i tu już Florian nie zechciał go ochronić. Brak takowej chęci zanotowano dwa razy także podczas potopu szwedzkiego w 1655 i 1656 roku. Po tych wydarzeniach, w latach 1657-1684 został przebudowany w stylu barokowym. Taki nowy i ładny wytrzymał tylko kilkadziesiąt lat, bo został uszkodzony podczas pożaru Kleparza w 1755, a następnie w 1768 podczas walk konfederatów barskich.

W latach 1902-14, a następnie w latach dziewięćdziesiątych XX wieku kościół odrestaurowano, by w 1999 roku papież Jan Paweł II podniósł go do godności bazyliki mniejszej. I tak stoi sobie od prawie 800 lat przyglądając się „Drodze Królewskiej” oraz zmieniającemu się Kleparzowi. Cdn.

Fot.1 (plac Matejki – widok od strony Barbakanu) i Fot.3 (bazylika św. Floriana) – autor Jakub Hałun (Wikipedia)

Fot. 2 (św. Florian) źródło Wikipedia

Odc. 3. Dworzec, placyk, pałacyk i latarenka

Po rozważaniach dotyczących płynów spożywanych, a także używanych do ablucji zbliżyliście się do XIX-wiecznego budynku Dworca Głównego.

Pierwsze pociągi dotarły do Grodu Kraka 13 października 1847 roku. Kolej Krakowsko-Górnośląska połączyła galicyjski Kraków z górnośląskimi Mysłowicami i dalej z Wrocławiem oraz Berlinem. Można było tędy dojechać też do Wiednia, bo Kolej Krakowsko-Górnośląska (początkowo na terenie Prus, a później w małopolskiej Trzebini, gdzie doprowadzono linię od strony Chrzanowa, Oświęcimia i Bielska-Białej) łączyła się z Cesarsko-Królewską Uprzywilejowaną Koleją Północną Cesarza Ferdynanda. Jeśli przyjechaliście do Krakowa pociągiem od strony Śląska (czyli właśnie tą linią), to pewnie myślicie, że jechaliście dokładnie po tych samych, nigdy nieremontowanych, ponad 160-letnich torach, które są ułożone na XIX-wiecznych drewnianych podkładach. Jeżdżąc kilkukrotnie tą trasą też miałem takie wrażenie, ale uwierzcie mi, to nieprawda, to nie jest linia muzealna, a podróż z Katowic do Krakowa nie jest specjalnie przygotowaną atrakcją dla turystów. Jak najbardziej prawdziwy, dziewiętnastowieczny jest czas przejazdu. W 2015 roku, w XXI wieku, pociąg łączący dwie wielkie i nowoczesne aglomeracje, odległość 77 kilometrów pokonuje w ponad 2 godziny!!! „Sorry, taki mamy klimat”. Nie możecie jednak narzekać (i tu podpowiedź dla marketingowców z PKP) przecież Ibrahim Ibn Jakub w 965/966 roku jechał do Krakowa z czeskiej Pragi 3 tygodnie! Widzicie? Teraz jest zdecydowanie lepiej!

Do budynków dworcowych nie wejdziecie, bo po ponad 160 latach dworzec przestał być dworcem. Może tam będzie wielosalowe kino, a może… Nikt nie wie co tam będzie, bo nie wie tego nawet właściciel, czyli PKP. Chcą go przebudować na „przybytek X Muzy”, ale na burzenie ścian i całkowitą przebudowę nie chce się zgodzić konserwator zabytków. Do środka więc nie wejdziecie, a szkoda. Pozostaje podziwianie go z zewnątrz.

Aby w całej okazałości obejrzeć budynek musicie wejść na plac Jana Nowaka-Jeziorańskiego.

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Plac ma 145 x 115 metrów, więc jest spory. Nie będę tu wyliczał ile na zajmowanej powierzchni mogłoby zmieścić się skrzynek piwa, ale żeby nie było… bez problemu by się na nim zmieściły dwa pełnowymiarowe boiska do piłki nożnej. Po jednym dla dwóch największych klubów piłkarskich Krakowa (Cracovii i Wisły). Musiałaby być jednak tylko jedna, wspólna dla kibiców obu klubów trybuna (dwie już się nie zmieszczą), a to ociera się o masochizm i nawoływanie do wojny. Boiska i trybuna zmieściłyby się na placu gdyby pośrodku nie stał pewien budynek. To pałacyk Wołodkowiczów, ale o nim za chwilę.

Teraz skupmy się na dworcu. Ten, na który patrzycie, to efekt kilku przebudów i wielu zmian.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pierwszy dworzec wybudowano w latach 1844-1847, a więc oddano go do użytku wraz z nową linią kolejową. Teren pod jego budowę (razem z pałacykiem, do którego wprowadziło się biuro towarzystwa kolejowego) kupiono za 200 tys. złotych polskich. Wtedy to było naprawdę dużo, a teraz? Teraz w Krakowie to cena trzydziestometrowej kawalerki do remontu, a w tej okolicy to nawet na klitkę w dobrym stanie by nie starczyło. Taką kasę to pewnie chętnie by „przytulili” właściciele jednej z sieci klubów go-go, o której było głośno w mediach w 2013 i 2014 gdy okazywało się, że jej klienci zbiorowo zostawiali tam całą zawartość swoich kont i limity kredytowe z kart płatniczych. Czy się aż tak dobrze tam bawili? Wątpię, bo niemal wszyscy twierdzili, że z pobytu w klubie nic nie pamiętają, ale to ich sprawa i niech się sami martwią. Dobrze, że w XIX wieku ten klub nie działał w Krakowie, bo może całe dwieście „tysi” poszłoby na panienki oraz szampany za 16 000 zł sztuka i wtedy nie byłoby w latach 1847-1869 dworca w stylu neorenesansowym autorstwa nadinżyniera i radcy budowlanego króla pruskiego Petera Rosenbauma z Wrocławia. Skąd tam data 1869? Wtedy właśnie zaczęto pierwszą przebudowę dworcowych budynków. Pierwszy, neorenesansowy, otoczony ogrodami okazał się za mały. Poza tym, był dworcem czołowym, bo pociągi przyjeżdżały tylko od strony Śląska, a jak wybudowano linię w kierunku Tarnowa, Rzeszowa i Lwowa, trzeba było poświęcić ogrody i przebudować budynki. Przebudowa z lat 1869-1871 nie była jedyna, a obecny kształt budynku w stylu eklektyzmu nadały jeszcze te z lat 1892-1894 i w mniejszym stopniu w 1920 roku. Eklektyzm to, w największym skrócie, łączenie stylów architektonicznych, szczególnie popularne w XIX wieku. Oczywiście wszystkie elementy ze sobą współgrały, tworzyły pewną całość. W obecnych czasach też wielu stara się łączyć różne style, ale delikatnie rzecz ujmując, im to „trochę” nie wychodzi. Coś takiego, z niepasującymi do niczego łukami, finezyjnymi balustradkami i wieżyczkami zobaczymy np. w budownictwie romskim (nazwijmy ten „styl” barokiem mławskim) i budownictwie „dorobkiewiczowskim” (tutaj będzie pasowała nazwa grójeckie rokoko, lub nawet rokokoko :-)). Oczywiście nie muszę dodawać, że oba nowoczesne „style” są wynikiem braku jakiegokolwiek gustu i niestety są spotykane w całym naszym umęczonym kraju. Oba też były najpopularniejsze w latach dziewięćdziesiątych XX w., chociaż zdarza się wielu i teraz czerpać pełnymi garściami z tego „architektonicznego trendu (trądu)”. Dobra, koniec, zagalopowałem się, więc wróćmy na plac przy dworcu.

Tam na środku stoi wspomniany już pałacyk Wołodkowiczów, a jak pałacyk to i latarenka ;-). Obecnie znajduje się w nim poczta, a stoi na miejscu wcześniejszego, kupionego wraz z ziemią pod budowę dworca i linii kolejowej, w którym mieściły się pierwsze biura kolejowe. Wybudowany dla Bolesława Wołodkowicza i jego żony Zofii w roku 1884 r. pałac w stylu eklektycznym został zaprojektowany przez znanych architektów Tadeusza Stryjewskiego i Władysława Ekielskiego.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Oprócz pałacyku i budynku dworca, w 1870 roku wybudowano jeszcze halę peronową, którą przebudowano w 1895 roku. Została jednak zlikwidowana w latach trzydziestych XX wieku wraz z rozbudową torowiska i zwiększeniem liczby peronów. Poza tym w latach 1892-1893 powstał żelbetowy tunel prowadzący do peronów, a także Przekop Talowskiego.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Co to ten Przekop? To nic innego jak tunel pod torami w ciągu ulicy Lubicz, ale tunel niezwykły, zaprojektowany przez niezwykłego krakowskiego architekta Teodora Talowskiego, o którym jeszcze będę wspominał, tunel, który jest częścią Krakowskiego Szlaku Techniki. Obiekt ten wybudowano w latach 1896-1898, dlatego że na jednopoziomowym przejeździe zamykanym szlabanami tworzyły się korki. Jak widzicie, już wtedy były one krakowską specjalnością. Specyfikację techniczną przygotowali inżynierowie Cesarsko-Królewskich Kolei Państwowych (kaiserlich-königliche Staatsbahnen), które całość sfinansowały. Projekt architektoniczny wykonał zaś wspomniany wyżej T. Talowski. Jak czytamy w wydanym przez Urząd Miasta Krakowa przewodniku po Krakowskim Szlaku Techniki: „przęsło wiaduktu ma konstrukcję metalową wspartą na 16 kamiennych kolumnach ustawionych w obniżeniu ulicy Lubicz w dwóch równoległych rzędach. Mur oporowy, boniowany, rozczłonkowany ryzalitami zwieńczonymi filarkami, zbudowany został z piaskowca ciężkowickiego”.  Jeśli nie macie chęci oglądać boniowanego muru oporowego i innych ryzalitów, to skierujcie się w kierunku ulicy Basztowej i dalej placu Matejki, bo tam zaczniemy drugą część naszej wycieczki po Królewskim Stołecznym Mieście Krakowie.

Fot. Tomek „Papug”

Odc. 2. O wieży ciśnień, piwie i jacuzzi…

Gdy już skończycie napawać się widokiem „Szkieletora”, proponuję przejść w kierunku placu Dworcowego (obecnie pl. Jana Nowaka-Jeziorańskiego) i dziewiętnastowiecznego budynku dworca. Na pierwszym zdjęciu to ten żółty budynek po prawej stronie skryty za wiatą.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jednak skoro już jesteście na peronie, skoro daliście się namówić na dotarcie na jego koniec, spójrzcie na obiekt po lewej stronie (w całości na zdjęciu poniżej). To wieża ciśnień. Dlaczego akurat o niej piszę? W końcu to też zabytek.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wieża powstała w latach dwudziestych XX wieku. Nie jest jedyna w swoim rodzaju, bo podobne są w Żyrardowie i Żaganiu. Nie jest też wyjątkowo piękna, chociaż fani zabytków techniki i infrastruktury kolejowej na pewno mogą się na nią gapić godzinami. Was o to nie posądzam, więc skupmy się na innych aspektach. Jest to obiekt żelbetowy z żelbetowym zbiornikiem o przekroju kołowym i pojemności 400 m³. To dużo, ale fakt, ciężko sobie wyobrazić taką pojemność, więc przeliczmy to na… piwo. Mieści się tam zawartość 800 000 półlitrowych butelek piwa. Licząc 5 piwek dziennie, rocznie wypijecie ich 1825, a więc po roku zostaje jeszcze… piw od cholery, marskość wątroby i zaawansowana choroba alkoholowa. Browarów jest na ponad 438 lat, a przy jednym dziennie na prawie 2200 wiosen. To więcej niż ma chrześcijaństwo!!! Dla wierzących, praktykujących może być inny przelicznik. Jakiś czas temu sprawdziłem, woda mineralna mająca w nazwie święty Licheń sprzedawana jest w butelkach 0,33l. W składzie znajdują się kationy: Mg2+ (28 mg/dm3), K (3), Na+ (41), Ca2+ (106). Znajdziemy tam też aniony: HCO3 (414 mg/dm3), Cl- (45), SO42- (5). Nie wiem co to oznacza, ale pewnie to dobrze, że tam są i akurat w takiej ilości. Nigdy jej nie próbowałem, jednak zakładam, że jest smaczna. W związku z tym, iż jest to woda z Lichenia na pewno jest zajebiście zdrowa, więc warto się w niej wykąpać. Standardowa wanna ma pojemność jakichś 100 litrów (chyba), także przed Wami 11 lat codziennych kąpieli w wannie pełnej po brzegi leczniczej, świętej wody! A że „Licheńska” jest sprzedawana także w formie gazowanej, to przez wiele lat możecie mieć „naturalne jacuzzi”…

Fot. Tomek „Papug”