Archiwa autora: zwiedzajkrakow.pl

Odc. 19. „Wiśniówka” na torcie. Część 1.

Rozpoczęło się lato, dla większości z Was nastał okres urlopów i odpoczynku. Niezależnie gdzie spędzacie ten czas, często towarzyszy Wam piwko, winko lub destylaty wszelakie. Oczywiście nikogo nie namawiam do spożywania w różnym stężeniu alkoholu etylowego (C₂H₅OH). Zawsze możecie odmówić, ale możecie też stwierdzić: „jestem nieśmiały (nieśmiała) i nie śmiem odmawiać” i skusić się na kufelek, lampkę lub kieliszeczek czegoś dobrego. Prawie jak w żarcie o studentach:

- Cześć, gdzie idziesz?

- Na wódkę.

- Namawiał, namawiał i namówił…

Przestrzegam kierowców przed spożywaniem piwka oraz innych „procentowych smakołyków” i, jeśli zwiedzacie (nie tylko Gród Wandy), to proponuję robić to bez kierowania pojazdem mechanicznym. Powody już przedstawiłem we wstępie. Należy też zachować umiar tak, aby nie trafiła się Wam „rozrywka” na ulicy Rozrywka. W razie jakby co, to jest jeszcze urlop na żądanie, przecież każdemu może się zdarzyć nagła „choroba dnia wczorajszego” lub diagnozowana najczęściej u polityków „choroba filipińska”. Powód nieprzyjścia do pracy musicie wymyślić sami. Książę Leszek Biały, który zobowiązał się do wyjazdu na wyprawę krzyżową do Ziemi Świętej, napisał do papieża Innocentego III prośbę o zwolnienie go z tej roboty, bo na południu piwa nie znają, a on niczego oprócz piwa nie pije. Można? Można.

Schłodzony, poddany fermentacji alkoholowej efekt enzymatycznej hydrolizy skrobi i białek z ziaren zbóż wypity w klimatycznym lokalu, albo na dworze/polu* (* wersja dla Krakusów) na pewno zaszkodzić nie zaszkodzi, a pomóc może. Do tego w każdej napotkanej knajpie „bania” smakowitego, zmrożonego destylatu i pozostaje tylko stwierdzenie: „dziękuję za uwagę, oddaję głos do studia…;-) . Kraków wielu turystom kojarzy się głównie z knajpami i alkoholem. Coś w tym jest, bo w Grodzie Kraka co roku wydaje się 2500 koncesji na sprzedaż napojów o zawartości ponad 4,5% alkoholu. W całej Norwegii na sprzedaż takich produktów w 2013 r. wydano 252 (!) pozwolenia. W obu przypadkach nie wlicza się do tej liczby punktów, w których można kupić tylko piwo, trzeba więc doliczyć także lokale i sklepy typowo „piwne” i wtedy ta liczba jeszcze trochę się zwiększy. U Norwegów jeden sklep z wódą przypada na 18 tysięcy mieszkańców, a w stolicy Małopolski na około 300 (słownie: trzystu). Jak widzicie, szczególnie w Krakowie, jest w czym wybierać i problem z dostępnością nie istnieje. A jak było kiedyś? Jak ten problem rozwiązywano w dawnych wiekach? Przecież alkohol to nie wymysł ostatnich dziesięcioleci, nie zaczęto go sprzedawać wraz z najazdem na Kraków knajpianych turystów z „Warszawki”, czy hord pijanych „Synów Albionu”. No właśnie, jak?

Już w średniowiecznym Krakowie pijano duże ilości piwa, co widzicie na przykładzie naszego księcia Leszka żyjącego na przełomie XII i XIII wieku. Wino pito rzadziej, bo było mniej dostępne, droższe i na miejscu raczej go nie wyrabiano. Gorzałki właściwie nie spożywano, a mocniejsze doznania oferowane były przez wytwórców i sprzedawców miodów pitnych. W czasach późniejszych te proporcje zaczęły się zmieniać na korzyść okowity, a i win pijano coraz więcej, jednak wciąż niekwestionowanym liderem było piwo.

Piwo w tamtych czasach było nie tylko, tak jak obecnie, źródłem przyjemności. Pracownicy mieli zagwarantowane „ustawowo” odpowiednią dzienną ilość piwa lub jego ekwiwalent w postaci tzw. piwnego. Z czego to wynikało? Z jakości wody dostępnej w mieście. Zamiast niezbyt czystej wody, mogącej doprowadzić do wielu chorób, pito w ciągu dnia lekkie, niskoprocentowe piwko, które często bardziej przypominało podpiwek niż dzisiejsze 5-6% lagery. Oczywiście kto miał na to ochotę, mógł się po robocie „sponiewierać” mocniejszymi browarkami. Trzeba było jednak uważać, żeby za pijaństwo nie zostać skazanym np. na karę kuny.

Jeśli porównamy liczbę dostępnych lokali, w których można było kupić piwo, to czternasto, czy piętnastowieczne miasto Wandy i Kraka nie ustępowało niczym obecnemu Krakowowi. Tak jak i teraz można było dostać piwa różnej jakości i różnej ceny, różnica była przede wszystkim taka, że większość piw było wyrabiane na miejscu. Teraz oprócz browarów restauracyjnych, które policzymy na palcach jednej ręki, w Krakowie od lat nie ma żadnego browaru (od niedawna jest jeden, niewielki tuż przy granicach miasta). Zlikwidowany w 2001 roku browar przy ulicy Lubicz (dawny Browar Johna, a później Götza) przez wiele ostatnich lat swego istnienia był tylko rozlewnią piw produkowanych poza Krakowem.

Krakowianie w wiekach średnich mieli naprawdę duży wybór złocistych trunków. Oferowano tanie piwo białe (cerevisia alba), piwo lekkie zwane schayte, nieco droższe piwo langwelle oraz czarne, jęczmienne piwo marcowe. Najpowszechniejsze zaś było piwo pszeniczne (cerevisia triticea).

W XIV-wiecznym grodzie, w którym mieszkało niewiele ponad 10 tysięcy ludzi, działało co najmniej 25 browarów, a tylko na ulicy św. Marka było ich 5. Aby chronić interes browarników i oczywiście interes miasta, w 1358 roku Kazimierz Wielki wydał zarządzenie, w którym zapisano, że na pół mili wokół Krakowa nikt nie ma prawa mieć browaru i wyszynku. Starano się ściśle kontrolować jakość wytwarzanych i sprzedawanych płynów, a za nadużycia surowo karano. Powstało specjalne stanowisko tzw. mensuratores, którzy mierzyli ilość piwa, jakie powstawało z dostarczonych składników. Piwowar za oszustwo tracił na pół roku prawo do wyrabiania trunków, a gdy go złapano powtórnie, mógł być nawet wygnany z miasta.

Pilnowano też szynkarzy, bo notorycznie kombinowali. Najczęściej używali zbyt małych miar, albo do dobrego piwa dolewali piw gorszej jakości. W tym celu zatrudniono kilku tzw. affusores, którzy mieli czuwać nad prawami konsumentów. Gdy zobaczyli, że barman nie trzyma miar, albo robi dolewki, płacił karę pieniężną oraz mógł mieć lokal zamknięty nawet na miesiąc. Nie były to wyjątkowe sytuacje, gdyż już na początku XV wieku, w miejskim budżecie roczne wpływy z kar dwukrotnie przewyższały koszt zatrudnienia i wyposażenia kontrolerów.

Kraków, podobnie jak inne średniowieczne miasta, posiadał wiele lepszych i gorszych lokali, podających różne rodzaje napitków. Były takie, których sława przekraczała bramy ówczesnej stolicy, o których pisano mniej, lub bardziej chwalebne opinie. I to właśnie jest jeszcze jeden powód, poza hobbystycznym spożywaniem, dla którego opisuję Wam rozrywki dawnych mieszczan Grodu Kraka. W piwnicach krakowskiego ratusza, tuż obok kazamat, przez kilka stuleci funkcjonowała knajpa przez jednych wielbiona, przez innych przeklinana, mająca kilka formalnych i nieformalnych nazw, z których moja ulubiona to spelunca latronum. O niej, o jej nazwach, bywalcach, a nawet o dziewkach wszetecznych już niedługo przeczytacie w kolejnej części mojej opowieści. Niech to będzie taka… „Wiśniówka” na torcie ;-)

Odc. 18. Jeszcze trochę o ratuszowej wieży.

Nadal znajdujecie się przy pozostałościach krakowskiego ratusza. Jeszcze przed opisywanym już pożarem w połowie XVI wieku, a następnie wielkiej przebudowie budynków władz miasta, w 1524 roku kosztem 114 florenów na wieży zamontowano zegar. Wraz z nim pojawiły się trzy dzwony: jeden duży, wybijający godziny i dwa mniejsze, które informowały o upływających kwadransach. Zwieńczenie średniowiecznej wieży nie przypominało obecnego, ale także było bardzo ozdobne. Widzicie je poniżej.

Ratusz Rocznik krakowski t.VIII s. 7

Od średniowiecza góra wieży wraz z wieńczącym ją hełmem była kilkukrotnie zmieniana, a oto wytłumaczenie dlaczego tak się działo.

Zarówno w Polsce, jak i na świecie pierwsze piorunochrony zaczęto montować dopiero około połowy XVIII wieku, więc jak się domyślacie, wszystkie miasta, w dużej mierze drewniane, od uderzeń piorunów płonęły jak zapałki. Oczywiście, wierzono w wielką moc św. Floriana, który miał chronić od ognia sobie poświęcone budowle i miasta. Na przykładzie kilkukrotnie płonącego kościoła pod wezwaniem tego właśnie „świętego od ognia”, w którym zresztą osobiście „zamieszkał”, wiecie, że to niekoniecznie się sprawdza. Oczywiście jak ogień omijał miasto lub jakiś budynek, to była zasługa Floriana, a jak pozostał po budowli tylko popiół, to dyskretnie przemilczano brak pomocy patrona strażaków. Przed celami i skutkami wyładowań elektrostatycznych nie chroniła także „gromowładna” św. Barbara. ;)

Wróćmy jednak do ratusza. Nasz staromiejski „bohater” płonął kilkukrotnie. Nie zawsze przyczyną był brak instalacji odgromowej, ale jak już piorun łupnął, to szkody były naprawdę spore. Tak też i było w 1680 roku, gdy od wyładowania atmosferycznego spłonęła spora część wieży i innych zabudowań magistratu. Jak wielka to była pożoga niech świadczy opis świadka wydarzeń i odpowiedzialnego za jego odbudowę krakowskiego rajcy Jana Gaudentego Zacherli: „Roku Pańskiego 1680 dnia 25 maja, stał się straszny przypadek w tem stołecznem mieście, gdy piorun w tę wieżę pod samą gałkę uderzył y tak wspaniałą, kosztowną y przewyborną machinę spalił z zegarem y dzwonkiem wdzięcznym, którym rzeczpospolitą do rady miasta tego zwoływać zwykli. Sposobu nie było ratowania tej wieży dla ołowiu, którym była pokrytą, gdy się topił y do obrony przystąpić nie dał. Miasto było w ten czas, y wszystek lud różnej kondycji y stanu w nim zostający, w wielkim strachu y trwodze, gdy płomieniem cała ta machina gorzała. Wiatr wielki nastąpiwszy, ogień na całe miasto nosił, co gdy ludzie zobaczyli, tym bardziej strwożeni ręce opuścili. A na ten czas Pan Bóg Wszechmogący miłosierdzie pokazał, gdy deszcz walny spuścił, który ów ogień, co wicher po mieście roznosił zalewał. Wieża jednak z zegarem y dzwonkiem w proch zgorzała, jeno mury zostały, tak dalece, że żadne żelasko na nic się nie przydało. […] Nad kabatami, nad arsenałem dachy pogorzały, pod pańską izbą drzwi wygrzały, więźniów wszystkich rozpuszczono, strzelby siła naginęło”. Oczywiście z tego przekazu wiadomo też czyja była zasługa w tym, że ratusz nie spłonął doszczętnie: „A największą pomoc y uśmierzenie ognia znać było, gdy kapłani od fary ogień z Najświętszym Sakramentem obeszli i przeżegnali”.

Pomogli, czy nie pomogli, spłonęła spora część zabudowań. W najgorszym stanie była wieża, którą trzeba było odbudować. Wypalona i częściowo zawalona konstrukcja zaczęła się rozstępować i przechylać, dlatego też obmurowano fundamenty, a mury wzmocniono szkarpą, czyli dodatkowym murkiem rozszerzającym się ku podstawie. W Gliwicach zamówiono nowy zegar, za który zapłacono 2900 złp. Tak zrekonstruowana przetrwała zaledwie kilka miesięcy, bo radni stwierdzili, że postawiono „całą wieżę ratuszową nie według godności tego miasta”. No cóż, nikt nie wie po co, ale zlecono podwyższenie wieży o 12 łokci, czyli jakieś 6,5 metra. Jeśli te kilka metrów, zdaniem Rady Miasta podniosło rangę Krakowa, to pewnie było warto. Koszt ogromny, a efekt… Już kilka lat później, w 1702 r., radzono nad tym, czy wieży nie obniżyć lub nawet czy jej nie rozebrać, bo zaczęła się niebezpiecznie przechylać, a na murach pojawiły się rysy. Powołano specjalną Komisyję, która dokładnie obejrzała zniszczenia i wystawiła „receptę”. Zapewne wymieniono część drewnianych elementów, które niewłaściwie zabezpieczone zaczęły gnić i się rozpadać pod ciężarem dodatkowych „metrów” oraz okazałego, barokowego hełmu jaki przy tej okazji powstał.

Ratusz Rocznik krakowski t.VIII s. 3

Już w 1713 r., burmistrz Grodu Kraka prosił króla Augusta II o kasę na naprawę wieży. Ponownie prowizorycznie ją naprawiono, aż w 1783 roku zabrano się za porządny remont. Przede wszystkim zmieniono hełm wieży wstawiając skromniejszy i sporo lżejszy, pojawił się też nowy dzwon.

Przy okazji przygotowań do remontu wieży, tuż koło niej, w 1782 roku od strony ulicy Wiślnej dobudowano tzw. odwach lub hauptwach, czyli strażnicę. Przebudowana w latach 1881-1882 przetrwała nawet II wojnę światową, ale „władzy ludowej” już wartownia nie dała rady. Poniżej, na rysunku widzicie jak wyglądała na przełomie XIX i XX wieku, czyli po przebudowie na neogotycką.

Tondosa_Wieża_byłego_ratusza_miejskiego_1886

Została zburzona w 1946 r. bo… przypominała czasy zaborów i okupacji niemieckiej, w czasie których stacjonowały tam okupacyjne oddziały wojskowe i policyjne. W sumie także na Wawelu stacjonowały austriackie wojska, w czasie II wojny Wawel był siedzibą gubernatora Hansa Franka ;-) , z kolei w odwachu na Rynku przez pewien czas mieściła się siedziba polskiej straży pożarnej oraz w okresie Rzeczypospolitej Krakowskiej (1815-1846) polska milicja Wolnego Miasta Krakowa.

Właśnie w tym ostatnim okresie, dokładnie 1 marca 1817, Senat Rządzący Wolnego Miasta Krakowa uchwalił, że „ponieważ część gmachu starym ratuszem zwanego oddawna na spichrze obrócona, ponieważ w stanie opustoszałym znajduje się: Te więc spichrza mają być zburzonemi […]. Wieża jednak ratusza, miejsce dla głównej warty, czyli hauptwach i korpus starego ratusza od strony wieży ma pozostać w całości”. Na ratusz wydano wyrok pozostawiając tylko wieżę i odwach.

Ratusz Rocznik krakowski t.VIII s. 9

Budynki ratusza oraz spichlerza zaczęto rozbierać w 1820 roku. W 1906 r. historyk Józef Muczkowski ich los opisał tak: „Samotna i zaniedbana, blizko wiek cały opuszczona wieża dawnego ratusza, jak wieczny wyrzut dla wandalów, którzy ją tak haniebnie osierocili. Z budynków przedstawiających nie tylko artystyczną, ale i pełną historycznych wspomnień wartość, ani kamień na kamieniu nie pozostał”.

Przed wejściem do wieży, podczas remontu w latach sześćdziesiątych XX wieku dostawiono dwa XIX-wieczne lwy, które przywieziono z pałacu w Pławowicach w powiecie proszowickim. I stoi sobie samotna, ale tym razem już zadbana. Tylko ratusza żal.

__________________________________

Rys. 1: Ratusz w średniowieczu – źródło: J. Muczkowski, Dawny krakowski ratusz, Rocznik Krakowski, t. VIII, 1906, s.7.

Rys. 2: Ratusz w XVII wieku – źródło: J. Muczkowski, Dawny krakowski ratusz, Rocznik Krakowski, t. VIII, 1906, s. 3.

Rys. 3: „Tondosa Wieża byłego ratusza miejskiego 1886” autorstwa Stanisław Tondos (1854-1917) – [1]. Licencja Domena publiczna na podstawie Wikimedia Commons.

Rys. 4: Ratusz przed zburzeniem na przełomie XIX i XX wieku – źródło: J. Muczkowski, Dawny krakowski ratusz, Rocznik Krakowski, t. VIII, 1906, s. 9.

Odc. 17. O Ratuszu i dekapitacji Andrzeja W.

Poprzednią opowieść zakończyliśmy na wiszącym w Sukiennicach nożu. Próbowaliśmy też dociec jaki był cel jego wywieszenia oraz jaka legenda w związku z tym powstanie za sto lub dwieście lat. Dzisiaj po części będziemy kontynuowali dywagacje na temat wszelkiego typu ostrzy, ścinanych głów, okaleczeń itp., ale o tym za chwilę.

Przenieście się do kwartału garncarskiego, gdzie samotnie stoi wysoka wieża.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

To siedemdziesięciometrowa pozostałość po Ratuszu oraz kilku innych „przyklejonych” do niej budowli. Ratusz został wybudowany na przełomie XIII i XIV wieku. Był to początkowo niewielki, zapewne drewniany budynek, który po pożarze w 1306 r. został przebudowany na jednopiętrowy, gotycki budynek z kamienia i czerwonej cegły. W średniowieczu przylegały do niego inne budynki. Od strony północnej, czyli obecnego wejścia do wieży były to: Smatruz (to rodzaj hali targowej przeznaczonej do drobnego handlu), Dom Ławników i Dom Notariusza oraz miejskie więzienie znajdujące się mniej więcej w miejscu „Głowy”, czyli rzeźby Mitoraja „Eros bendato”. Po pożarze w 1555 roku, w którym spłonęła spora część zabudowy istniejącej na Rynku, postanowiono przebudować nie tylko Sukiennice, ale także okolicę Ratusza. Budynki przy Ratuszu, oprócz więzienia (bo te przebudowano), zrównano z ziemią, Smatruz przeniesiono na pierwsze piętro Sukiennic, notariusz i ławnicy otrzymali pomieszczenia w nowym budynku postawionym na ich miejscu. Wtedy właśnie, w latach 1561-1563 wybudowano ogromny renesansowy Spichlerz Miejski, w którym oprócz magazynów mieściło się wiele pomieszczeń miejskiej administracji. Sam spichlerz w 1632 roku spłonął, ale już cztery lata później pojawił się nowy budynek, który przetrwał do zburzenia w XIX wieku. Jak połączenie tych budowli wyglądało możecie zobaczyć na makiecie stojącej tuż przy wejściu do wieży, która jest obecnie oddziałem Muzeum Historycznego Miasta Krakowa.

MakietaRatuszaKrakowskiego-POL,_Kraków

Jak widzicie, Spichlerz zdominował niewysoki Ratusz, który mimo dobudowania jednego piętra jeszcze w XIV wieku, a także rozbudowy w wieku XVIII wyglądał jak garaż przy dużym domu.

Ten kompleks budynków stanowił centrum zarządzania miastem, z siedzibą władz, skarbcem, sądem, aresztem i… knajpą. I właśnie tym wszystkim funkcjom się przyjrzymy, o każdej znajdziecie tu trochę informacji. Wrócimy do mrocznych czasów średniowiecza…

Sąd miejski swą siedzibę miał w Ratuszu, w którym też znajdowało się więzienie, a właściwie areszt, bo wówczas kary więzienia prawie w ogóle nie stosowano. Uważano, że utrzymywanie więźnia przez długi czas na koszt miasta nie ma sensu. Stosowano różne rodzaje kar, a wiele z nich wiązało się z publicznym wykonaniem i krakowianie chętnie przyglądali się egzekwowaniu wyroków. W średniowieczu krwawych rozrywek tak jak i dzisiaj nie brakowało, ale do tego wszystkie były naprawdę „Live”, a nie tylko na ekranie telewizora lub komputera. Z mieszczańskich, ogólnodostępnych rozrywek można było poleżeć krzyżem w świątyni, łupnąć browara lub właśnie obejrzeć jakąś egzekucję, jeśli akurat takowa była wykonywana. Do tego celu koło Ratusza wybudowano specjalne podwyższenie, aby każdy mógł dokładnie zobaczyć wyczyny kata, rozbryzgi krwi, śmierć lub okaleczenie. Na co można było popatrzeć? Zacznijmy od zbrodni i ciężkich przestępstw, do których zaliczano: morderstwo, rozbój, gwałt, fałszowanie monety, czary, albo kacerstwo, czyli herezję. Sprawca takich występków zapewne błagał o powieszenie na szubienicy, bo sądzący mieli do wyboru jeszcze ścięcie, spalenie na stosie, wplatanie na koło, wbijanie na pal lub ćwiartowanie. Wybór zaiste bogaty. Za lżejsze przestępstwa można było otrzymać „łagodne” wyroki: ucięcie ręki, języka, uszu (wspomniane już oszelmowywanie złodziei), obcięcie włosów (czasami wraz ze skórą), chłosta, a także np. wypalanie piętna na twarzy. Można było także zostać zakuty w kuny przy Kościele Mariackim, mieć zasądzoną karę ośmieszającą (np jazdę na ośle po Rynku), stracić majątek, zostać z miasta wydalonym czasowo lub na stałe.

Od I połowy XVI wieku, podejrzani o lżejsze występki mieli do dyspozycji tzw. kabaty i niech się warszawiacy nie podniecają, bo nie chodzi tu o ich Kabaty, a o jedno piętro budynku aresztu. Na rysunku poniżej widzicie po lewej stronie ratusz przed rozbudową i wejście do aresztu po prawej stronie.

Ratusz_krakowski_rysunek

Pod kabatami, w podziemiach, dla sprawców poważniejszych przestępstw znajdowały się kazamaty wraz z izbą „przesłuchań”. Te istniały dużo wcześniej niż kabaty, bo powstały wraz z budynkiem Ratusza. Z przesłuchań w średniowiecznym stylu, czyli zwyczajnych tortur byli zwolnieni księża (a jakże), dostojnicy, miejscy rajcy, dzieci do lat 14 oraz kobiety, ale tylko ciężarne. Szlachta była od sądownictwa miejskiego wolna i nimi opiekował się (trudno tu mówić o karaniu) sąd ziemski na Wawelu.

Pamiętacie Kaplicę Złoczyńców i dzwon Tenebrat z Kościoła NMP? Każdy skazany na śmierć spędzał tam ostatnią noc przed śmiercią, a Tenebrat ogłaszał zbliżanie się egzekucji. Pociecha to średnia, ale zawsze lepiej niż w podziemnej celi. Po egzekucji zaś zwłoki były wywożone poza mury i składane do grobu na Cmentarzu Skazańców, który znajdował się na terenie dzisiejszych Plant, między obecnym skrzyżowaniem Siennej i św. Gertrudy, a byłym już kinem Wanda w okolicy skrzyżowania św. Gertrudy i Dominikańskiej.

Z tortur zwolnieni byli miejscy dostojnicy, przeważnie też udawało im się wywinąć od kary za mniejsze, bądź większe występki, ale nie zawsze i taki przypadek Wam teraz opiszę. Na przełomie XIV i XV wieku do szkatuły z miejskimi pieniędzmi miało dostęp zawsze trzech wyznaczonych radnych. Każdy z nich posiadał jeden z trzech kluczy potrzebnych do jej otwarcia. W 1406 roku jednym z nich został Andrzej Wierzynek, człowiek bardzo bogaty z bardzo bogatej i znanej rodziny, właściciel wielu nieruchomości na terenie Krakowa, „lokalny biznesmen o wielu powiązaniach polityczno-gospodarczych”. Andrzej był typowym radnym jakich wielu jest w polskich miastach, samorządowiec „pełną gębą”. Lubił za miejskie pieniądze „reprezentować swój gród” i „nawiązywać stosunki” z innymi miastami w całej Europie. Teraz modne są „służbowe” wyjazdy do państw afrykańskich, Chin, czy Japonii, ale i możliwości podróżowania są większe. Wierzynek jeździł bliżej, ale nie żałował na to publicznego grosza. W podróż zabierał mniejszą, aczkolwiek pełną szkatułkę zamykaną na dwa klucze. Według zaleceń Rady Miejskiej w każdą taką podróż powinno wybierać się dwóch radnych, każdy ze swoim kluczem. „Obrotny” Andrzej szybko zakręcił się wokół drugiego klucza i jeździł samotnie, mając tylko dla siebie całą zawartość skarbczyka. Nie zdziwicie się pewnie, że „faktur” nie przywoził, a wydawał na takich wycieczkach zdecydowanie więcej niż jego koledzy z krakowskiej Rady Miasta. Jako, że księgowość miejska była prowadzona dosyć nieudolnie, Andrzej zawsze potrafił się z wydatków wytłumaczyć. W pewnym momencie jego zachłanność była tak wielka, że przestał się ograniczać. Pełnymi garściami z miejskiej kasy pobierał sobie „dietę” w czasie każdej wizyty w skarbcu Ratusza. Opuściło go jednak szczęście gdy inny radny spostrzegł kradzież. Postanowiono, więc zastawić pułapkę na nieuczciwego radnego. Odpowiednio zaznaczono sakwy z pieniędzmi. Tydzień później, Wierzynek pewny swego napełniał kieszenie wpychając do nich kolejne sakwy, a gdy jedna z nich wypadła na podłogę zaalarmowano odpowiednie osoby (radnych i ławników). Po przeszukaniu okazało się, że zdążył już schować niemałą kwotę. Kilka wrzuconych do kieszeni i rękawów woreczków zawierało w różnych monetach około 22 grzywien, a to kwota wtedy nieosiągalna dla zwykłego śmiertelnika. Złapany na kradzieży musiał się przyznać. Tłumaczył się tak: „[…] długo i wiernie służyłem miastu, a za to żadnej nie miałem zapłaty, a gdy widziałem, że nikt mi tego nagrodzić nie myśli, chciałem sam sobie zapłacić. Jak synowie Izraela zrobili Egipcjanom niechcącym nagradzać ich pracy, iż z rozkazu Boga sami sobie wzięli zapłatę, tak i ja zrobiłem i wyznaję, że i te tu pieniądze, i inne często brałem, nie by kraść, lecz za moje usługi. Gdyby moje trudy chciano wynagrodzić, mało by na to i tysiąca grzywien. A przecież jest napisane, że kto ołtarzowi służy, z ołtarza żyć powinien”. Tłumaczeniem przebił nawet przyłapanych na kłamstwie i przekrętach naszych (p)osłów „madryckich”.

Ci ostatni zostali wydaleni z partii, a krakowski rajca już jako Andrzej W. w trybie mocno przyspieszonym został skazany na śmierć. Dekapitacji dokonano w kazamatach, w chwilę po wydaniu wyroku. Nie doczekał się Andrzej nocy w Kaplicy Złoczyńców. Dlaczego tak szybko i tak drastycznie? Posiadający ogromne wpływy i wielkie pieniądze radny był obiektem zawiści większości kolegów z Rady i musiał mocno zaleźć za skórę ówczesnym władzom miasta. Rodzina skazańca wiele lat sądziła się z Radą Miasta przed sądem królewskim i za to otrzymała niemałe zadośćuczynienie od króla Władysława Jagiełły.

Po śmierci, jak każdy skazany na śmierć, Andrzej Wierzynek został pochowany poza murami miasta, na Cmentarzu Złoczyńców. Tam też, jego syn Mikołaj, w 1429 roku nabył kawałek ziemi i przed 1432 rokiem ufundował nieistniejący dziś kościół św. Gertrudy, ale o nim jeszcze będzie okazja napisać. A już niedługo zapraszam na kolejną część naszej wycieczki, bo to nie koniec opowieści o Ratuszu i jego okolicach. :)

___________________________

Fot. 1. „WieżaRatuszowa-POL, Kraków” autorstwa Mach240390 – Praca własna. Licencja CC BY-SA 3.0 na podstawie Wikimedia Commons

Fot. 2. „MakietaRatuszaKrakowskiego-POL, Kraków” autorstwa Mach240390 – Praca własna. Licencja CC BY-SA 3.0 na podstawie Wikimedia Commons

Fot. 3. „Ratusz krakowski rysunek” autorstwa J. Brodowski – http://www.wawel.net/images/myszka/dzieje/dzieje2/2.htm. Licencja Domena publiczna na podstawie Wikimedia Commons

Odc. 16. O Sukiennicach ciąg dalszy.

Kontynuujemy wizytę na staromiejskim Rynku, przez wieki handlowym centrum Krakowa, miejscu, gdzie obok licznych kramów z mniej lub bardziej wyszukanymi artykułami, na środku stały Sukiennice oraz przyległe do nich tzw. Kramy Bogate. W skrócie: dla każdego coś miłego. Tak wtedy, jak i teraz są biedni i bogaci. Jednych stać na torebkę Louis Vuitton, a innych co najwyżej na torebkę Vifon. Takie jest życie.

Poprzednią część opowieści skończyłem na pożarze, który w 1555 roku zniszczył m.in. Sukiennice. Z dymem poszedł dach, zawaliły się sklepienia, a uszkodzone mury wymagały sporych prac murarskich.

Zdecydowano, że Sukiennice zostaną odbudowane, ale w innym stylu architektonicznym. W tym okresie do stolicy „Bolandy” trafiła już sztuka i architektura renesansu, więc wybór był oczywisty. Zadania zaprojektowania nowych Sukiennic podjął się Gianmaria Mosca, architekt i rzeźbiarz pochodzący z Padwy, znany u nas jako Jan Maria Padovano. Jako że od lat w Grodzie Kraka mieszkał i dla króla Zygmunta Starego oraz królewskiej małżonki Bony wykonał już kilka nieźle ocenionych i nieźle płatnych „fuch”, także i tę otrzymał „bez przetargu”. Artysta dwojga imion wywiązał się ze swego zadania znakomicie. Zrobił porządny dach ozdobiony piękną attyką, na której szczycie pojawiły się maszkarony. Przy obu krótszych bokach wybudował schody prowadzące na pierwsze piętro. Teraz znajduje się tam oddział Muzeum Narodowego z Galerią Sztuki Polskiej XIX wieku, a w XVI i XVII swoje wyroby sprzedawali rękodzielnicy i handlarze, którzy nie mieli własnych kramów. Na parterze wtedy wciąż dominowały kramy sukienne. Piękna, renesansowa hala targowa ozdobiła krakowski Rynek. W 1601 dodatkowo przebito tzw. przejście na krzyżu, pozwalające przejść przez środek budynku z ulicy Siennej na Szewską.

Krakow_SukienniceNorth_7918

Czasy prosperity, o czym już wiecie, skończyły się w wieku XVIII. Było naprawdę źle. Kryzys nie ominął także Sukiennic, które z czasem, z reprezentacyjnego gmachu stały się zwykłym magazynem. Do tego otoczone i oblepione przylegającymi do nich budami wyglądały, bardzo delikatnie to ujmując, niezbyt dobrze. Chylący się ku upadkowi budynek w I połowie XIX wieku planowano nawet wyburzyć, ale na szczęście zrezygnowano z tego pomysłu. Udało się uratować Sukiennice przed zapędami „burzymurków”. Tak jak wtedy żądano zburzenia zaniedbanych murów, baszt, czy Sukiennic, tak teraz wielu mieszkańców żąda zrównania z ziemią np. Hotelu Cracovia i wielu innych budowli powojennego modernizmu, bo nienowoczesne, bo brzydkie, bo zaniedbane. Sukiennice w połowie XIX stulecia były tak zaniedbane, że wielu z tych „ekspertów” wypowiadających się obecnie na internetowych forach oraz wielu krakowskich (niepo)radnych widząc je krzyczałoby – zrównać z ziemią!

003-rynek

sukiennice_matejko_desktop

ANK Sukiennice Zachód

Na szczęście znaleźli się ludzie, którzy wywalczyli zgodę i środki na odrestaurowanie Sukiennic.
W latach sześćdziesiątych XIX wieku żywo dyskutowano nad funkcjami jakie miałby spełniać budynek po odrestaurowaniu, a więc i możliwością przebudowy. Początkowo proponowano wprowadzenie do niego funkcji administracyjno-gospodarczych, jednak wiązałoby się to z dużą ingerencją w bryłę budowli. W 1866 roku prezydentem Krakowa został Józef Dietl. Nazwisko znane wszystkim krakowianom, oczywiście nie ze względu na to, że wszyscy świetnie znają historię swego miasta, a ze względu na piękną aleję jego imienia (tzw. Planty Dietlowskie, o których wspomnę w jednej z kolejnych części). Nowy prezydent jako jeden ze swoich priorytetów uznał zadbanie o krakowskie zabytki. Po wielu konsultacjach, w 1869 roku stwierdził, że „Sukiennice mają być odbudowane w ten sposób, ażeby odrestaurowany gmach przedstawiał nieskażoną postać pamiątki historycznej”. Oczywiście powołano komisję, która ogłosiła konkurs, a następnie, tu Was nie zdziwię, konkurs ten odwołała. Ponownie dała o sobie znać zasada: gdzie dwóch Polaków, tam trzy zdania. Jako, że komisja nie mogła wybrać zwycięskiej pracy, zaufała Janowi Matejce, który zaproponował powierzenie zadania Tomaszowi Prylińskiemu, znanemu mu, młodemu i zdolnemu architektowi. Projektowi odnowienia Sukiennic sprzyjał także kolejny po Józefie Dietlu, prezydent Grodu Kraka – Mikołaj Zyblikiewicz. Dzięki temu, w 1875 roku, ostro ruszyły prace. Po pierwsze zburzono przylegające do wschodniej ściany (tej od strony pomnika Adasia) tzw. Kramy Bogate i inne dobudówki do ścian budynku. W ich miejscu pojawiły się arkadowe podcienia. Wybite w 1601 roku przejście przez środek Sukiennic między ulicami Szewską i Sienną obudowano ryzalitami (ozdobne wejścia od strony tych ulic). Uroczyste otwarcie odnowionych Sukiennic nastąpiło w 1879 roku i w niemal niezmienionym kształcie istnieją do dzisiaj.
A na koniec ciekawostki:
Pierwsza – w trakcie XIX-wiecznej przebudowy pojawiły się dodatkowe dwa maszkarony. Jeśli się przyjrzycie, to dostrzeżecie je nad wejściem od strony Siennej, za pomnikiem Mickiewicza. Indyk przedstawia Józefa Dietla, a kogut to Mikołaj Zyblikiewicz. Tak zostali utrwaleni wspomniani dwaj prezydenci, którzy przyczynili się do zachowania i odrestaurowania Sukiennic.
Drugą jest nóż wiszący w krzyżu Sukiennic, czyli pod sklepieniem wspomnianego przejścia.

1280px-Sukiennice_knife,Old_Town,Main_Market_Square,Krakow,Poland

Skąd tam się wziął? Są tacy, którzy twierdzą, że ów nóż to narzędzie legendarnej zbrodni i kary z kościoła Mariackiego. Niestety to tylko legenda, oryginałem z XIV wieku nie jest, a oryginał służył raczej do innych celów. Do jakich? Po pierwsze: być może wyrównywano nim zawartość garnca, który był jedną z jednostek objętości (garniec krakowski to około 2,75 litra), po drugie, już bardziej drastycznie: obcinano nim uszy okaleczając złodziei recydywistów, co zwano oszelmowywaniem (ładnie?), a po trzecie: nóż, lub też być może wiszący tam w średniowieczu miecz miał informować przybyłych, że w mieście zadbano o etat kata. Tak to jest z legendami, za 100 lub 200 lat lokalni przewodnicy będą opowiadali, że ten oto nóż symbolizuje współistnienie dwóch krakowskich klubów sportowych i jest to typowe narzędzie w Grodzie Kraka końca XX i pierwszych dziesięcioleci XXI wieku, przy pomocy którego starano się przekonać o wyższości jednej drużyny nad drugą. ;-)

_____________________________________________________________________________________________________

Fot.1. Sukiennice i kramy Bogate od północnego wschodu, ok. 1861 r. źródło: http://www.krakow.pl/1182,2,87,0,artykul,pocztowki.html
Fot. 2. „Krakow SukienniceNorth 7918” autorstwa Ludvig14 – Praca własna. Licencja CC BY-SA 3.0 na podstawie Wikimedia Commons
Fot. 3. Sukiennice w XIX w. od strony północnej – Muzeum Narodowe w Krakowie
Fot. 4. Sukiennice w XIX w. od strony północno-zachodniej – Archiwum Narodowe w Krakowie
Fot. 5. „Sukiennice knife,Old Town,Main Market Square,Krakow,Poland” autorstwa Zygmunt Put Zetpe0202 – Praca własna. Licencja GFDL na podstawie Wikimedia Commons

Odc. 15. Na zakupy i po garść średniowiecznych plotek ;-)

Po spotkaniu z Wieszczem Adasiem i krakowskimi artystami pozwólcie, że zanim przejdę do kolejnych bohaterów tej opowieści umieszczę jeszcze kilka słów na temat placu, na którym właśnie się znajdujecie (osobiście, bądź myślami), czasów w jakich powstawał i osób, dzięki którym wygląda tak a nie inaczej. Dzisiaj będzie trochę wiadomości jak ze średniowiecznego „Pudelka” lub „Kozaczka”, będą tkaniny i przyprawy, zajrzymy też pod kołderki wawelskich władców i ich żon ;-)

Wróćmy na chwilę do drugiej połowy XIII wieku…

7 grudnia 1279 roku w wieku 53 lat bezpotomnie zmarł książę Bolesław V Wstydliwy kończąc tym samym małopolską linię Piastów. Dwieście lat później Jan Długosz o tym dniu napisał: „I bolał głęboko nad jego stratą nie tylko własny naród, ale i sąsiednie narody z powodu skromności i zacności, które okazywał w swym postępowaniu przez całe życie”. Pitu-pitu! Bolesław był jedynym zdeklarowanym dorosłym prawiczkiem na krakowskim tronie, który chociaż żonaty, to jednak nigdy z żoną „pod pierzynę” nie wskoczył. Podobno ani on nie chciał, ani szanowna małżonka Kinga nie życzyła sobie kontaktów cielesnych. W trakcie hucznego weseliska panna młoda „często odchodziła w zaciszne miejsce, by polecać Chrystusowi przyszłość swego dziewictwa”. Spoko, jak ktoś lubi… Nie wiem tylko co na to Chrystus i czy cieszył się z takiego daru? Do wyra książęcy małżonkowie nie chadzali, za to żarliwie się modlili, a wspólnie, w pozycji horyzontalnej to najwyżej poleżeli krzyżem.

W sumie jednak żeby skumulowaną energię spożytkować, zrobili także kilka pożytecznych rzeczy, np. dokonali wspomnianej przeze mnie w poprzednich wpisach lokacji Krakowa. Jak już wiecie prawa miejskie Gród Kraka uzyskał na wzór Magdeburga w 1257 roku. W tym czasie lokowano miasta albo na prawie magdeburskim, albo na prawie lubeckim. Jak to rozpoznać? Pominę nudne kwestie ustrojowe. Najłatwiej stwierdzić to tak: miasta na prawie magdeburskim mają rynek, a na lubeckim nie. W tym drugim przypadku zamiast głównego placu miejskiego jest długa, szeroka główna ulica handlowa. Przykład? Długi Targ w Gdańsku lub ulica Stary Rynek w Elblągu.

Dobra, wracamy na południe Kraju Polan. W wyniku lokacji dokonano administracyjnego podziału miasta na cztery kwartały, których granice łączyły się pośrodku Rynku. I tak powstały: kwartał grodzki (ulica Grodzka i odchodzące od niej ulice), garncarski (od strony Brackiej, Wiślnej), sławkowski (Sławkowska i św. Jana) oraz rzeźniczy (z ulicami Floriańską, Szpitalną i Rzeźniczą). Oczywiście kwartał rzeźniczy nie sięgał aż do Grzegórzek i obecnej Rzeźniczej. W średniowieczu ulica Rzeźnicza była na Gródku, kończyła się Bramą Rzeźniczą (między Sienną, a Mikołajską) i zniknęła wraz z wybudowaniem w jej miejscu klasztoru Dominikanek.

Wraz z wyznaczeniem Rynku, który miał funkcje głównie wielkiego placu handlowego, na jego środku wyznaczono miejsca na ratusz, budynek wagi oraz Sukiennice. Na razie skupmy się na tej ostatniej budowli zajmującej centralne miejsce placu, stojącej tuż za plecami Adasia Wieszcza z brązu.

1280px-Krakow_rynek_02

Pierwsze Sukiennice wyznaczone w dokumencie lokacyjnym przez wspomnianego księcia Bolesława przetrwały do XIV wieku i składały się z dwóch szeregów kramów, które tworzyły długą uliczkę przez środek Rynku. Prawdopodobnie na początku XIV wieku kramy sukienne w całości zadaszono. Można tu było kupić najlepsze sukna przywożone z całej Europy.

Pierwsza duża przebudowa, właściwie budowa nowych Sukiennic nastąpiła w drugiej połowie XIV stulecia za czasów króla Kazimierza Wielkiego. Istnieją pewne podobieństwa między oboma budowniczymi Sukiennic – „dziewiczym” Bolesławem i królem Kazimierzem – na obu zakończyły się piastowskie dynastie. Kazimierz był ostatnim Piastem na polskim tronie, jednak w przeciwieństwie do księcia Bolesława, Kazimirus Dei gracia rex Polonie ac terrarum Cracovie, Sandomirie, Syradie, Lancicie, Cuyavie, Pomeranie, Russieque dominus et heres zdecydowanie nie odmawiał wizyt w małżeńskich łożach. Pech jednak chciał, że był tzw. damskim krawcem – z czterech małżeństw, z prawowitego łoża urodziło mu się pięć córek. Nie doczekał się syna, który mógł przejąć tron. Między zawieraniem kolejnych małżeństw, próbami zostania „autorem” męskiego potomka, wydał pozwolenie na budowę nowych Sukiennic.

Gotyckie_sukiennice_jpg-seo
Po wybudowaniu, około roku 1358, Sukiennice stały się długim na ponad 100 m, murowanym gotyckim budynkiem, w środku którego znajdowało się kilkanaście kramów i dwie postrzygalnie tkanin. Z obu stron, po bokach dodatkowo dobudowano tzw. Kramy Bogate. Oczywiście cała reszta głównego placu miejskiego była także zastawiona wielką liczbą innych kramów, ale te w Sukiennicach i tuż przy nich oferowały towary luksusowe. Dla średniowiecznych krakowian były jak ekskluzywne butiki dla dzisiejszych małolat i wytwornych białogłów spędzających każdy wolny czas w wielkich centrach handlowych. Tam właśnie można było dostać najdroższe tkaniny, wyroby kuśnierskie, wyroby ze złota i srebra, a także drogie zioła i przyprawy, w tym szafran, cukier, gałkę muszkatołową, pieprz czarny, a nawet gwinejski, imbir, goździki, migdały, rodzynki. Takie oto cuda można było dostać w Krakowie w wiekach średnich.

Jako, że cały Rynek był pozastawiany różnego typu kramami, postanowiono chaos uporządkować: u wylotu ulicy Wiślnej powstał tzw. rynek węglowy, przy wjeździe na Bracką (tam gdzie pada deszcz ;-) ) – rynek ołowiowy, u wylotu ulic Sławkowskiej i Szczepańskiej – targ solny, a w okolicach ulicy św. Jana – kurzy targ. Oprócz tego starano się sensownie rozmieścić liczne kramy piernikarskie, chlebowe, krupnicze, rybne, mydlarskie, sadelnicze, czy np. powroźnicze, a także te z tandetą dla najuboższej ludności. Na niedalekim zaś Małym Rynku (za kościołami NMP i św. Barbary) umiejscowiono głównie jatki mięsne.

Aby przypodobać się krakowskim rajcom, kolejni władcy nadawali (a czasem odbierali) liczne przywileje handlowe. Duże ułatwienia w interesach mieszczanom Grodu Kraka nadał np. Władysław Łokietek w 1306 roku zakazując obcym kupcom omijania Krakowa, nakazywał także sprzedaż części wiezionych towarów kupcom krakowskim w hurtowych ilościach i po hurtowych cenach. Nie muszę dodawać, że ceny dyktowane przez lokalnych handlowców niekoniecznie zadowalały przybyszów. W 1342 roku z kolei Kazimierz Wielki ogłosił przywilej, w którym czytamy: „Ktokolwiek z gości przywiezie sukno, ten nie może pierwej sprzedawać go innym gościom jak w czasie jarmarku i nie mniej jak sześć postawów flandryjskich. Nie sprzedawać gdzie indziej tylko w kramach sukiennych i tylko jedynie może go sprzedać kupcom sukiennym w kramach siedzącym. Od tego wolną jest szlachta. Obecnemu gościowi nie wolno sprzedawać cudzego towaru tylko własny, który przywiózł do Sukiennic”. Pamiętacie moją opowieść o podkrakowskiej Florencji, czyli Kleparzu? Nic dziwnego, że pokątny handel kwitł w okolicach dzisiejszego placu Jana Matejki. Do tego trzeba było zapłacić najróżniejsze opłaty za wjazd do miasta, za „parking”, za wagę lub przystrzyżenie tkaniny.

Aż do połowy XVI wieku, gdy nastąpiły ogromne zmiany w wyglądzie Krakowa, w tym Rynku Głównego, stały sobie gotyckie Sukiennice służąc bogatszym krakowianom. Wokół nich stało około 130 kramów, w których można było zaopatrzyć się niemal we wszystko co było potrzebne w średniowiecznym, czy później w nowożytnym już domu. Nie ustawały krzyki sprzedawców zachwalających swój towar, a mieszające się zapachy wielu mogłyby przyprawić o mdłości. Mikołaj Rej w „Żywocie człowieka poczciwego” opisywał to tak: „Ale kto się chce tym dziwom przypatrzyć, jako się chudzina żywi, idź na krakowski rynek, tam się nadziwujesz: ano jedna kiełbaski smaży, druga gzelce przedaje, druga wątrobę pieczoną z octem a z cebulą; druga też zwodzi, druga z opłatki po rynku i po ulicach biega, druga z wieńcy, druga z ziołki i z czyrwoną maścią siedzi. Więc i u krup, u śledzi, u masła, u świec, u śklenic, u jabłek, u żemeł, u botów, u ryb, u żuru, u barszczu, u ogórków, u rozmaitych ogrodnych rzeczy siedzi, a kto by się ich naliczył?

Rynek Główny i Sukiennice były wielkim, tętniącym życiem „supermarketem”. W 1555 roku od ognia, który wybuchł w jednym z kramów garbarskich zajęły się Sukiennice. Spalone i częściowo zawalone trzeba było odbudować, ale o tym, kto i jak je odbudował dowiecie się już niedługo w kolejnej części. Zapraszam ;)

__________________________________

Foto: Sukiennice Licencja: CC BY 2.5 na podstawie Wikimedia Commons

Rys.: http://mapa.targeo.pl/gotyckie-sukiennice-rynek-glowny-3-krakow~5877361/zdjecia/adres

 

Czekajcie a czytać będziecie, czytajcie a zwiedzicie! ;-)

Wiary nie traćcie! Jeszcze w tym tygodniu pojawi się nowy wpis (może jutro, a może już pojutrze?), ale mam trochę zajęć, które odciągnęły mnie od pisania. Na pewno niedługo dalej wspólnie pośmigamy po Grodzie Wandy.

W kolejnych częściach wciąż będziemy zwiedzać Rynek Główny. W przerwie proponuję małe spotkanko z poezją epoki Odrodzenia. Aby umilić Wam czekanie oto wiersz, w którym pojawia się jeden z „bohaterów” przyszłej opowieści: Sukiennice.

Wacław Potocki (1621(?) -1696)

Odrwić Świat

Uskarżał mi się wczora jeden sąsiad stary,
Że poszły w górę wszytkie kupieckie towary,
Że większa każdej rzeczy prócz jednego zboża
W sklepach i w sukiennicach, niźli przedtym> drożą.
Mylisz się: „Płacą w targu dziś – rzekę – sowito
Pszenicę, jęczmień, owies, tatarkę i żyto.
Każda rzecz, i zboże też z monety szacunkiem
Doszło talera, pierwej co było wierdunkiem;
Wieszże, jako odrwić świat, a sobie wygodzić?
Nową zbierać pieniądze, starą modą chodzić,
Nowym targiem kupować, a przedawać starem,
Towar do mieszka, mieszek stosować z towarem.
Niech kto do opinijej, ty żyj do natury,
Byłeś jadł chleb, piel piwo, a suknia bez dziury,
Karazyja odzieje grzbiet mój czy tuzinki,
Nie dbam, byłem miał głowę próżną, pełne skrzynki,
Z Bogiem nabożnie, z ludźmi obchodząc się szczerze,
U obudwu, niż w lamie, lepszy będę w kierze.
Niech na się zły obłudny wdzieje aksamity,
Cóż o nim rzeką ludzie: wilk rysiem podszyty!”

Miłego dnia! :-)

_____________________

tekst wiersza z portalu www.poezja.org

Odc. 14. Stoi sobie Adaś na Rynku…

Spojrzyj-no na to miasto nieszczęsne! Widzisz, jak niby skrzydła orle rozciąga nad Wisłą swe wielkie przedmieścia? Wygląda stąd jak ranny nasz orzeł biały, spadły na ziemię, dogorywający! Dostojny grodzie! Kolebko naszej Rzeczypospolitej, grobowce naszych bohaterów, Rzymie słowiański! Oto od lat sześciu jesteś u nóg cudzoziemca, w okowach zdeptany! A my tak ciebie blisko!” Tak o Krakowie w dramacie „Konfederaci Barscy” pisał Adam Mickiewicz.

Wieszcz Adam, który za życia nigdy w Krakowie nie był, ale który po 35 latach od swej śmierci złożony został do grobu w Katedrze Wawelskiej doczekał się wdzięczności Krakusów za swą twórczość. Wdzięczność mierzącą 10 m wysokości. Zanim jednak na krakowskim Rynku postawiono mu pomnik, bo właśnie o pomniku Adasia będzie kolejna część mojej opowieści, także minęło niemało lat, a sporów nie było końca…


Pomysł upamiętnienia Adama Mickiewicza zrodził się w głowach krakowskich studentów i profesorów w końcu lat sześćdziesiątych XIX w. Uznali, że Rynek to dobre miejsce uczczenia zmarłego w 1855 roku narodowego wieszcza. Do tego połączenie idei pomnika i sprowadzenia zwłok do katedry na wzgórzu wawelskim mogło być wielkim patriotycznym czynem. Propozycja wydawała się rozsądna i powinna być szybko zrealizowana. No właśnie… powinna. Okazało się jednak, że Mickiewicz przegrał rywalizację z królem Kazimierzem Wielkim, którego szczątki właśnie w tym czasie oficjalnie zidentyfikowano i z wielką pompą w lipcu 1869 roku ponownie na Wawelu do grobu złożono. Sztuka jest sztuka, msza, przemówienia, nagrody, uściski dłoni i wystarczy. Król pochowany, poeta poczekać musi. O Adasiu zapomniano na dziesięć lat, ani nie sprowadzono jego zwłok, ani nie postawiono dzieła rzeźbiarskiego ku jego czci.

W 1879 roku odżył pomysł wystawienia pomnika wielkiemu poecie. Powstał komitet organizacyjny, który „już” pod koniec 1881 roku ogłosił konkurs na posąg. Według założeń, m.in. pomnik miał być w stylu renesansowym, a koszt nie powinien przekroczyć 100 tysięcy florenów austro-węgierskich zwanych w Krakowie złotymi reńskimi. Na zwycięzcę czekała nagroda w wysokości 1000 franków, ale niekoniecznie realizacja własnego, zwycięskiego projektu! W Kraju Polan bez zmian, tak jak i wtedy, tak teraz ogłasza się konkurs, a potem i tak realizuje swoją (czyt. urzędniczą) wizję, czyli miało być pięknie, a wyszło jak zawsze.

Artystom dano zaledwie półtora miesiąca na zaprojektowanie posągu i dostarczenie rysunków. W nadziei na wygraną przysłano 27 prac. Niestety nie było z czego wybierać, co zgodnie stwierdzano po wizycie w Sukiennicach, w których w kwietniu 1882 roku wystawiono nadesłane dzieła. Jury uznało, że zaledwie pięć prac miało jakąkolwiek wartość artystyczną. Wśród nich był jeden projekt, który zdaniem komisji powinien wygrać konkurs, ale nie wygrał, bo był zbyt duży i zbyt drogi w realizacji. Jurorzy w głosowaniu uznali, że spośród pozostałych czterech, najlepszy jest projekt autorstwa Tomasza Dykasa, ale czy na tyle dobry żeby go realizować? Delikatnie rzecz ujmując – zachwytów nie wzbudził.

Ogłoszenie wyników odłożono, bo oto zaczęła się dyskusja na temat lokalizacji podobizny wieszcza. Skąd my to znamy? Dokładnie jak w przypadku Pomnika Grunwaldzkiego (i nie tylko, o czym jeszcze się przekonacie), gdzie dwóch Polaków tam trzy zdania. Plac Dominikański, Plac Szczepański, Plac Franciszkański, zachodni narożnik Rynku (koło Pałacu Spiskiego), a może Planty przed nowym budynkiem Straży Pożarnej (ówczesna ulica Kolejowa, teraz Westerplatte)? Nie tylko nie zdecydowali się na żaden z proponowanych wariantów, ale pojawiły się kolejne propozycje: na nieistniejącym jeszcze placu przed budowanym właśnie Collegium Novum, albo… na Rynku u wylotu ulicy Siennej. Zaczęła się kłótnia, pojawiały się liczne artykuły w prasie wszystkich zaborów, o tym, które miejsce ma więcej zwolenników, którą opcję popiera syn poety, którą córka, a którą jego przyjaciel, czy lepiej mu będzie na Plantach wśród zieleni, czy może na Rynku, a jeśli na Rynku, to czy nie będzie przytłoczony przez Sukiennice i kościół Mariacki? W końcu w głosowaniu przeszła opcja ostatnia, ustalająca miejsce pomnika na Rynku przed Sukiennicami w osi ulic Sienna-Szewska. Uff… Udało się, miejsce jest, a gdzie pomnik? Nie ma i jeszcze długo nie będzie!

W 1883 roku ogłoszono nowy konkurs. Tym razem dano artystom dużo więcej czasu stwierdzając, że nie ma co się śpieszyć. Gdy 1 marca 1885 roku zebrała się komisja konkursowa okazało się, że znowu ciężko spośród nadesłanych prac wybrać tę jedną, jedyną, wyjątkową. 4 marca pracę, poprzez swojego ucznia, złożył także Jan Matejko (członek komisji), ale że wpłynęła po terminie oficjalnie nie brano jej pod uwagę. Czyżby? Tylko oficjalnie i przez chwilę…

No i cóż robić? Wielce Szanowna Komisya ponownie nie przyznała pierwszej nagrody! Ogłoszono, że nie będzie realizowana żadna z ponad 30 nadesłanych prac! Ogólnokrajowa dyskusja nabrała rozmiarów histerii, niemal wszystkie większe krakowskie, lwowskie i warszawskie gazety opisywały projekty i ich autorów. Jurorzy stwierdzili, że skoro wszystkie prace są słabe, to oni umywają ręce, niech się martwi Matejko. Uznali, że do dalszych prac rekomendują jego projekt i to on jest odpowiedzialny za dalsze działania. Jednak także rysunek pomnika autorstwa dyrektora ówczesnej Szkoły Sztuk Pięknych, autora „Bitwy pod Grunwaldem” nie znalazł poklasku wśród Polaków. Bolesław Prus projekt Matejki opisał tak: „Nagi wariat siedzi w fotelu, przed nim skrzydlaty wariat pokazuje mu orła… a obok nich jakaś baba czesze włosy…” Zauważono także, że siedzący w fotelu Mickiewicz nie ma butów, więc pewnie okradziono wieszcza, może to ten ze skrzydłami podprowadził mu obuwie?

full_matejko_projekt_pomnika_adama_mickiewicza_770

Wyszło jak zawsze, więc… w 1886 roku ogłoszono konkurs ponownie! Dwa lata później (1888), na posiedzeniu „komitetu mickiewiczowskiego” za najlepszy uznano projekt Cypriana Godebskiego, a wyróżniono projekty Teodora Rygiera i Walerego Gadomskiego. Po burzliwych obradach stwierdzono, że realizowany będzie… jednak inny, nie wyróżniony w konkursie projekt autorstwa Teodora Rygiera. Postanowiono, iż po wprowadzeniu poprawek do projektu pomnik powinien stanąć… No właśnie, gdzie? Pomnik stanie na Plantach u wylotu ulicy Sławkowskiej! Znakomite kolegium tym samym wywołało kolejną burzę. Po licznych protestach Komitet zgodził się na zatwierdzoną przecież już dużo wcześniej lokalizację, czyli Rynek Główny.

Mając wybrany projekt, zdecydowano się wreszcie na jego realizację. Po pięciu latach, w 1893 roku, na Rynku stał tylko granitowy cokół. Reszta, odlewana w Rzymie miała dotrzeć wiosną 1894, miała… Po kolejnym opóźnieniu, odlane figury dotarły do Krakowa we wrześniu i wzbudziły kolejną porcję drwin. Oczom zdumionych mieszkańców ukazała się karykatura Adama Mickiewicza. Nieforemnego Adasia szybko zakryto, a komitet organizacyjny zdecydował o odlaniu nowej, poprawionej figury, która naszego wielkiego poetę będzie przypominała.

Mijały kolejne lata, a przed Sukiennicami stała tylko niedokończona podstawa pomnika. W sierpniu 1897 roku podczas obrad krakowskiej Rady Miejskiej pojawił się wniosek żeby zakończyć tę farsę i usunąć cokół z Rynku. Wniosek został odrzucony. Nowe, poprawione odlewy przybyły z Italii w marcu 1898 roku, a w czerwcu, po dziewiętnastu latach od powstania komitetu organizacyjnego oficjalnie odsłonięto ten oto pomnik narodowego wieszcza Adama Mickiewicza. Po pokazaniu całości posąg wzbudził raczej ulgę, że to koniec wieloletnich dyskusji i przepychanek, niż zachwyt. Na górze jest wieszcz, a na cokole cztery alegorie: Ojczyzna, Męstwo, Nauka i Poezja.

640px-Kraków_-_Pomnik_Mickiewicza_01

Krakowianie uznali, że skoro już jest, to niech sobie Adaś na Rynku stoi. Odmienne zdanie w tej kwestii mieli jednak nasi zachodni sąsiedzi, którzy po ponad czterdziestu latach od odsłonięcia pomnika stwierdzili, że jednak nie pasuje do tego miejsca. W sierpniu 1940 roku, okupujący Gród Kraka naziści, zniszczyli i wywieźli Adasia razem z figurami z cokołu.

1280px-Fall_of_Mickiewicz_Monument_(1940)
Po wojnie fragmenty pomnika odnaleziono na złomowisku w Hamburgu i przewieziono do kraju. Zaczęto go rekonstruować, ale nawet wtedy nie ominęła Krakowa dyskusja nad jego umiejscowieniem. Ówczesny wiceprezydent Krakowa Eugeniusz Tor, podobnie jak Pomnik Grunwaldzki, także Adama Mickiewicza proponował przenieść w inne miejsce. Jego zdaniem najlepszym miejscem dla tego pomnika byłyby Planty tuż przy skrzyżowaniu ulic Franciszkańskiej, Straszewskiego i Zwierzynieckiej. Również ta, kolejna próba zmiany lokalizacji nie udała się i ponownie od 1955 roku, gdy w setną rocznicę śmierci odsłonięto zrekonstruowanego Mickiewicza stoi na wywalczonym przez krakowskie środowisko akademickie miejscu. Czy na zawsze to zobaczymy.

1280px-Adam_Mickiewicz_monument,_Main_Market_square,_Old_Town,_Krakow,_Poland

Nie da się ukryć, że wybitnym dziełem nie jest, ale wpisał się Adaś w pejzaż Rynku. Dzięki umiejscowieniu jest najbardziej znanym pomnikiem Krakowa, pod którym spotykają się krakowianie i turyści, wokół którego na jednej nodze po studniówce skaczą maturzyści, a liczba wykonanych kółek oznacza ocenę na egzaminie. Z różnych okazji Adaś jest dekorowany, a w dniu swoich imienin dostaje kwiaty od krakowskich kwiaciarek.

A, i jeszcze jedno Adaś jest z brązu, bo jak wiadomo: „Dziewczyny lubią brąz;-)

_______________________________

Fot. 1. Culture.pl „Matejko-Mickiewiczowi”

Fot. 2. „Kraków – Pomnik Mickiewicza 01” autorstwa Lestat (Jan Mehlich) – Praca własna. Licencja CC BY-SA 3.0 na podstawie Wikimedia Commons

Fot. 3. „Fall of Mickiewicz Monument (1940)” autorstwa nieznany – Zdjęcie z kolekcji zdjęć z Drugiej Wojny Światowej Dr. Marka Tuszyńskiego. Odbitka z negatywu który w latach sześdziesiątych znajdował się w Archiwum Zakładu Historii Partii sygnatura A-622, obecnie w Archiwum Akt Nowych. Skan z 8 × 5 cm odbitki.. Licencja Domena publiczna na podstawie Wikimedia Commons

Fot. 4. „Adam Mickiewicz monument, Main Market square, Old Town, Krakow, Poland” autorstwa Zetpe0202 – Praca własna. Licencja GFDL na podstawie Wikimedia Commons

Odc. 13. O kościele św. Basi co klapsy lubiła ;-)

Po obejrzeniu ołtarza i wnętrza kościoła NMP wychodzicie bocznym wyjściem na Plac Mariacki. Tu też jest ciekawie.

Na środku placu znajdziecie „dar rzemieślników krakowskich” z 1958 r. – fontannę „Studzienka gołębi”. Brązowa figurka na jej szczycie to powiększona postać z ołtarza Wita Stwosza.

Studzienka gołębi panoramio

Plac ten jeszcze pod koniec XVIII wieku był cmentarzem parafialnym. Na murach kościelnych zobaczycie pozostałość po nekropolii – epitafia mieszczańskich rodzin, a na niższej wieży, na wysokości pierwszego piętra wciąż wisi dzwonek „za konających”. Po wyjściu skręćcie w prawo i po kilku metrach dojdziecie do innych podwójnych drzwi prowadzących do bocznej, południowej nawy kościoła. Jeśli się dokładnie przyjrzycie, to przy drzwiach zobaczycie metalowy element wystający ze ściany. To obręcze pokutne, czyli tzw. kuny.

Kuna_KMK_jpg-seo

Kara kuny stosowana była w Krakowie aż do 1779 roku. Gdyby tę karę wprowadzić ponownie za te same przewinienia co w średniowieczu, to nie tylko nie starczyłoby murów kościelnych na kolejne kuny, ale tych miejsc by zabrakło w całym mieście na wszystkich budynkach świeckich i kościelnych, prywatnych i publicznych, mieszkaniowych i wszelkiego typu zakładów pracy. Każdy mur do wysokości 1,5 metra byłby oblepiony kunami. Dlaczego? Bo zakuwano i wystawiano na widok publiczny np. za pijaństwo, albo pracę w dni świąteczne. Trafiano tam też za cudzołóstwo, a dziewczęta zakuwano za utratę niewinności przed ślubem (!). Koszmar, a kara kuny, to nie była rozrywka, chociaż bywali i tacy, którzy sami się zgłaszali do odbycia takiej pokuty. Obecnie za pijaństwo w tym mieście co najwyżej można trafić na ulicę Rozrywka w dzielnicy Prądnik Czerwony, gdzie pod numerem 1 mieści się izba wytrzeźwień. Myślę, że znajdziecie lepsze zastosowanie dla trzech stówek, które trzeba zapłacić za kilkugodzinny pobyt w tym mało rozrywkowym przybytku. Jeśli jednak się uprzecie, to takie ewentualne „rozrywki” zostawcie sobie na wieczór, teraz zwiedzamy.

Na Placu Mariackim, jakby było mało, jest jeszcze jeden kościół. Kilka metrów od wyjścia z bocznej nawy Bazyliki Mariackiej stoi sobie świątynia należąca do Jezuitów p.w. św. Barbary.

Church_of_St._Barbara_in_Kraków
Zacznijmy od patronki. Kim była i dlaczego została tak świetną świętą? Jako młode, pogańskie dziewczę przyjęła chrzest, potem dużo myślała głównie o Bogu, ślubowała dziewictwo, była torturowana („uderzenia biczem wydawały jej się jak muskanie pawimi piórami” – czyli lubiła klapsy ;-) ), a na koniec zginęła z rąk ojca, który, delikatnie rzecz ujmując, nie był zachwycony religijnymi wyborami córki. Było to 4 grudnia 305 roku w obecnym tureckim Izmicie wtedy zwanym Nikomedia. Pewnie w dzisiejszych czasach tatuś machnąłby ręką i stwierdził: „przejdzie jej”, dostałaby „szlaban” na komórkę i internet, ale wtedy takie fochy były karane śmiercią. Według legendy ściął Basi głowę i tuż po tym sam legł od uderzenia pioruna. Tłumaczono to karą boską, a jeśli już, to była zwykła fizyka: metalowy miecz, zapewne w grudniu duża wilgotność powietrza, na niebie burzowe Cumulonimbusy, egzekucja wykonywana pewnie jeszcze na jakimś wzniesieniu i… stało się. Obok Baśki, ofiary, legł jej tatuś, kat rażony prądem o napięciu 100 milionów Woltów i natężeniu 250 000 Amperów powstałych w wyniku wyładowania elektrostatycznego. Proste? I tak bywa!

Bohaterska świetna Barbara jest patronką górników, hutników, marynarzy, rybaków, żołnierzy, kamieniarzy, więźniów… Właściwie łatwiej chyba wymienić czyją i czego patronką nie jest. Mając takie doświadczenia mogłaby być opiekunką wyładowań elektrostatycznych i patronką zakładów energetycznych.

św. Barbara

No dobra, trochę się zapędziłem, więc wracamy na Plac Mariacki i do kościoła św. Barbary. Początkowo (na pewno już w 1338 roku) istniała tylko przycmentarna kaplica, którą na przełomie XIV i XV wieku rozbudowano. Może nawet, co jest bardzo prawdopodobne, kasą na to sypnęła królowa Jadwiga? Jadzia jak to Jadzia, nie po raz pierwszy to tu talarkami sypnęła, to tam grosza dorzuciła. Ach, co by Kraków bez niej zrobił? Jadźka była trochę traktowana jak teraz fundusze unijne, jak potrzebna była na coś kasa, to wszyscy szli do Jadźki jak w dym. No i wtedy budynek z kaplicy przeobraził się w kościół, a do tego kościół, w którym były kazania po polsku, a nie, o czym wiecie, jak w sąsiedniej Bazylice Mariackiej po niemiecku. Taka sytuacja trwała aż do XVI wieku, kiedy w grudniu 1536 roku Zygmunt I Stary nakazał przeniesienie polskich kazań do większego sąsiada, a niemieckie do naszego przycmentarnego „bohatera”. Oczywiście skończyło się to awanturą, odwołaniami i wielką dyskusją, ale skończyło się po myśli liczniejszej grupy polskojęzycznych wiernych.

Na kolejną dużą zmianę świątynia czekała ponad czterdzieści lat, kiedy to do Grodu Kraka przybyli Jezuici, ale o tym wydarzeniu napiszę późnej przy opowieści dotyczącej kościoła p.w. św.św. Piotra i Pawła. Musicie uzbroić się w cierpliwość, ale warto.
Przez następne prawie dwieście lat braciszkowie lekko powiększyli świątynię podnosząc dach i dobudowując od strony Małego Rynku absydę. Tam też wykupili trzy kamienice, aby zbudować sobie na ich miejscu całkiem wygodne mieszkanko.

Przez wiele lat stał spokojnie „barbórkowy” kościółek aż nadszedł rok 1773, w którym ówczesny watykański „papa” Klemens XIV rozwiązał zakon Jezuitów. Wcale niemały jezuicki mająteczek w Polsce przejęła Komisja Edukacji Narodowej i po pewnym czasie w budynkach klasztornych pojawił się pierwszy w Polsce szpital kliniczny. Nie było tam jednak wystarczająco dużo miejsca dla takiej instytucji, więc szpital przeniesiono. W 1796 r. Austriacy kościół wraz z klasztorem przekazali Bożogrobowcom, czyli Zakonowi Kanoników Regularnych Stróżów Świętego Grobu Jerozolimskiego, którzy zorganizowali w klasztorze placówki szkolne. Przez pewien czas stacjonowało też tam wojsko, a od 1842 roku funkcjonowała Bursa Akademicka Św. Barbary. Wskrzeszeni przez Piusa VII Jezuici, w 1874 roku odzyskali kościół, a w 1908 także budynki klasztorne. I są tam do dzisiaj.

Przed wejściem do kościoła zobaczycie tzw. Ogrojec (Ogrójec), czyli powstałą pod koniec XV wieku kaplicę przycmentarną. Wsparta na zdobionych filarach ze sklepieniem krzyżowo-żebrowym, skrywa scenę przedstawiającą modlącego się Chrystusa oraz śpiących apostołów. Figury zostały wykonane przez, jak to ładnie ujmują historycy sztuki, krąg Wita Stwosza, czyli najprawdopodobniej przez któregoś z jego współpracowników lub naśladowców.

Ogrójec

220px-Krakow_Ogrojec
Jeśli Was to zainteresuje, to kościół św. Barbary jest gotycki, orientowany (ołtarz główny na wschodzie), jednonawowy, bez wyodrębnionego w bryle prezbiterium. Sklepienie nawy jest kolebkowe z lunetami na gurtach, a wyposażenie barokowe. :-)

Fot. 1. Studzienka gołębi – aut. BeeM – panoramio.com

Fot. 2. Kuna – mapa.targeo.pl

Fot. 3. „Church of St. Barbara in Kraków” autorstwa Cancre – Praca własna. Licencja GFDL na podstawie Wikimedia Commons

Fot. 4. Ikona przedstawiająca Św. Barbarę – Wikipedia

Fot. 5. Ogrójec – źródło Wikipedia aut. Cancre

Fot. 6. Fragment sceny w Ogrójcu przedstawiający Anioła, Chrystusa i św. Piotra- źródło Wikipedia aut. Jan Jeništa

 

Odc. 12. …a w kościele cuda, wianki.

Wejdźmy do środka Bazyliki. Gdy miniecie kruchtę i przekroczycie kościelne progi, po lewej stronie, w nawie północnej zobaczycie kaplicę św. Antoniego z późnobarokowym ołtarzem z I połowy XVIII wieku. W średniowieczu w tym miejscu była kaplica pod wezwaniem św. Stanisława i Sądu Bożego zwana też kaplicą Złoczyńców. Tutaj ostatnią noc spędzali skazańcy, których spotkanie z katem następnego dnia było głównym wydarzeniem w mieście ogłaszanym, o czym wspominałem, przez czterotonowy dzwon Tenebrat. O złoczyńcach i tej kaplicy jeszcze będę wspominał, więc ją zapamiętajcie. W kościele Mariackim znajdziecie także inne kaplice, mauzolea, rzeźby, zobaczycie piękne witraże i inne rzeczy, które są w stanie nazwać i opisać tylko przewodnicy oraz historycy sztuki (i to też nie wszyscy). Nie będę Was zanudzał opisami polichromii, stalli, czy cyborium, bo trzeba by było w tej Bazylice spędzić pół dnia, a czekają jeszcze inne atrakcje. Skupmy się tylko na najważniejszym elemencie wyposażenia, czyli głównym ołtarzu.

Gothic_altar_veit_stoss_bordercropped

Jak zapewne wiecie, jego autorem jest Wit Stwosz, a właściwie Veit Stoß. Skąd on się wziął w Grodzie Kraka? Nie da się ukryć, że rajcy miejscy w dużej części mieli pochodzenie niemieckie, a w bazylice mariackiej kazania aż do I połowy XVI wieku były głoszone tylko po niemiecku! Co? – zakrzyknie pewnie wielu z Was, – jak to? Ano tak! Trudno, musicie się z tym pogodzić. W średniowiecznym Krakowie rządzili Niemcy, a przynajmniej mieli ogromny wpływ na jego funkcjonowanie. Przez to niestety nie w Polsce Jagiellonów, a w Norymberdze na terenie Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego postanowili poszukać odpowiedniego kandydata do tego zadania. W tamtym czasie oba miasta łączyły bliskie stosunki osobiste i gospodarcze, więc wybór był oczywisty.

Veit_Stoß
Gdy w 1477 roku Wit Stwosz rozpoczynał pracę nad krakowskim ołtarzem miał zaledwie 29 lat. Co prawda wcześniej bywał tu i tam, więc znał nowe trendy w zachodnioeuropejskiej sztuce, ale to nadal nie oznacza, że był bardzo doświadczonym rzeźbiarzem. Wysłannicy Krakowa mimo wszystko trochę zaryzykowali zatrudniając Veita.

Po przybyciu, założeniu i zorganizowaniu pracowni, zatrudnił pomocników oraz uczniów i zabrał się do roboty. Jeśli nie możecie sobie wyobrazić jak mogły wyglądać prace nad tak wielkim dziełem, a jednocześnie chcecie zobaczyć jedenastoletniego Marka Kondrata, to polecam film „Historia żółtej ciżemki” z nim w roli głównej. Fabuła w skrócie: główny bohater Wawrzek po ucieczce ze wsi, chcąc uniknąć kary za nieprzypilnowanie krów po wielu perypetiach trafia do Krakowa. Tam za wstawiennictwem Jana Długosza, który odkrywa rzeźbiarski talent chłopca zostaje uczniem Wita Stwosza i pomaga mu podczas prac nad ołtarzem. Nie ma lekko, bo na życie Wawrzusia dybie, rozpoznany przez niego łotr i złodziej, Czarny Rafał. Czy Czarny Rafał dopadł biednego chłopca, skąd w tym wszystkim żółta ciżemka oraz czy Wawrzuś uszedł z życiem i zobaczył odsłonięcie ołtarza w lipcu 1489 roku? Tego nie będę Wam zdradzał, musicie sami obejrzeć.

Kondrat ciżemka

A sam ołtarz składa się z siedmiu elementów: podstawy (predella), szafy środkowej, dwóch skrzydeł nieruchomych i dwóch zamykanych oraz zwieńczenia. Scena główna przedstawia Zaśnięcie Marii Panny, otoczonej przez Apostołów, a na otwartych, ruchomych skrzydłach przedstawionych jest sześć radości Maryi: Zwiastowanie, Narodzenie Chrystusa, Hołd Trzech Króli, Zmartwychwstanie, Wniebowstąpienie i Zesłanie Ducha Świętego. Po zamknięciu skrzydeł zobaczycie z kolei dwanaście płaskorzeźb ilustrujących życie Marii i Chrystusa: Spotkanie Joachima z Anną w Złotej Bramie, Narodziny Marii, Ofiarowanie Matki w świątyni, Ofiarowanie Jezusa w świątyni, Dwunastoletni Jezus w świątyni, Pojmanie w Ogrojcu, Ukrzyżowanie, Zdjęcie z krzyża, Złożenie do grobu, Chrystus w otchłani, Trzy Marie u grobu, Jezus ogrodnik ukazujący się Marii Magdalenie. Nad wszystkim, na zwieńczeniu górują figury św. św. Stanisława i Wojciecha oraz scena koronacji Matki Boskiej. Konstrukcja ołtarza jest dębowa, figury wykonane są z drewna lipowego, a tło to modrzew.

Jak mniemam, chcielibyście się dowiedzieć ile Wit Stwosz vel Veit Stoß dostał za swoją pracę. Gdyby dzisiaj były takie stawki, to każdy chciałby być rzeźbiarzem. Teraz szczegóły kontraktu: za 12 lat pracy (z przerwami) nasz bohater otrzymał 2808 florenów, a to była równowartość ówczesnego rocznego budżetu Krakowa. W 2014 budżet miasta wynosił trzy miliardy dziewięćset milionów złotych, więc możecie sobie przeliczyć, że gdyby to przełożyć w stosunku 1:1, to miesięczna wypłata oscylowałaby w okolicach… 27 milionów złotych! Oczywiście takie wyliczenie to wielkie uproszczenie, ale fakt jest taki, że rada miasta oraz prywatni sponsorzy nie skrzywdzili artysty. Za kwotę prawie 3 tysięcy florenów, na pewno mógł kupić przynajmniej kilka kamienic.

Ponad 450 lat później Polskę i Kraków większą grupą postanowili odwiedzić rodacy Wita. Przeczuwając, że nie będzie to wizyta kurtuazyjna, a Niemcy nie przyjadą zwiedzać, już w sierpniu 1939 roku zdemontowano ołtarz ukrywając go w Sandomierzu. Niestety germańscy najeźdźcy szybko to dzieło odnaleźli i wywieźli do Reichu. Stwierdzili, że skoro autor był Niemcem, to jego dzieło jest niemieckie i należy do Państwa Niemieckiego. Wyobraźcie sobie jak by to wyglądało np. w przypadku Chińczyków. Przyjeżdżają i zabierają Polakom trampki, koszulki i sprzęt elektroniczny bo… skoro wyprodukowali je swoimi małymi żółtymi rączkami, to wszystko należy do nich. Niewiele by nam zostało. Tak to sobie Niemcy wymyślili i tak też zrobili. W 1940 roku wywieźli ołtarz w głąb Rzeszy. Tuż po wojnie poszukiwaniami polskich dzieł sztuki na terenie byłego okupanta zajął się prof. Karol Estreicher (zapamiętajcie to nazwisko!). Ołtarz Wita Stwosza odnalazł w Bawarii, skąd w 1946 roku przetransportowano go do Krakowa. Po konserwacji przez wiele lat znajdował się na Wawelu, aż w 1957 roku „władza ludowa” zezwoliła na ponowne odsłonięcie dzieła autorstwa Veita Stoßa w Bazylice Mariackiej. Od tej pory, nieprzerwanie cieszy oczy turystów zwiedzających tę świątynię…

fot.1: „Gothic altar veit stoss bordercropped” autorstwa User:Henryart (who is owner of the original painting/object/photo) – Image:Gothic_altar_veit_stoss.jpg. Licencja CC BY-SA 2.0 na podstawie Wikimedia Commons

fot.2: „Veit Stoß” autorstwa Oryginał przesłał Hoss z niemiecki Wikipedia – Na Commons przeniesiono z de.wikipedia.. Licencja Domena publiczna na podstawie Wikimedia Commons

fot. 3: Marek Kondrat w filmie z 1961 roku „Historia żółtej ciżemki” w reż. Sylwestra Chęcińskiego.