Odcinek specjalny. Kopiec Kościuszki.

Na specjalne życzenie znajomych z obecnej stolicy przeskoczyłem trochę ze Starego Miasta do Dzielnicy VII Zwierzyniec. Jak się tam dostać? Jeśli w trakcie zwiedzania Grodu Kraka korzystacie z komunikacji miejskiej, to do bohatera, a właściwie bohaterów mojej dzisiejszej opowieści dostaniecie się bezpośrednio dwoma liniami autobusowymi – 100 (z Salwatora) i 101 (z Os. Podwawelskiego, czyli okolic Centrum Kongresowego). Możecie też podjechać z centrum tramwajem linii 1,2 lub 6 do pętli Salwator i nieśpiesznym krokiem wejść na wzgórze Sikornik, czyli tam, gdzie znajduje się Kopiec Kościuszki. O tym, co zobaczycie po drodze na Salwatorze oraz wdrapując się na Kopiec napiszę za jakiś czas, gdy przyjdzie pora na opisywanie atrakcji Salwatora, Zwierzyńca i Bielan, a zapewniam, że warto się tam udać.

Gdy dotrzecie na wzgórze, to zobaczycie dziwny obiekt (na zdjęciu poniżej). To neogotycka kaplica bł. Bronisławy.

Kopieckosciuszki

Teraz jest to wejście na Kopiec Kościuszki, czyli miejsce z którego najlepiej widać… unoszący się nad Krakowem smog.

Kiedyś, jak głosi legenda, unosiła się tam jeszcze Bronisława z zakonu Norbertanek pośród siedmiu pochodni. Teraz już się nie pokazuje, bo (niepotrzebne skreślić):

a) nie ma takiej potrzeby,

b) nie lubi unosić się w smogu,

c) ma tylko siedem pochodni i nie chce konkurować z „radiomaryjnymi”, „posmoleńskimi” sprzed Pałacu Prezydenckiego.

A skąd tam Bronisława? Odpowiedź brzmi: ze Śląska Opolskiego. Bronisława, córka Stanisława Odrowąża Prandoty i Anny z Gryffitów-Jaksów żyła w latach 1203-1259. PESEL…… (nie dotyczy), NIP…… (nie nadano). Nie notowana, nie karana. Zamieszkała (meldunek stały od 1219 r.): Klasztor S.S. Norbertanek, ul. Tadeusza Kościuszki 88, 30-114 Kraków. Pobyt czasowy: Pustelnia, Al. Waszyngtona 1, 30-204 Kraków. „Przez 40 lat wiernie służyła Bogu, jaśniejąc cnotami i duchowym zjednoczeniem z Bogiem”. I tyle wiemy na jej temat.

Blogoslawiona Bronislawa.jpg

Później na wzgórzu też było ciekawie. W XVIII wieku jeden z litewskich szlachciców widział we śnie wzgórze z ołtarzem wokół którego stały ubrane na biało zakonnice. Głos powiedział mu, że znajdzie tam zbawienie. Spakował się, przyjechał do Grodu nad Wisłą i zamieszkał jako pustelnik na wzgórzu Sikornik. Czy widział unoszącą się Bronisławę? Nie wiadomo. Nic nie wiemy też na temat ewentualnego zbawienia i jego następstw dla dzielnego krajana z Litwy. Jeśli takowe były, to się nie pochwalił.

Pierwsza kaplica na Sikorniku powstała w stylu barokowym w 1702 r., a więc za króla Sasa. W latach 1758-1759 została wyremontowana. Dobudowano też „pokoje gościnne”, czyli niewielki domek dla pustelników. Obok kaplicy (1820-1823), został usypany Kopiec Kościuszki. Powstał na wzór kopców Wandy i Kraka. Najpierw Senat Rzeczypospolitej Krakowskiej podjął uchwałę, w której postanowiono wznieść symboliczną mogiłę Tadeusza Kościuszki. Oczywiście powołano komitet budowy. Ziemię pod przyszły kopiec, co warto zapamiętać, podarowały siostry Norbertanki (przedstawiciele Kościoła przyzwyczaili do tego, że raczej biorą niż dają, więc tym bardziej jest to czyn chwalebny). 16 października 1820 roku teren poświęcono, wśród przemówień i religijno-patriotycznych śpiewów z udziałem władz Krakowa, Uniwersytetu, Kościoła, a także licznie zgromadzonej publiczności ze wszystkich zaborów położono kamień węgielny. Zaczęła się budowa, na którą zbierano datki w Polsce i zagranicą. Pracowali przy niej ochotnicy ze wszystkich zakątków zniewolonego kraju. Po trzech latach uznano wreszcie, że budowa jest zakończona. Od tej pory zarówno na kopiec, jak i do kapliczki Bronisławy ciągnęły tłumy rodaków Kościuszki.

I tak współistniały sobie kopiec oraz kapliczka przez trzydzieści lat, aż do momentu, gdy C.K. generałowie zapragnęli stworzyć z Krakowa twierdzę. Jak postanowili, tak zrobili, tyle że ofiarą cesarsko-królewskich planów fortyfikacyjnych padły kaplica i erem. Ministerstwo Wojny „ze samego Wiednia” przejęło grunty na wzgórzu. Nie przejęli tylko kopca, bo jedna morga wiedeńska ziemi u podstawy kopca wraz ze stożkiem została eksterytorialna (nasza :-) ).

Austriacy w latach 1850-1854 wybudowali Fort „Kościuszko”. Podstawę kopca otoczyli ceglanym murem oporowym, a jako rekompensatę za wyburzoną barokową kaplicę, wybudowali nową, neogotycką wg projektu Feliksa Księgarskiego.

W roku 1860 na szczyt Kopca wtoczono, stojący tam do dziś granitowy głaz, w którym wyryto krótką, rzekłbym nawet – bardzo krótką, inskrypcję: „Kościuszce”.

Przez całą okupację hitlerowską polski, patriotyczny Kopiec górował nad zniewolonym miastem. Niemcy zajęli Fort „Kościuszko”, osadzili tam wojsko i planowali nawet niwelację Kopca, ale na szczęście tego nie zrobili.

Oprócz wejścia na górę warto też obejrzeć wspomniany fort, a właściwie jego zachowaną część, bo w latach 1948-1956 sporo wyburzono. Umocnienia przetrwały wojnę, nie przetrwały zaś powojennej Polski Ludowej. Jak przekonywano, w celu pozyskania cegieł na budowę internatu dla dzieci robotniczo-chłopskich zburzono bastiony I, I-II, II, II-III oraz część III. Zburzono, ale cegieł wiele nie odzyskano. Spoiny były tak dobre, że nie było szans oddzielić cegieł, więc… zwyczajnie zdewastowano znaczną część fortu. Szczęście, w tym całym nieszczęściu znaleźli się ludzie, którzy wyperswadowali ówczesnym władzom, że powinni zaniechać dalszych wyburzeń. Barbarzyństwo się zakończyło, a RMF ma skąd nadawać program.

Czy jest to wielka atrakcja? Na pewno zdecydowanie większa niż wejście na Kopę Cwila na warszawskim Ursynowie. ;-) Za dwanaście złociszy (bilet normalny) lub 10 (ulgowy) przez kaplicę, wąskimi schodami wejdziecie na kopiec i, tak jak już pisałem, będziecie podziwiać spowijający miasto Kraka i Wandy smog, krakowski smog! Takiego smogu nie ma nigdzie na świecie, nawet w Warszawie :-)

P.S. Jak nie chcecie płacić za bilety to 4 lutego (dzień urodzin Tadeusza Kościuszki), 24 marca (dzień przysięgi Kościuszki na krakowskim Rynku Głównym w 1794 r.) oraz 15 października, czyli w rocznicę jego śmierci możecie wejść na Kopiec za darmo. I jeszcze jedno, w cenie biletu jest także kilka innych atrakcji: zobaczycie kaplicę Bronki, wystawy dotyczące Tadzia Kościuszki, historii Kopca i twierdzy, a nawet wejdziecie do muzeum figur woskowych. To ostatnie jest, co najwyżej „średnie”, ale warto tam wejść nawet po to, aby stwierdzić, że… na pewno nie jest to część muzeum Madame Tussauds.

 

Foto 1: Kopiec Kościuszki CC BY-SA 2.5, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=657452

Ryc. 1: By Wojciech Eljasz-Radzikowski (1814-1904) – Siostry Norbertanki, Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=18722912

Odc. 24. O Klaryskach u Andrzeja.

Tuż obok monumentalnej świątyni p.w. ś.ś. Piotra i Pawła, stoi wysunięta w kierunku osi ulicy Grodzkiej inna budowla.

Jest to znacznie starszy od barokowego sąsiada kościół św. Andrzeja. Jego początki sięgają końca XI wieku. Ufundował go Sieciech, potężny palatyn księcia Władysława Hermana, a budowa trwała od roku 1079 do 1098. Na początku XII wieku stał się kolegiatą, czyli mniej niż katedra, więcej niż zwykły kościół i z większymi od niego prawami.

800px-Kraków,_St._Andrew

Wybudowany w stylu romańskim spełniał nie tylko rolę sakralną, ale także obronną, co kilkukrotnie okazało się wybawieniem dla wielu okolicznych mieszkańców. Pamiętacie historię o średniowiecznych „hakerach” i hejnaliście? W XIII wieku przynajmniej dwukrotnie (1241 i 1260) wpadali do nas przedstawiciele ludności zamieszkującej azjatycki Wielki Step, w skrócie zwani Tatarami. Jako że cel ich wypraw był w znacznej mierze ukierunkowany na grabieże, a poznanie obcych kultur i kontakty z nimi ograniczali do gwałtów i mordów, to nie byli mile widzianymi gośćmi. Wtedy też przydawały się takie budowle jak nasz romański bohater. Jednym ze znaków rozpoznawczych charakteryzujących styl romański są bardzo małe, wysoko umieszczone okna, które w przypadku zagrożenia spełniały funkcję otworów strzelniczych. Ponadto grube mury, w przypadku kościoła św. Andrzeja aż 1,6 metra, dawały poczucie bezpieczeństwa. Dzięki temu, m.in. podczas najazdu tatarskiego w roku 1241, mimo że większość Krakowa i okolicznych osad została zniszczona, wielu mieszkańców straciło życie, to część ludności, która schroniła się w środku głównej świątyni Okołu, przetrwała.

Prawdopodobnie w czasie tej drugiej tatarskiej wizyty w 1260 r. kościół został częściowo zniszczony, a następnie przebudowany.

W 1318 roku do kościoła wprowadziły się mniszki franciszkańskiego zakonu św. Klary.

chiara

Klara to postać niezwykła i niezwykła jest o niej legenda, bo dzięki niej jest patronką radia i telewizji. Co prawda zmarła ponad 640 lat przed doświadczeniami Marconiego i Tesli z przesyłem fal radiowych, ale… jako pierwsza widziała obraz telewizyjny wraz z dźwiękiem. Tak przynajmniej twierdzi Kościół katolicki i zaświadczają o tym wszystkie żeńskie zakony franciszkańskie. Było to w noc Bożego Narodzenia 1252 roku, gdy w bazylice św. Franciszka w Asyżu odbywała się świąteczna msza. Klara z powodu choroby nie mogła uczestniczyć w nabożeństwie, ale „z Bożej łaski na odległość doskonale widziała jakby na ekranie i słyszała wszystko jakby była obecna na uroczystości […]”. Widziała, nie widziała, jej sprawa, papież Pius XII w 1953 roku, czyli w 700 rocznicę śmierci uznał, że widziała i ustanowił patronat Klary nad tymi dwoma mediami. Oprócz tego potrafiła tak żarliwie się modlić, że Saraceni, którzy oblegali Asyż zrezygnowali z ataku na miasto w 1240 i 1241 roku. Szkoda, że nie mieszkała w tym czasie w Krakowie, bo by pewnie Tatarzy zrezygnowali z ataku na Gród Wandy. Oczywiście nie umniejszam zasług Klary dla katolików, bo zebrało się tego na tyle dużo, że sława dokonań dotarła „z ziemi włoskiej do Polski”, lub jak kto woli nawet „z ziemi polskiej do Wolski”. :)

Wielką fanką Klary z Asyżu była Salomea, siostra krakowskiego księcia Bolesława Wstydliwego (tego samego co to do wyra z własną żoną nie chadzał, a i książęca małżonka do uciech cielesnych nie była skora).

bł-Salomea

Siostra Bolesława, po śmierci małżonka w 1241 roku postanowiła dokończyć żywota w zakonnej celi. Podobała jej się franciszkańska reguła zakonu św. Klary, jednak ta wprowadzała znaczne ograniczenia w zakresie posiadania dóbr doczesnych. Salomea chciała się umartwiać i leżeć krzyżem, ale niekoniecznie w biednym klasztorze. W związku z tym postanowiono wykorzystać pewne kruczki prawne. Teraz to się nazywa np. kreatywna księgowość, dzięki czemu można obejść pewne ograniczenia podatkowe, czy prawne zakładając fundację lub dzieląc firmę na wiele spółek. Tak też postąpili wdowa i jej brat. Książę Bolesław w 1255 roku przy klasztorze (wtedy jeszcze nie w Krakowie, a w Zawichoście) ufundował szpital, do majątku dorzucił (na dobry początek) jedenaście wsi. Zakonnice dzięki temu miały zapewniony byt. Zanim siostrzyczki trafiły do stolicy Małopolski około 1316 roku, na chwilę, ze względów bezpieczeństwa, przeniesiono je do podkrakowskiej wsi Skała. Później część z nich zamieszkała w Starym Sączu. I tu, i tu również nie odmówiły przyjęcia wielu kolejnych wsi. Oczywiście oznaczało to dochody z dziesięcin, służebności, ceł, karczm, młynów, łąk, lasów itd. Ponadto zapisano im niemałe coroczne datki w srebrze i złocie z książęcych żup solnych w Bochni i Wieliczce, kopalni ołowiu w Olkuszu, a także wypłatę z dochodów komory celnej w Krakowie! Zostały także zwolnione niemal z każdej daniny i podatku na rzecz Państwa. Uzyskały jednocześnie władzę sądowniczą na całym swym terenie. Nadania w ziemi, kruszcach, czy zwolnieniach podatkowych zostały dokładnie opisane w dokumentach książęcych oraz… kilku, wykonanych przez zakonnice falsyfikatach. Wszystko na chwałę Pana!

W 1268 r. zmarła pierwsza polska ksieni, założycielka klasztoru, Salomea. Nie da się ukryć, że zadbała o podstawy organizacyjne i finansowe działalności zakonu w Polsce. Jak podają dobrze poinformowane źródła zbliżone do Klarysek, gdy umierała z jej ust uszła do nieba gwiazda, więcej szczegółów tego wydarzenia nie znamy, ale na pewno miało to wpływ na ogłoszenie Salomei błogosławioną.

Obracanie sporym kapitałem i walka o niego także przed sądami przez wiele kolejnych dziesięcioleci były znakiem rozpoznawczym nowo powstałego klasztoru. W 1318, o czym wspomniałem, chociaż jeszcze nieoficjalnie, Klaryski zajmowały już kościół św. Andrzeja. Obieg dokumentów nie był tak sprawny jak dzisiaj, więc wszystkie formalności, łącznie z podpisem papieża, trwały aż do 1325 roku. Odtąd niezmiennie Klaryski zajmują tę jedną z najstarszych krakowskich świątyń.

W historii zakonu i świątyni bywało różnie, ale w późniejszych wiekach nie było tak „kolorowo” jak w XIII i XIV stuleciu. Znaczenie Klarysek w późniejszych wiekach znacznie zmalało. Mniszki dotykały także kłopoty dnia codziennego, wojny, pożary itp. Kościół płonął w latach 1455, 1473, 1658. Przez wieki zachował sporą część swojej romańskiej bryły, chociaż da się zauważyć elementy należące do innych epok. Na początku XIV w. dobudowano gotyckie oratorium, które obecnie pełni rolę zakrystii. W XVI wieku dobudowano przy fasadzie, nieistniejącą dziś przybudówkę mieszczącą kostnicę, podziemny grobowiec i kaplicę. Tę przybudówkę oraz płot, którym od strony ulicy Grodzkiej był odgrodzony kościół rozebrano w 1844 roku. W XVII w. wykuto trzy nowe okna, podwyższono wieże i zbudowano między nimi, w podziemiach, nowy grobowiec. W latach 1700-1703 gruntownie przebudowano wnętrze nadając mu charakter barokowy.

Do kościoła przylega zespół klasztorny, którego najstarsza, gotycka część została wybudowana za czasów króla Władysława Łokietka około 1325 roku. Klasztor znacznie rozbudowano w XVI i XVII wieku. Jeśli chcecie zobaczyć go od środka, to nie jest to łatwe, bo mogą to zrobić tylko kobiety i tylko wtedy gdy wstąpią do zakonu. Taka reguła, więc jest to Wasz, drogie Panie wybór. Panowie zaś, szanse na wstęp tam macie praktycznie zerowe.

Stojąc od ponad 900 lat przy głównym szlaku Krakowa, kościół św. Andrzeja jako jeden z niewielu przykładów romańskiej architektury sakralnej w Polsce wciąż zachwyca. Klaryski jako gospodynie kościoła i klasztoru bardzo niechętnie pozwalają np. na badania archeologiczne, nie wspominając o turystyce. Z tego względu jest to chyba wciąż najbardziej tajemnicza świątynia Grodu Kraka.

I w tym odcinku to by było na tyle.

_________________________________________________________

Foto: Kościół św. Andrzeja By Cancre – Praca własna, GFDL, wikipedia

Ryc. 1. Św. Klara (kapucynki.pl)

Ryc. 2. Błogosławiona Salomea (zyciezakonne.pl)

 

 

Trochę zmian

W związku z tym, iż cały opublikowany tutaj tekst liczy już kilkadziesiąt stron, postanowiłem go trochę uporządkować. W zakładce „Nowe wpisy”, nadal pojawiać się będą kolejne części mojej opowieści. Wielu z Was śledzi tę stronę na bieżąco i zdecydowanie łatwiej jest kontynuować czytanie niż przewijać od początku. Z kolei docierały też do mnie sygnały, że dobrze by było, aby dostępny był tekst w całości, bo łatwiej jest tak korzystać ze strony poprzez urządzenia mobilne. Chcąc zadowolić obie grupy Czytelników dołożyłem zakładki z dwiema trasami: pierwszą „okołodworcową” i drugą, opisującą „Drogę Królewską” (na razie oczywiście tylko do kościoła śś. Piotra i Pawła). Jeśli nie będzie jakiegoś „trzęsienia ziemi”, to niedługo pojawi się odcinek 24. :)

Odc. 23. Kościół śś. Piotra i Pawła.

Wciąż zwiedzacie ulicę Grodzką tuż przy placu Marii Magdaleny. Przed Wami, za ogrodzeniem zwieńczonym rzeźbionymi postaciami stoi ogromny budynek. Jest to kościół p.w. św. Apostołów Piotra i Pawła, pierwsza barokowa i największa zabytkowa świątynia Krakowa.

Jego historia rozpoczęła się w 1579 r., gdy do Grodu Kraka przybyli Jezuici. „Kimanie” początkowo mieli załatwione przy nieistniejącym dziś kościele świętego Szczepana na placu Szczepańskim. Oprócz „Szczepana” dostali jeszcze, także nieistniejący już, kościółek śś. Macieja i Michała stojący w rogu Placu Szczepańskiego, w miejscu obecnego skrzyżowania z ul. Reformacką. Każdy człowiek jak coś osiągnął, coś kupił i coś ma, to chce więcej, nowsze, lepsze. Kilka lat „chłopaki” przemęczyli się „u Szczepana” oraz „Macieja i Michała”, więc zapragnęli czegoś większego. Królem był wtedy István Báthory, czyli po naszemu Stefan. Jezuici delikatnie dali mu znać, że im ciasno i przy poparciu króla udało się załatwić kolejną „chatę” na Małym Rynku, czyli kościół świętej Barbary. Oczywiście starych świątyń nie oddali, tylko wspaniałomyślnie wzięli w posiadanie jeszcze jedną. Mieli już trzy, ale trzy powiedzmy – niewielkie, a plany zakonnicy mieli ogromne. Do tego tuż obok „św. Barbary” był znacznie większy konkurent o rząd dusz i kasę z tacy – Bazylika Mariacka. Walka nierówna i z góry skazana na porażkę. Na rozbudowę niewielkiego kościoła stojącego między Placem Mariackim, a Małym Rynkiem nie było miejsca. Budynki przy Placu Szczepańskim też nie nadawały się do rozbudowy. Trzeba było przenieść się do nowej, okazałej siedziby z dala od głównej krakowskiej świątyni. Pozostał do rozwiązania tylko jeden „mały” problem – pecunia.

Fundusze mógł zagwarantować tylko bardzo zamożny sponsor. Pomoc w zbudowaniu nowego kościoła obiecał kardynał Jerzy Radziwiłł. Biedny nie był, ale szybko się okazało, że sam nie podoła, a całego swego majątku oddawać raczej nie chciał.
- Kasa! Kasa! Brakuje kasy? W końcu od czego jest kolejny król? Jest nowy, zagraniczny, więc da się naciągnąć – pomyśleli Jezuici i mieli rację. Zygmunt III Waza, ten od kolumny, wspomógł ich nie tylko dobrym słowem. Książę kardynał Radziwiłł chętnie zaszczyt fundacji kościoła przekazał na króla. O pomoc królewską zabiegał najznamienitszy ówczesny polski Jezuita – ks. Piotr Skarga. Jego starania i rozmowę z królem przedstawił XIX-wieczny historyk Stanisław Załęski:
A książę kardynał krakowski? – rzekł król - […] Księciu kardynałowi nie chcemy wchodzić w drogę, tembardziej że już do jenerała zakonu zgłaszał się z oną swoją ochotą.
Nie wejdzie Wasza Królewska Mość. – odpowiedział ks. Skarga – […] Ustępuje chętnie W. K. Mości zaszczytu i fundatora kościoła i domu professów, boć hojności królewskiej, jak powiada, jego hojność książęca nie dorówna, użyje jej dla nas gdzie indziej.

Książę Radziwiłł dzięki przebiegłości Piotra Skargi pozbył się kłopotu, a nowy król był zadowolony z dobrych układów z Jezuitami. Finansowe apetyty zakonników przewyższały możliwości i chęci kardynalsko-książęce, ale nie królewskie. Zygmunt III, jak to król, w końcu ze swego prywatnego nie dawał. Także teraz politycy najbardziej są rozrzutni jak mają do dyspozycji grosz publiczny – sto milionów tu, miliard tam…

Pieniędzy potrzeba było sporo. Jezuici nie chcieli baraku 10m x 10m, im się marzyła budowla wielka, która swą wielkością przyćmi inne, a miejsca w otoczonym murem Krakowie właściwie nie było. No i zaczęło się szukanie „miejscówki”. Znaleziono dwie – jedna przy Wiślnej, a druga przy Grodzkiej. W obu przypadkach trzeba było wykupić stojące kamienice i budować na ich miejscu, co znacznie podnosiło koszt. Obie miały plusy i minusy lub jak kto woli – plusy dodatnie i plusy ujemne. Wiślna – jest w samym centrum, tuż przy Rynku, ale miejsca niewiele, Grodzka – oddalona od Rynku, lecz tu mieli możliwość budowy wielkiej świątyni. Myśleli, myśleli i wymyślili, że skoro płaci król, to kupią jednak tę większą miejscówkę przy Grodzkiej.

Wykupili kilka parceli, zburzyli stojące tam budynki i 23 czerwca 1597 rozpoczęła się budowa. Plany mieli „nówka sztuka” – barok, to wtedy był hit sezonu! Krakowską świątynię wzorowano na głównym kościele Jezuitów rzymskim „Il Gesù”, którego budowa ukończyła się zaledwie kilka lat wcześniej. Nie było jednak „letko”. W 1610 roku niepowodzeniem zakończyła się próba wzniesienia kopuły. Udało się to dopiero dziewięć lat później po znacznym wzmocnieniu filarów podtrzymujących ogromną konstrukcję.
Budowa i wykończenie trwały prawie czterdzieści lat. To sporo, jednak krócej niż trwa np. budowa „Szkieletora” (1975-….). W końcu 8 lipca 1635 roku konsekrowano nowy kościół.

450px-Peter&Paul_church_krakow
Jezuici rozgościli się w nowych murach, a kościół przeżywał swój okres świetności. Pierwszym większym problemem był pożar Kolegium Jezuickiego w 1719 r., który zniszczył także sporą część kościoła. Kilka lat trwała odbudowa sklepień i nadpalonych murów. W 1722 roku dobudowano mur z bramą i barokowymi rzeźbami 12 Apostołów z wapienia pińczowskiego. Krakowskie powietrze, które nigdy nie należało do najzdrowszych oraz powojenne nowohuckie kwaśne deszcze spowodowały tak znaczne zniszczenie figur, że w 1959 roku zdecydowano o ich zdemontowaniu. Stojące obecnie, to dalekie od oryginału kopie z lat osiemdziesiątych XX wieku.

1024px-2007KrakówPiotrPaweł

Oryginały znajdują się w pracowni konserwatorskiej w Krzeszowicach. Wciąż trwa dyskusja co z nimi zrobić, bo postaci Apostołów zaprojektowane w XVIII wieku przez Kacpra Bażankę wyglądają jak figury lodowe po znacznym wpływie promieni słonecznych i trudno na wielu z nich rozpoznać rysy twarzy oraz inne fragmenty anatomiczne. Niech się tym martwią eksperci i konserwatorzy zabytków. Wracamy do historii kościoła.

W 1773 roku, jak już wiecie z historii parafii św. Barbary, dokonano kasaty zakonu Jezuitów. Nasz ogromny, barokowy „bohater” przeszedł we władanie Komisji Edukacji Narodowej, na jakiś czas właścicielem był uniwersytet, a następnie przejęli go Cystersi.
Później bywało różnie, raz lepiej, raz gorzej, chociaż częściej było gorzej. W końcu wieku XVIII kościół podupadł na tyle, że nie wiadomo było co z nim zrobić. W latach 1809-1815 służył nawet jako prawosławna cerkiew.

Na początku XIX stulecia w Krakowie nastąpiła prawdziwa rzeź kościołów. Wydaje się Wam, że teraz kościoły są w centrum Krakowa na każdym kroku i za każdym rogiem? Są, ale, w co trudno uwierzyć, jeszcze na przełomie XVIII i XIX wieku było ich zdecydowanie więcej. Utrata znaczenia miasta, trudna sytuacja finansowa, zmniejszenie liczby ludności w wyniku wojen doprowadziły do tego, że brakowało pieniędzy na konserwację i utrzymanie licznych świątyń, które przez setki lat bez opamiętania budowano dosłownie co kilka metrów. Ponadto, aby miasto mogło się rozwijać potrzebowało miejsca na nowe, reprezentacyjne budowle świeckie, potrzebne były place i zieleń. Kraków potrzebował nowoczesnych rozwiązań urbanistycznych i uporządkowania całego swojego obszaru, co opisywałem już przy okazji opowieści o Barbakanie i miejskich murach.

Wybawieniem dla kościoła śś. Piotra i Pawła było… zburzenie kościoła p.w. Wszystkich Świętych (na Placu o tej nazwie) i przeniesienie z niego parafii w 1824 roku. Odtąd „u Piotra i Pawła” jest parafia Wszystkich Świętych. Aby przygotować świątynię do przejęcia nowych obowiązków, w latach dwudziestych XIX wieku przeprowadzono remont. Od tego czasu prace konserwatorskie prowadzono kilkukrotnie i dzięki temu możecie podziwiać to barokowe dzieło.

1280px-Krakow_2006_066

Co zobaczycie w środku?

1280px-Church_of_Saints_Apostles_Peter_and_Paul_(interior),_52a_Grodzka_street,_Krakow,_Poland

M.in. grobowiec ks. Piotra Skargi, barokowy nagrobek biskupa Andrzeja Trzebnickiego, czy złocone posągi czterech Ewangelistów wewnątrz kopuły. Do tego w czwartki o godz. 10.00, 11.00 i 12.00 odbywają się demonstracje działania najdłuższego w Polsce, 46 metrowego i ważącego 25 kg Wahadła Faucaulta, które dowodzi obrotu Ziemi wokół własnej osi.

800px-Foucault_pendulum_in_Kraków_St._Peter_&_Paul_church

W tym odcinku to by było  na tyle. Jezuici jeszcze pojawią się w mojej opowieści, ale dopiero wraz z kolejną trasą, już po zakończeniu zwiedzania Drogi Królewskiej. Opowiem jeszcze i o baroku, ale na razie przeniesiemy się do innej świątyni, która znajduje się… kilka metrów dalej. Wciąż nie opuszczamy okolic Placu Marii Magdaleny i ulicy Grodzkiej. Kolejna część będzie o romańskim kościele św. Andrzeja.

___________________________

Fot.1. Kościół śś. Piotra i Pawła. Aut. Fabienkhan. Licensed under CC BY 2.0 via Commons

Fot.2. Figury Apostołów przed wejściem do kościoła. „2007KrakówPiotrPaweł” by Soylentgreen23 from Krakow, Poland – Flickr. Licensed under CC BY 2.0 via Commons

Fot.3. Widok kościoła śś. Piotra i Pawła ze Wzgórza Wawelskiego. „Krakow 2006 066” autorstwa Wizzard – Praca własna. Licencja Domena publiczna na podstawie Wikimedia Commons

Fot.4. „Kościół ŚŚ Piotra i Pawła w Krakowie Ołtarz Główny” by Ludwig Schneider – Own work. Licensed under CC BY-SA 3.0 via Commons

Fot.5. Pokaz działania Wahadła Foucaulta. „Foucault pendulum in Kraków St. Peter & Paul church” autorstwa Zorro2212 – Praca własna. Licencja CC BY-SA 3.0 na podstawie Wikimedia Commons

Odc. 22. Grodzka, czyli wkraczamy na Okół.

Szesnastowieczny kronikarz Marcin Bielski tak oto opisywał Kraków: „siedzi na miejscu bardzo obronnym w równi między bagny, i nie masz do niego przystępu jedno od Kleparza, a bardzo by snadnie wodą go obwiódł. Gdy na nie z góry zwierzynieckiej pojrzy (bo stamtąd najlepiej się mu przypatrzy), jest coś podobne do lutnie okrągłością swą, a Grodzka ulica i z zamkiem jest jako szyja u lutnie właśnie. Ma też coś podobnego do orła, którego głowę reprezentuje zamek, Grodzka ulica – szyję, przedmieście zasię około niego są jako skrzydła jakie”.

O Kleparzu już było, o wodzie wokół miasta też co nieco wspominałem (i wspominać jeszcze będę), kierujemy się więc do „szyi u lutni”, czyli prowadzącej do zamku ulicy Grodzkiej.

Opuszczając Rynek, już na Grodzkiej po prawej stronie mijacie kamienicę pod numerem 3, gdzie w II połowie XVI i na początku XVII wieku mieściła się słynna drukarnia oraz księgarnia prowadzona przez Mikołaja i Jana Szarfenbergów.

402px-A-206_kamienica_Kraków_ul._Grodzka_3_MM

Następnie, tuż przed placem (właściwie dwoma placami) z linią tramwajową, przy Grodzkiej 22 zobaczycie kamienicę, w której w 1840 roku urodziła się Jadwiga Helena Misel bardziej znana jako Helena Modrzejewska.

15_big

Tuż za rodzinnym domem pięknej i genialnej XIX-wiecznej aktorki znajdują się właśnie dwa place rozdzielone ulicą Grodzką: po lewej plac Dominikański, a po prawej plac Wszystkich Świętych. Ciekawe historie z nimi związane przedstawię Wam kiedy indziej, gdy będziemy wspólnie spacerować inną trasą podczas następnej wycieczki. W dalszej części ulicy Grodzkiej zobaczycie: kamienicę „Podelwie” (nr 32) z widoczną nad portalem XIV-wieczną płaskorzeźbą lwa

78_big

oraz kamienicę „Pod Elefanty” (nr 38) z płaskorzeźbami słonia i nosorożca.

800px-Krakow_Grodzka_38_Dom_Pod_Elefanty_01_A-255

Zatrzymajcie się na chwilę przy tym ostatnim domu (zdjęcie powyżej). „Pod Elefanty” powstał z połączenia trzech innych budynków. Jednym z nich był stojący na rogu ulic Grodzkiej i Poselskiej kościół św. Piotra. Zapamiętajcie to, bo za chwilę zbliżycie się do „następcy” tego niewielkiego kościółka, który spłonął w znanym już Wam wielkim pożarze z 1455 roku, następnie po odbudowie powoli tracił swe znaczenie i pod koniec XVIII wieku został ekssekrowany (odświęcony) oraz całkowicie przebudowany. Nazwa ulicy Poselskiej oczywiście nie pochodzi od naszych posłów na Sejm, bo ci w zdecydowanej większości nie zasługują na żaden szacunek i jakąkolwiek pamięć. W sumie, na tę nazwę nie zasłużyli także ci, którym ta ulica została poświęcona. Jej nazwa pochodzi od słowa „legat”, oznaczającego legatów (posłów) papieskich, watykańskich agentów, którzy nadzorowali polski Kościół, jego finanse oraz wpływ biskupów na państwową politykę. W sumie do tej pory nic się nie zmieniło, ale to już odrębny temat.

W średniowieczu kościół św. Piotra stał przy granicy miasta. Tuż za nim wzdłuż ul. Poselskiej wznosił się mur oddzielający Kraków od osady o nazwie Okół. Osada ta oddzielała Kraków od królewskiego Wawelu, ale w przeciwieństwie do Kleparza, czy Kazimierza nigdy nie otrzymała praw miejskich, a przynajmniej nie zachowały się dokumenty o tym świadczące. Okół już od XIV wieku był stopniowo wchłaniany przez Miasto Stołeczne.

Po drugiej stronie ulicy Grodzkiej, po przekątnej od byłego kościoła świetnego Piotra, w kamienicy pod numerem 39 mieściła się pracownia Wita Stwosza.

Trochę dalej znajdziecie dwa duże budynki należące obecnie do Uniwersytetu Jagiellońskiego. Pierwszy (nr 52), stojący tuż obok wielkiego kościoła, o którym za chwilę, to Collegium Broscianum.

1280px-Collegium_Broscianum

Nazwa ta pochodzi od nazwiska Jana Brożka (Joannes Broscius), siedemnastowiecznego profesora i rektora Akademii Krakowskiej. Budynek powstał na przełomie XVI i XVII wieku i przez ponad 170 lat należał do Jezuitów. W 1623 roku umieszczono w nim nowo powstałe Kolegium Jezuickie. Po kasacie zakonu w 1773 roku, mieściły się tam: dom księży emerytów, seminarium nauczycielskie, siedziba zakonu cystersów, magazyny wojskowe, Senat Wolnego Miasta Krakowa. Po upadku Rzeczypospolitej Krakowskiej (1846) aż do 1971 roku, kiedy budynki przekazano „Jagiellonce”, mieściły się tu sądy różnych instancji poczynając od Cesarsko-Królewskiego Sądu Krajowego Wyższego, na Sądzie Wojewódzkim kończąc.

Drugi (nr 53), narożny, mieszczący się naprzeciwko, stoi na miejscu hali i placu targowego z przełomu XIII i XIV wieku.

1280px-Kraków_-_Collegium_Iuridicum_01

Podobnie jak kamienica „Pod Elefanty” składa się z połączonych ze sobą i przebudowanych dwóch innych kamienic i także przy nim stał kościół. Dwie kamienice wybudowane tam w drugiej połowie XIV wieku należące do Sędziwoja z Szubina oraz Mikołaja i Niemierzy z Irządza zostały odkupione na początku XV wieku przez Uniwersytet i połączone w jeden budynek. W XVII wieku wnętrze Collegium Iuridicum, bo taką nazwę i taką funkcję mu nadano, przebudowano. Odtąd znajduje się tam piękny arkadowy dziedziniec, ale na całym budynku zobaczycie wiele elementów gotyckich. Obecnie to siedziba Instytutu Historii Sztuki oraz, jak sama nazwa wskazuje – prawników (Zakład Postępowania Cywilnego i Katedra Prawa Pracy).

Jak wspomniałem, przy Collegium Iuridicum stał kościół. Był to nieistniejący już kościół św. Marii Magdaleny. Ta niewielka świątynia istniała już w XIII wieku. Wielokrotnie płonęła, w tym, oczywiście w 1455 roku. Coraz bardziej zrujnowany budynek na początku XIX wieku zburzono. Pamiątką po nim jest nazwa placu przylegającego do Collegium Iuridicum, łączącego ulice Grodzką i Kanoniczą. Na środku placu, w postaci betonowego postumentu – opanowanego przez deskorolkarzy, zaznaczono obrys kościoła.

1280px-Kraków_-_plac_Marii_Magdaleny

Stoi tam jeszcze, delikatnie rzecz ujmując, nienajpiękniejszy pomnik Piotra Skargi. To właśnie o nim i jego kumplach – Jezuitach będzie następna opowieść.

__________________________

Fot. 1. Grodzka 3. Źródło wikipedia. Licencja Domena publiczna na podstawie Wikimedia Commons

Fot. 2. Kamienica, ul. Grodzka 22. Źródło – wikimapia.org

Fot. 3. Herb kamienicy „Podelwie” – Źródło – wikimapia.org

Fot. 4. Kamienica „Pod Elefanty” – Źródło wikipedia. Licencja Domena publiczna na podstawie Wikimedia Commons

Fot. 5. Collegium Broscianum, aut. Cancre. Licencja GFDL na podstawie Wikimedia Commons

Fot. 6. Collegium Iuridicum, aut. Lestat (Jan Mehlich). Licencja CC BY-SA 3.0 na podstawie Wikimedia Commons

Fot. 7. Krużganki, wnętrze Collegium Iuridicum, aut. Cancre. Licencja CC BY-SA 3.0 na podstawie Wikimedia Commons

Fot. 8. Plac Marii Magdaleny, aut. Céline from Paris, France. Licencja CC BY-SA 2.0 na podstawie Wikimedia Commons

Odc. 21. O św. Wojciechu i jego kościółku na Rynku

Była już opowieść o świętym Florianie, który rzekomo chroni od pożarów, było o Basi, która jest patronką niemal wszystkich znanych zawodów, a teraz będzie słów kilka o Wojciechu, także świętym i o kościółku, któremu ów święty patronuje. Świątynia ta stoi na Rynku u wylotu ulicy Grodzkiej i, co może wielu z Was zdziwić, nie jest wcale najmniejszym kościołem Grodu Kraka.

O tym skąd się tam wzięła i dlaczego jest tak nisko dowiecie się za chwilę. Teraz skupmy się na jej patronie i legendzie z nim związanej.

Przez wiele wieków twierdzono, że św. Wojciech zanim świętym został, zanim miasto Kraków powstało, przybywał na teren obecnego Rynku, tu głosił swe kazania i chrzcił pogańskich mieszkańców. Ci z wdzięczności, w miejscu modłów, postawili niewielką świątynię, której patronem został Wojciech. No cóż, szansa na to, że Wojciech bywał w tym miejscu jest, ale raczej jest podobna do szansy na wygranie przez polski klub piłkarski Ligi Mistrzów.

Kim był ów święty? Sprawdźmy. Wojciech, a właściwie Vojtěch, bo ten gość był Czechem, jako młody kapłan został biskupem Pragi, ale długo nie nacieszył się stanowiskiem, bo go Pepiki szybko pogonili. Naraził się i wiernym, i możnowładcom. Mieli go dość wszyscy, później oprócz Czechów także mieszkańcy dzisiejszej Słowacji oraz Węgrzy. Podczas bierzmowania przyjął imię Adalbert, więc czasami znany jest też pod tym imieniem. W roku 997 wybrał się namawiać plemiona pruskie na zmianę wiary i… mu się nie udało. Prusowie zabili biednego Vojtěcha vel Adalberta. Misja już od samego początku miała niewielkie szanse powodzenia. Jak chcecie się przekonać jak taka wyprawa może wyglądać, to jeźdźcie na tereny zajęte przez tzw. Państwo Islamskie głosić wiarę w Chrystusa. Nie wiem czy zostaniecie świętymi, ale zapewne podobnie jak Wojciech wrócicie bez głowy. Za to, że tam pojechał i zginął został szybko okrzyknięty świętym, żadnych innych zasług w tej mierze nie odnotowano, a przynajmniej nie tyle żeby po wsze czasy wychwalać jego dokonania. Nie będę tu już nawiązywał do polityki i pewnej wyprawy sprzed kilku lat…
Ciało przyszłego świętego z rąk pogan wykupił Bolesław Chrobry. Na przełomie X i XI wieku Państwu Polskiemu bardziej był potrzebny martwy święty niż żywy misjonarz wędrujący wśród jezior i lasów. Po śmierci okazało się, że wszyscy chcą Wojciecha, a właściwie tego co z niego zostało. Pocięli go i teraz jego relikwie są i w Gnieźnie, i w Pradze, w Kleve koło Düsseldorfu i Akwizgranie. Tyle o patronie Polski, Czech oraz naszego niewielkiego kościółka na krakowskim Rynku.

Krakau_Adalbert
Zajmijmy się budowlą. Z daleka widać dominujący styl barokowy, jednak kościół jest sporo starszy. Można to poznać po licznych elementach romańskich np. wąskim okienku od prezbiterium, romańskim portalu wokół drzwi wychodzących na ulicę Grodzką, czy po tym, że jest on zbudowany w dużej mierze z wapienia wzmacnianego na rogach piaskowcem. Archeolodzy twierdzą, że pochodzi z drugiej połowy XI lub początków XII stulecia. Ponadto stoi na miejscu jeszcze starszej, drewnianej świątyni, która była tu w X wieku. To, że „bohater” tej opowieści jest znacznie starszy niż niemal cała zabudowa placu można poznać także po tym, że podobnie jak Bazylika Mariacka stoi pod innym kątem niż kamienice i Sukiennice. Podczas wytyczania Rynku Głównego w połowie XIII wieku oba kościoły więc już istniały.

Na początku XV wieku kościółek stał się prebendą Uniwersytetu Jagiellońskiego. Co to oznaczało? Proboszcz mógł liczyć na wsparcie władz uniwerku, np. część kar jakie wymierzał sąd rektorski była przekazywana na utrzymanie świątyni. W 1525 roku na przykład za obrazę nauczyciela (magistra) i studenta, na karę 200 grzywien zostali skazani Piotr z Krosna oraz Żyd Izaak. Połowa z tej niemałej sumy miała być wpłacona pro ecclesia Sancti Adalberti.
O ile szanse na to, że w tym miejscu przemawiał Wojciech są mizerne, to miejsce to stało się znane z kazań innego ważnego katolickiego świętego. Był nim Jan Kapistran (Giovanni da Capestrano), który na zaproszenie biskupa Oleśnickiego i króla Kazimierza Jagiellończyka przybył do Krakowa w sierpniu 1453 roku. Zamieszkał w kamienicy przy Rynku na rogu ulicy Wiślnej (dzisiaj pod numerem 28), która od tego wydarzenia zwana jest „Kamienicą pod Kapistranem”. Na jej rogu, na wysokości pierwszego piętra stoi figura przedstawiająca tego kaznodzieję. Jako że lubił przemawiać pod gołym niebem, to tuż przy kościele św. Wojciecha wybudowano mu specjalną trybunę. Więcej wizyt katolickich świętych (oprócz Karola Wojtyły), w tym miejscu nie odnotowano.

Zapewne zauważyliście, że nasza niewielka świątynia stoi poniżej obecnej płyty głównego placu miejskiego. Po opisywanym już pożarze Sukiennic w 1555 roku postanowiono przebudować Rynek oraz podnieść i wyrównać jego poziom. Trudno to sobie wyobrazić, ale jeszcze w I połowie XVI wieku nasz sakralny „bohater” stał na niewielkim wzniesieniu, wokół którego biegło szerokie zagłębienie. W tym zagłębieniu, podobnie jak na całym Rynku, stało wiele kramów. Było to powodem nieporozumień, bo właściciele kramów oraz klienci mocno zanieczyszczali ściany świątyni, a i zapachy nie należały do aromatów. Księżom przeszkadzał tylko smród jaki wydobywał się od bud, a nie przeszkadzały same stragany, bo czynsz z kramów otaczających kościół w całości otrzymywał właściciel terenów wokół kościoła. Właścicielem był uniwersytet, a część zebranej kwoty przeznaczano dla proboszcza od św. Wojciecha. Pecunia non olet! ;-)

Gdy w II połowie XVI wieku wyrównano rynkowe bruki okazało się, że wejście do świątyni jest odrobinę niżej. Niewielkiego kościółka nie dało się podnieść, więc pozostał w zagłębieniu. Takiego problemu nie było z okolicznymi kamienicami, które miały wysoko umiejscowione wejścia. Rozebrano wtedy tylko ich przedproża, zasypano także wejścia do piwnic usytuowane od frontów. Gdyby nie to, pewnie oczy turystów cieszyłyby przedproża takie jak w Gdańsku na ulicy Mariackiej, czy Długim Targu. Było, minęło, przedproży w kamienicach nie ma, a kościółek stoi niżej. Niedługo potem, pod koniec XVI wieku, gdy do kościoła św. Barbary wprowadzili się Jezuici, przeniesiono stamtąd do Wojciecha kazania niemieckie.

Na początku XVIII wieku kramów tuż przy murach kościoła już nie było, a był on otoczony płotem. Kramy oddalono od niego o kilka metrów. Jednocześnie wiadomo, że już wtedy Kraków miał problem ze zbieraczami złomu. Oto fragment tekstu z roku 1712 dotyczący otoczenia kościoła św. Wojciecha: „Za prowizorstwa Pana Gałeczki krata żelazna zepsowana y rozkradziona przez ultajów koło kościoła, de novo wystawiona sumptem jaśnie Wielmożnej Jej Mości Pani Domicelli z Kurozwęk Mięcińskiej wieluńskiej, ojcowskiej, radomskiej starościny z dołożeniem sumptu z percepty brackiej, jako patet z regestrów P. Gałeczki”. Jak widzicie „ultaje”, co to chętnie „zaopiekują się” każdym kawałkiem metalu istnieli już w dawnej Polsce i gdyby nie, zapewne mocno świątobliwa, Pani Domicella kraty byłyby jeszcze długo „zepsowane”.

Teraz krat już nie ma, a obecny wygląd kościół otrzymał podczas przebudów w XVII i XVIII wieku. Wtedy to znacznie go podwyższono dobudowując barokową kopułę, dostawiono także zakrystię oraz kaplicę Wincentego Kadłubka. Otaczający go murek zaś jest idealnym miejscem na chwilowy odpoczynek.

 

________________________________________________

Fot. „Krakau Adalbert”. Licensed under CC BY-SA 3.0 via Commons

Już niedługo…

Jest 22 sierpnia, zbliża się koniec lata. Po dłuższym leniuchowaniu, wyjazdach i wakacyjnych szaleństwach zbliża się czas na kolejne opowieści. Następna część jest już prawie gotowa i wymaga tylko kilku drobnych poprawek, dopisania kilku zdań. Teraz jadę na huczne 40. urodziny kolegi i po powrocie dalej będziemy zwiedzać Kraków. Kiedy wracam? Planuję jutro wieczorem, ale… W każdym bądź razie, jak wrócę to będę, a jak będę to pojawi się nowa część mojej opowieści o Grodzie Wandy co Niemca nie chciała. Do zobaczenia. :)

Odc. 20. „Wiśniówka” na torcie. Część 2. Indyjanie w Krakowie.

Człowiek od zawsze szukał sposobów na oderwanie się od codzienności i często temu służył alkohol. Są tacy, co twierdzą, że jest on zgubą ludzkości. Może i tak, ale ja go lubię. Oprócz rozrywki, od wieków topi się w nim smutki i problemy. No cóż, zgodzicie się, że alkohol nie rozwiązuje problemów, ale mleko w sumie też nie. To będzie kontynuacja opowieści tylko dla dorosłych, opowieści o spożywaniu napojów procentowych w dawnym Krakowie oraz o najsłynniejszej przez wieki knajpie Grodu Wandy co Niemca nie chciała. Nadal zwiedzamy Rynek Główny.

W piwnicach krakowskiego ratusza, o którym pisałem tu i tu, przez wiele wieków znajdowała się knajpa, którą jedni wychwalali pod niebiosa, inni zaś przeklinali. Przez ścianę sąsiadowała z kazamatami, w których przetrzymywano więźniów oraz dokonywano ich przesłuchań (zadawano pytania i dzięki pomocy kata otrzymywano szybkie, zadowalające sędziów odpowiedzi). Czy aresztanci mieli dodatkowe katusze w postaci słuchania świetnie bawiących się w piwiarni kolegów? Tego nie wiem, mury były dosyć grube.

1024px-WWII_Krakow_-_09

Piwnica ta, zwana Piwnicą Świdnicką, oferowała najlepsze piwa sprowadzane ze Śląska. Piwko ze Świdnicy bardzo smakowało Krakusom, więc w drugiej połowie XV wieku spadł popyt na lokalne napitki, a co za tym idzie spadły też dochody z mielenia słodu w podkrakowskich młynach należących do króla. Piwnica należała do Rady Miasta i przysparzała jej w niektórych latach całkiem sporych dochodów, ale na tym interesie tracił dwór królewski. W 1456 roku decyzją króla Władysława Jagiellończyka zakazano importu piwa. Nad fanami dobrego piwa zebrały się ciemne chmury. Oczywiście zawsze byli równi i równiejsi, co oznaczało, że zakaz nie obejmował pewnych grup i poszczególnych osób, które mogły sprowadzać je na własny użytek. Przeciętnym Krakusom pozostały do wyboru:

a) jedynie piwka krakowskie, którym daleko było do tych sprowadzanych,

b) przerzucenie się na inne, wysokoprocentowe trunki lub…

c) rezygnacja z dostarczania do organizmu alkoholu.

Większość zdecydowanie wybrała jedną z dwóch pierwszych opcji, zapewne także łącząc je w nowym lokalu, który przyjął nazwę Szynk Indie, a zwany był powszechnie Indyja.

„Piwniczanie”, „Hindusi” lub też „Indianie” ;-) , czyli stali bywalcy odetchnęli z ulgą dopiero w 1501 roku, gdy po 45 latach cofnięto zakaz importu „browarków” ze Śląska. Zrobił to Jan Olbracht zapewne pod naciskiem krakowskich rajców. Piwnica Świdnicka vel Indyja znowu zaczęła serwować wyśmienite trunki z importu.

Szybko jednak z lokalu oferującego droższe i lepsze trunki, Piwnica Świdnicka stała się miejscem zwanym spelunca latronum, czyli jaskinią zbójców. Stąd też określa się lokale o nienajlepszej reputacji jako speluny. Nasza spelunca zaczęła być schronieniem dla pijaczków, złodziejaszków, a także dziewcząt, o których dzisiaj mówi się, że tylko pod tramwajem nie leżały. Andrzej Frycz Modrzewski, pisarz, sekretarz królewski atmosferę XVI-wiecznych szynków opisał tak:

Ludzie próżnujący cały dzień tam leżą, piją a żywią się z nierządnicami bardzo rozpustnie: dzieweczek i niewiast uczciwych pod zasłoną tańca
albo jakiej innej gry do siebie proszą, a w ten czas
o ich stateczność pilno starają. A gdzież swarów,
guzów, ran, ochronienia, zabijania, przytrafia się
jako w karczmach.

Nie da się ukryć, że Piwnica Świdnicka, nie należała do lokali najwyższej kategorii. Gdy w 1757 roku przesłuchiwano podejrzanego o kradzież krakowianina, ten zeznał, że mieszkał w Piwnicy Świdnickiej pięć tygodni, więc jak widzicie dla wielu był to drugi, a czasami nawet pierwszy dom.

Piwnica Świdnicka, czy jak kto woli Indyja swój żywot zakończyła w 1820 roku wraz z budynkami ratusza, pod którymi się znajdowała i razem z nim przeszła do historii. Zdecydowanie nie był to lokal na miarę gwiazdek w Przewodniku Michelina, nie była to urokliwa kawiarenka dla matek z dziećmi, ale jeśli nie zwiedzacie Krakowa z pociechami, jeśli nie szukacie romantycznych kafejek, a chcecie poznać specyfikę miasta, porozmawiać z ciekawymi ludźmi, to unikajcie lokali dla turystów, wejdźcie w boczne uliczki na Starym Mieście, Kleparzu, Kazimierzu, Stradomiu, czy na Podgórzu, do knajpek w podwórkach, poszukajcie miejsc, do których chodzą „lokalsi”, nawet „żuliki”, którzy za piwko lub banię „Wiśniówki” opowiedzą Wam ciekawe historie o swojej dzielnicy, swoim mieście i jego mieszkańcach. Warto.

__________________________________

Fot. Piwnice pod dawanym ratuszem. Źródło „WWII Krakow – 09” autorstwa S. Kolowca – Jan Dąbrowski (1946) Kraków pod Rządami Wroga 1939-1945, Kraków: Drukarnia Uniwersytetu Jagiellońskiego, ss. 56 no ISBN. Licencja Domena publiczna na podstawie Wikimedia Commons

Odc. 19. „Wiśniówka” na torcie. Część 1.

Rozpoczęło się lato, dla większości z Was nastał okres urlopów i odpoczynku. Niezależnie gdzie spędzacie ten czas, często towarzyszy Wam piwko, winko lub destylaty wszelakie. Oczywiście nikogo nie namawiam do spożywania w różnym stężeniu alkoholu etylowego (C₂H₅OH). Zawsze możecie odmówić, ale możecie też stwierdzić: „jestem nieśmiały (nieśmiała) i nie śmiem odmawiać” i skusić się na kufelek, lampkę lub kieliszeczek czegoś dobrego. Prawie jak w żarcie o studentach:

- Cześć, gdzie idziesz?

- Na wódkę.

- Namawiał, namawiał i namówił…

Przestrzegam kierowców przed spożywaniem piwka oraz innych „procentowych smakołyków” i, jeśli zwiedzacie (nie tylko Gród Wandy), to proponuję robić to bez kierowania pojazdem mechanicznym. Powody już przedstawiłem we wstępie. Należy też zachować umiar tak, aby nie trafiła się Wam „rozrywka” na ulicy Rozrywka. W razie jakby co, to jest jeszcze urlop na żądanie, przecież każdemu może się zdarzyć nagła „choroba dnia wczorajszego” lub diagnozowana najczęściej u polityków „choroba filipińska”. Powód nieprzyjścia do pracy musicie wymyślić sami. Książę Leszek Biały, który zobowiązał się do wyjazdu na wyprawę krzyżową do Ziemi Świętej, napisał do papieża Innocentego III prośbę o zwolnienie go z tej roboty, bo na południu piwa nie znają, a on niczego oprócz piwa nie pije. Można? Można.

Schłodzony, poddany fermentacji alkoholowej efekt enzymatycznej hydrolizy skrobi i białek z ziaren zbóż wypity w klimatycznym lokalu, albo na dworze/polu* (* wersja dla Krakusów) na pewno zaszkodzić nie zaszkodzi, a pomóc może. Do tego w każdej napotkanej knajpie „bania” smakowitego, zmrożonego destylatu i pozostaje tylko stwierdzenie: „dziękuję za uwagę, oddaję głos do studia…;-) . Kraków wielu turystom kojarzy się głównie z knajpami i alkoholem. Coś w tym jest, bo w Grodzie Kraka co roku wydaje się 2500 koncesji na sprzedaż napojów o zawartości ponad 4,5% alkoholu. W całej Norwegii na sprzedaż takich produktów w 2013 r. wydano 252 (!) pozwolenia. W obu przypadkach nie wlicza się do tej liczby punktów, w których można kupić tylko piwo, trzeba więc doliczyć także lokale i sklepy typowo „piwne” i wtedy ta liczba jeszcze trochę się zwiększy. U Norwegów jeden sklep z wódą przypada na 18 tysięcy mieszkańców, a w stolicy Małopolski na około 300 (słownie: trzystu). Jak widzicie, szczególnie w Krakowie, jest w czym wybierać i problem z dostępnością nie istnieje. A jak było kiedyś? Jak ten problem rozwiązywano w dawnych wiekach? Przecież alkohol to nie wymysł ostatnich dziesięcioleci, nie zaczęto go sprzedawać wraz z najazdem na Kraków knajpianych turystów z „Warszawki”, czy hord pijanych „Synów Albionu”. No właśnie, jak?

Już w średniowiecznym Krakowie pijano duże ilości piwa, co widzicie na przykładzie naszego księcia Leszka żyjącego na przełomie XII i XIII wieku. Wino pito rzadziej, bo było mniej dostępne, droższe i na miejscu raczej go nie wyrabiano. Gorzałki właściwie nie spożywano, a mocniejsze doznania oferowane były przez wytwórców i sprzedawców miodów pitnych. W czasach późniejszych te proporcje zaczęły się zmieniać na korzyść okowity, a i win pijano coraz więcej, jednak wciąż niekwestionowanym liderem było piwo.

Piwo w tamtych czasach było nie tylko, tak jak obecnie, źródłem przyjemności. Pracownicy mieli zagwarantowane „ustawowo” odpowiednią dzienną ilość piwa lub jego ekwiwalent w postaci tzw. piwnego. Z czego to wynikało? Z jakości wody dostępnej w mieście. Zamiast niezbyt czystej wody, mogącej doprowadzić do wielu chorób, pito w ciągu dnia lekkie, niskoprocentowe piwko, które często bardziej przypominało podpiwek niż dzisiejsze 5-6% lagery. Oczywiście kto miał na to ochotę, mógł się po robocie „sponiewierać” mocniejszymi browarkami. Trzeba było jednak uważać, żeby za pijaństwo nie zostać skazanym np. na karę kuny.

Jeśli porównamy liczbę dostępnych lokali, w których można było kupić piwo, to czternasto, czy piętnastowieczne miasto Wandy i Kraka nie ustępowało niczym obecnemu Krakowowi. Tak jak i teraz można było dostać piwa różnej jakości i różnej ceny, różnica była przede wszystkim taka, że większość piw było wyrabiane na miejscu. Teraz oprócz browarów restauracyjnych, które policzymy na palcach jednej ręki, w Krakowie od lat nie ma żadnego browaru (od niedawna jest jeden, niewielki tuż przy granicach miasta). Zlikwidowany w 2001 roku browar przy ulicy Lubicz (dawny Browar Johna, a później Götza) przez wiele ostatnich lat swego istnienia był tylko rozlewnią piw produkowanych poza Krakowem.

Krakowianie w wiekach średnich mieli naprawdę duży wybór złocistych trunków. Oferowano tanie piwo białe (cerevisia alba), piwo lekkie zwane schayte, nieco droższe piwo langwelle oraz czarne, jęczmienne piwo marcowe. Najpowszechniejsze zaś było piwo pszeniczne (cerevisia triticea).

W XIV-wiecznym grodzie, w którym mieszkało niewiele ponad 10 tysięcy ludzi, działało co najmniej 25 browarów, a tylko na ulicy św. Marka było ich 5. Aby chronić interes browarników i oczywiście interes miasta, w 1358 roku Kazimierz Wielki wydał zarządzenie, w którym zapisano, że na pół mili wokół Krakowa nikt nie ma prawa mieć browaru i wyszynku. Starano się ściśle kontrolować jakość wytwarzanych i sprzedawanych płynów, a za nadużycia surowo karano. Powstało specjalne stanowisko tzw. mensuratores, którzy mierzyli ilość piwa, jakie powstawało z dostarczonych składników. Piwowar za oszustwo tracił na pół roku prawo do wyrabiania trunków, a gdy go złapano powtórnie, mógł być nawet wygnany z miasta.

Pilnowano też szynkarzy, bo notorycznie kombinowali. Najczęściej używali zbyt małych miar, albo do dobrego piwa dolewali piw gorszej jakości. W tym celu zatrudniono kilku tzw. affusores, którzy mieli czuwać nad prawami konsumentów. Gdy zobaczyli, że barman nie trzyma miar, albo robi dolewki, płacił karę pieniężną oraz mógł mieć lokal zamknięty nawet na miesiąc. Nie były to wyjątkowe sytuacje, gdyż już na początku XV wieku, w miejskim budżecie roczne wpływy z kar dwukrotnie przewyższały koszt zatrudnienia i wyposażenia kontrolerów.

Kraków, podobnie jak inne średniowieczne miasta, posiadał wiele lepszych i gorszych lokali, podających różne rodzaje napitków. Były takie, których sława przekraczała bramy ówczesnej stolicy, o których pisano mniej, lub bardziej chwalebne opinie. I to właśnie jest jeszcze jeden powód, poza hobbystycznym spożywaniem, dla którego opisuję Wam rozrywki dawnych mieszczan Grodu Kraka. W piwnicach krakowskiego ratusza, tuż obok kazamat, przez kilka stuleci funkcjonowała knajpa przez jednych wielbiona, przez innych przeklinana, mająca kilka formalnych i nieformalnych nazw, z których moja ulubiona to spelunca latronum. O niej, o jej nazwach, bywalcach, a nawet o dziewkach wszetecznych już niedługo przeczytacie w kolejnej części mojej opowieści. Niech to będzie taka… „Wiśniówka” na torcie ;-)